czwartek, 23 września 2010
pierwszy dzień jesieni, ostatni dzień lata
siedzę na starym rynku pod pręgierzem i wystawiam ciało na ostatnie promienie słońca. jak kotka wygrzewam całe swoje zmęczenie. w uszach muzyka. nagle coś ją zakłóca. niechętnie otwieram oczy i wyjmuję z uszu słuchawki. przemawia do mnie długowłosy, lekko podpity facet. pyta, czy mam jakieś drobne, żeby mu dorzucić do piwa. chce wiedzieć, czego słucham, ile mam lat, co robię. czy mam jakiś plan i czy na kogoś czekam? bo każdy na kogoś czeka. ja nie. łapię po prostu słoneczną energię zanim zostanie zmieniona w sopel lodu. jest miły, ale nie mam ochoty z nim rozmawiać. chcę pobyć sama ze sobą. żegnam się i odchodzę.
czy naprawdę na nikogo nie czekam? czy podświadomie czekam na kogoś, kto nigdy się nie pojawi...?
sobota, 18 września 2010
piątek
kończy mi się wino. czerwone, półwytrawne, mołdawskie. takie jak lubię.
jest piątek. mam wolny weekend. może odpocznę.
niby wszystko gra. ale czuję się, jakby ktoś przemocą wyrwał mi kawałek duszy, czy tego innego czegoś papierowego, co mam pod żebrami. i smutno mi jakoś, bo nawet gdybym znalazła oderwany fragment, to za nic nie umiałabym go dosztukować. mam zamiast duszy porwany, szary papier do pakowania prezentów. chciałabym być takim prezentem, z którego ktoś by się ucieszył.
wtorek, 14 września 2010
nieznośna lekkość bytu
jakiś czas temu powaliło mnie opowiadanie H. Murakamiego "przypadkowy podróżny". jest w nim poruszony temat PRZYPADKÓW. opisane są dwa z nich, które, jak pisze autor, "okazały się drobnymi, całkiem błahymi zdarzeniami, niemającymi szczególnego wpływu na moje życie. prawdopodobnie niemającymi."
coś podobnego przydarzyło mi się wczoraj.
po pracy byłam umówiona w banku. jak to trzynastego, zepsuł się tramwaj. wysiadałam z niego i kawałek musiałam przejść pieszo. padał deszcz, trampki całe w błocie. pomyślałam sobie, że chociaż trochę je wyczyszczę, zanim wejdę do tak poważnej instytucji ;) wyjęłam z torby chusteczki i nie chcąc robić tego na środku ulicy, weszłam w pierwszą lepszą bramę. w podwórku zobaczyłam szyld księgarni arsenał. wszelkie księgarnie działają na mnie hipnotycznie, więc oczywiście tam wdepnęłam. pewnym krokiem przebyłam pół długości księgarni, po czym coś kazało mi się zatrzymać, odwróciłam głowę i mój wzrok spoczął dokładnie na tytule, na który już od jakiegoś czasu się czaiłam.
i dziś w tym oto, wyczytuję takie słowa: "ale czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić? tylko przypadek może wyglądać jak wysłannik losu. to, co jest nieuchronne, czego się spodziewamy, co powtarza się codziennie, jest nieme. tylko przypadek do nas przemawia. staramy się czytać w nim, jak Cyganki odczytują przyszłość z fusów na dnie filiżanki (...) nie konieczność, a przypadek ma w sobie czar."
i tym sposobem, zgłębiam temat zdrady w wydaniu Milana Kundery...
czwartek, 9 września 2010
wspomnienie
jesień. po raz kolejny pada to określenie. określenie na słońce grające z wiatrem w dwa ognie, na tęczę schowaną pośród kłębów chmur, na rozłożony parasol, mający chronić głowę przed tym nie-wiadomo-czym spadającym z nieba... najbardziej w jesieni lubię zeschnięte liście chrupiące pod nogami. kocham ten dźwięk :) i depczę je nieprzytomnie, zmieniając trajektorię lotu swego, aby je doścignąć i usłyszeć uwielbione chrupanie...
a dziś mi się lata zachciało. miałam opisać urlop i się skończyłam. tyle myśli, tyle projektów w głowie. teraz znów czas ruszył galopem i na wszystko go brakuje. żałuję, że wtedy, gdy zwolnił na chwilę, nie miałam przy sobie kajetu i kawałka ołówka, by utrwalić, to, co mi się pomyślało. mam jedynie skrawki tego, z czego ma powstać ta moja książka, która pewnie nigdy nie zostanie napisana... zrobiło się zimno. kaloryfery jakby nieco letnie, co nie zmienia faktu, żem nabyła drogą kupna grzaniec galicyjski i utopiwszy w nim pijaną pomarańczę, przystąpiłam do pieczenia ciasta czekoladowego, które właśnie degustuję... mmmmm :)
a w głowie rozkwitły mi żagle i pies, który żebrał kucając (znów zapomniałam jego imię!!! lucek? ) oraz to, jak zostałam zamknięta w bosmanacie, noga moja alergią na słońce uraczona oraz, co za tym idzie, dupsko nafaszerowane akupunkturą ze sterydów, mojej mamy zalecenia urynoterapii, z których nie powiem, czy skorzystałam :p, rodzice na pokazie pościeli desperacko wierzący w cudowną wygraną, basen odbijający promienie słoneczne, konfitury śliwkowe gotowane u dziecioka w środku nocy, pierogi ręcznie lepione i kiszone po raz pierwszy samodzielnie ogórki... kawałek morza i spadające gwiazdy. powrót do domu w stanie świadomości sprowadzonym do bycia kartką papieru, w zależności od niezidentyfikowanych bliżej warunków, znajdującą w pozycji płaskiej lub zwiniętą w kulkę.
a te puchate zdjęcia sama robiłam :)
Albertyna znów zwiała z placu zabaw. idę interweniować :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

