poniedziałek, 27 lipca 2009

głupola mam w sobie

doskonale wiedziałam, że nie powinnam pić tej kawy, a wypiłam dwie! siedzę sobie teraz i mną teleppppie, windę mam w przewodzie pokarmowym, a przynajmniej w jego górnym odcinku oraz ręce na literki odpowiednie nie trafiają, bo dzikość jakaś je dopadła. a w głowie szum i uczucie wzbijania się i opadania. na statku znaczy jestem.

och och, tyle wrażeń a tylko dwie kawy!

ostatnio głupol ze mnie wyłazi. w pracy chodzę w bereciku z antenką i mówię wszystkim, że jestem marija z ruchu oporu i żeby słuchali uważnie, bo nie będę powtarzać. u dentysty domagam się znieczulenia do martwego zęba, terroryzuję panią doktor i w końcu otrzymuję to, co chcę wymyślając jej, że na pewno to placebo w postaci witaminy c lub innej wody utlenionej, czym dostarczam jej dużo radości i z nią razem umieram ze śmiechu siedząc na fotelu dentystycznym. albo wyprawiam się w las i cofając się jedyną istniejącą drogą trafiam w zupełnie inne miejsce niż to, z którego wyszłam...i wracam do domu kolejką maltańską wciskając swą (na szczęście!) chudą dupkę na małe dziecięce ławeczki, słuchając piszczenia maluchów wymachujących balonikami w kształcie zebry oraz pohukiwania kolejki. a na babskiej imprezie zdobywam ni z tego ni z owego adoratora, który prawie mógłby być moim synem...

i tak sobie myślę

że

mam na co czekać
mam o czym myśleć
mam za kim tęsknić
mam z czego się cieszyć
mam o czym marzyć
mam po co wstawać co rano
mam do kogo się przytulić
mam gdzie pojechać, kiedy chcę się wyrwać codzienności
mam co penetrować intelektualnie
mam dwie ręce i dwie nogi
mam do kogo zadzwonić
mam z kim pogadać
mam głupola w sobie :)


...jestem szczęśliwa :)

a teraz najlepsze: koniecznie przy włączonych głośnikach i nie zniechęcać się długością oraz z pozoru brakiem sensu. choć wstęp na swój sposób jest uroczy. przynajmniej trafia w moje poczucie humoru. no ale ja jestem głupol...




wtorek, 21 lipca 2009

noc zadumana


przewrotne to trochę...nie chciałam dziś się obudzić...coś zjawiskowego zrodziło się w mej głowie. pomijając okoliczności hmmm... środek dnia, spacer za rękę z...(?! moja podświadomość dała mi niespodziewany prezent), patrzę w niebo, zachmurzone ciemnieje nagle i wyłania się księżyc, krótki błysk, widzę dwa księżyce, jeden w pełni, drugi przecięty dokładnie w połowie, trącam mojego towarzysza w ramię, żeby spojrzał, ale przedstawienie się kończy, chmury zasnuwają niebo... a po chwili apogeum niesamowitości: chmury znów się rozdzierają, środek wypełnia czyste niebo i widzimy tysiące małych księżyców, idealnie okrągłych, które zdają się spływać z firmamentu, jak lustrzane zajączki przechodzą przez promienie słońca, ich tęczowe odbicia osnuwają nas i ściany kamienicy, przy której stoimy... ciężko zawrzeć w słowach to, co widziałam, ale było to iście bajkowe...

a dziś rano odpalam google i w logo wyszukiwarki widzę...księżyc :) którego dokładnie 40 lat temu po raz pierwszy dotknęła ludzka stopa... :)


a z wcześniejszej fazy snu pamiętam kolejną fiksację na tematy "kiblowo-sedesowe"... i to już nie było takie przyjemne. po którymś śnie myślałam, że szczytem mej nieuświadomionej obsesji była kombinacja sedesu z windą, ale rondelek z rączką pobił wszystko... kto zna temat, wie, o co chodzi. więc krzyczę: POMOCY!!! jakiś psychoanalityk by musiał się mną zająć, czy cóś...


spowita nocnym pyłem księżycowym wracam do rzeczywistości...