czwartek, 27 lutego 2014

wszystko, co piękne, rodzi się w bólu



trzy dni przed Tym Wielkim Dniem upiekłam Stefanowi ciasto urodzinowe, co by Go zmotywować do wyjścia. chyba będzie z Niego słodki Leonek, bo podziałało :)

tak. mamy Go :)

pamiętna data: 22.02.2014, godzina 14.44, 4130g, 60 cm.

tak wygląda Stefan w liczbach :)

po wielu komplikacjach się udało. jesteśmy najszczęśliwsi na świecie i straaaasznie wiewyspani :)

sobota, 15 lutego 2014

always look on the bright side of life...


znajoma ciężarówka ze szpitala dzwoni do męża:
- ... i przywieź mi jeszcze gumy, ale do żucia!

tę samą pytam o płeć malucha, którego w sobie nosi:
- a ty masz chłopaka?
- nie, męża!

również ona podczas obchodu słyszy nagle od lekarza:
- a pani ma zakażenie płodu tak?
ona z nerwów blada i sina, a lekarz ze stoickim spokojem rzecze:
- a nie, to nie pani, pomyliły mi się karty pacjentek...

chcąc ogarnąć przez telefon sprawy rachunkowe schowałam się pod prysznicem, żeby mieć chwilę spokoju i skupienia. nagle wchodzi położna:
- szukam pani wszędzie, chciałam sprawdzić tętno maluszka.
- a ja się tu wyalienowałam, bo muszę rachunki pozałatwiać...
po chwili spędzonej z pelotą od KTG
- no dobrze, może pani wracać do biura...

słyszę na korytarzu śpiewy, to moja ulubiona położna uprawia sztukę wokalną.
ona: - a to śpiewałam ja, Aneta!
ja: - łubudubu, łubudubu...
salowa, myjąca akurat podłogę: - a gdzie krawat? klient w krawacie jest mniej awanturujący się!

położna podłącza mi KTG i do ręki daje jakiś joystick i mówi: to do ruchów, po czym wychodzi. ja zdezorientowana nie wiem, co z tym zrobić i z lekkim popłochem jeżdżę sobie tym po brzuchu, po czym okazuje się, że mam wciskać przy każdym ruchu Stefana przycisk na końcu tego ustrojstwa...

moja "współwięźniarka" z celi nr 305 z kolei o 6 rano dostaje w biegu jakieś czopki i słyszy: to na rozluźnienie szyjki. idzie więc do toalety zaaplikować sobie ów specyfik w odpowiednie miejsce, przy czym pobyt na oddziale ginekologicznym sugeruje, że znajduje się ono raczej z przodu... nic bardziej błędnego. :) jak poszła do położnych zapytać, czy dobrze zrobiła, spotkała się tylko z pobłażającymi uśmiechami... na szczęście zdołała to jakoś z siebie wydobyć...

codziennie po oddziale chodzi ksiądz i charakterystycznym zaśpiewem obwieszcza:
- komunia święta!
wpadam na niego na korytarzu.
on: - tak patrzę, jak pani to swoje dziecko głaszcze po główce (znaczy po górze brzucha)
ja: - proszę księdza, główkę to on ma tu... (i pokazuję mu dół brzucha)
on: - ja jestem facetem, mogę się nie znać...

jedziemy do szpitala na kontrolne KTG. parkujemy w strasznym błocie, wysiadam  więc wcześniej, żeby w nim nie ugrzęznąć, ale samochód się zakopuje i spod tylnych kół wprost na mnie leci zawartość kałuży. włosy, twarz, płaszczyk, buty, torebkę - wszystko mam srogo zachlapane. idę taka do gabinetu zabiegowego, kładę się na kozetce i mówię do położnej:
- niech pani zobaczy, jak mnie mój własny chłop załatwił!
ona patrzy na mnie i mówi:
- no, w tym to chyba oboje braliście udział...
- ale ja nie o brzuchu mówię, tylko o tych obłoconych spodniach!



tak, to ja... jeszcze w życiu nie miałam tak "kobiecych" kształtów :)

wtorek, 11 lutego 2014

11 lutego


11 lutego. pamiętna data. na wolność wychodzi niejaki Mariusz T. na wolność wyszłam i ja. po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu. kolejny raz. ale to nic, to nic. jeszcze mamy trochę czasu. 

dwa dni temu moje kochanie przemyciło mi kurteczkę i buciki i zabrało mnie na spacer. na powietrze. na słońce. dodatnie temperatury w lutym, mimo zapowiadanych trzydziestostopniowych mrozów. podobno pogoda była kapryśna i dlatego prognozy się nie sprawdziły.

a my? rośniemy. Stefan według wczorajszych szacunków ma około czterech kilogramów. przerażenie me się wzmaga. przy całej mej chudości jedynym elementem wskazującym na ciążę jest brzuch wielkości piłki lekarskiej. poród naturalny?! nigdy w życiu!

ostatnie dwa tygodnie były dziwne. cały ten czas zlewa mi się w jeden długi dzień i przerywaną co trzy godziny noc. wrosłam w krajobraz sali numer trzysta pięć. poza tym wszystko inne co chwilę się zmieniało. zmieniały się kobiety. każda z nich miała do opowiedzenia tysiąc mniej lub bardziej krwawych historii porodowych. czasem słuchając ich wyłam w poduszkę. czasem wypłakiwałam się w ukochaną ciepłą klatkę piersiową. czasem gubiłam słone krople na schodach albo pod prysznicem. a czasem śmiałam się jak głupia, sama już nie wiem z czego. 

teraz jestem w domu. choć na chwilę. trochę siedzę jak na szpilkach, przecież w każdej chwili Stefan może postanowić się wyprowadzić. teoretycznie ma jeszcze tydzień, w praktyce nigdy nic nie wiadomo. nie jestem przygotowana, torba rozpakowana, pranie się suszy. jutro muszę spakować się ponownie. 

ale póki co Mały co jakiś czas wystawia girkę. po lewej stronie mruczy Jego Rudość Kacper, po prawej wtula się we mnie Gustaw. pod ścianą Sajmon macha ogonem przez sen. w eterze Porter i Lipnicka. no i w każdej chwili mogę się znów przytulić...

jeszcze trochę. damy radę. musimy. i czeka nas cudowna nagroda: weźmiemy w objęcia Naszego Synka.