sobota, 27 sierpnia 2011

myśli nieposkładane


co łączy podartą taśmę magnetofonową, kasetę VHS i winylową płytę Dvoraka z dziewiątą symfonią? dwoje wariatów (w tym jeden płci żeńskiej w za dużych męskich klapkach i drugi, płci męskiej w odmiennym stanie percepcji) skradających się pod osłoną nocy przez trawy pokryte rosą do mostu św. rocha. dwoje wariatów z głowami nabitymi romantycznymi wizjami o możliwych treściach zawartych na tych analogowych nośnikach... dwoje wariatów angażujących znajomych w zdobycie sprzętu potrzebnego do odtworzenia obrazów i dźwięków...


leżąc w wannie stałam się bezwolnym manekinem. pustym w środku, ze zwiotczałymi rękami. nie mającym czucia w płucach, spanikowanym, że przestał umieć oddychać.

***

smutno mi. przykre jest to, że ktoś cierpi, by szczęśliwym mógł być ktoś. wiem, czym jest ból. wiem, jak chce się wyć i walić głową o ścianę. swoją prawie roztrzaskałam. ale warto było czekać. jestem szczęśliwa i zamierzam to szczęście chłonąć każdą komórką ciała, każdym skrawkiem umysłu, w każdej sekundzie, która jest mi dana...

***
dwoje wariatów poszło na spacer podczas burzy. było bardzo blisko, gorąco i głośno. i cudnie. jak zawsze.


niedziela, 21 sierpnia 2011

ech, to pech!


wszystko zaczęło się od brakującego elementu garderoby.

po pokonaniu drogi na przystanek i z przystanku, po przejechaniu połowy miasta, będąc już prawie w drzwiach pracy, w lewej stopie poczułam niejaki dyskomfort. natychmiast skojarzyłam ów fakt z ostatnim obrazem zakodowanym w domu, przedstawiającym moją skarpetkę leżącą na stoliku. pamiętam mgliście, że nawet mnie ten widok przez chwilę zastanowił, jako że wyciągałam przecież z bieliźniarki zawiniątko zawierające parę, ale jakoś tak bezrefleksyjnie pomyślało mi się wtedy, że może przez przypadek zaplątała się tam jakaś trzecia sztuka. swoją drogą uodporniłam się w ostatnim czasie na krajobraz z pojedynczymi skarpetkami w tle, jako że po pierwsze primo w tym lokalu mieszkaniowym grasuje skarpetkowy potwór, a po drugie primo często bywają tu stosowane tak zwane "patenty na skarpetki", o czym może kiedy indziej, albo lepiej w ogóle zachowam milczenie...

w pracy z radością odkryłam pozostawione tam wczoraj resztki grzanek czosnkowych i postanowiłam czem prędzej, po uprzednim podgrzaniu je spożyć. w tym samym momencie zamiarem moim stało się także wprowadzenie do ogólnie panującego chaosu choć namiastki pozytywnego feng-shui i wyrzucenie do śmietnika pustego słoika po kawie. skurczybyk nagle ożył mi w ręku, wyrwał się i z trzaskiem uderzył w podłogę. gdyby w tym momencie udało mi się go okiełznać, uniknęłabym zapewne tego, co się wydarzyło. słoik jednak odbił się od podłogi, spadł na nią raz jeszcze i roztrzaskał się w drobny mak. zaaferowana wydarzeniem pobiegłam po zestaw do usunięcia szkody. a grzanki się piekły...

po dziesięciu minutach w końcu sobie o nich przypomniałam. otworzyłam mikrofalówkę i w tym momencie w kuchni rozległ się upojny zapach spalenizny... wszystko działo się przed dziewiątą rano i stwierdziłam wtedy, że jeszcze cały dzień przede mną i przy takim starcie dla dobra swego i ludzkości raczej powinnam zaniechać działań wszelakich. niestety nie było to możliwe.

reszta służbowego czasu minęła w miarę spokojnie. po opuszczeniu przybytku niewoli udałam się na przystanek. jasną sprawą było dla mnie to, że słyszany z daleka tramwaj będzie moim. oczywiście się nie pomyliłam. co gorsza, gdy już dopadłam go w dzikim pędzie, on z lubością zamknął przede mną swe wrota i z majestatem odjechał w siną dal. wsiadłam w następny, którego trasa przez kilka przystanków pokrywała się z moją. tyle, że kiedy już przestała się pokrywać, pojazd skręcił, a ja oczywiście tego nie zarejestrowałam, tkwiąc zanurzona po czubek nosa w lekturze. jako, że uprowadzona zostałam na trasę nie zawartą w bilecie liniowym, brakowało tylko, żeby dorwały mnie kanary. nadrobiłam kawał drogi, a gdy już docierałam, gdzie trzeba i ucieszona zauważyłam kolejny tramwaj, przyblokowały mnie czerwone światła na przejściu i znów nie zdążyłam...

do domu dobiłam na raty, czterema tramwajami i trochę  na nogach, z których tylko jedna odziana była w skarpetkę.

w ostatniej chwili udało mi się złapać windę, którą już odjeżdżał pan roznoszący pizzę. zostałam nakarmiona i przytulona. dotleniona na spacerze z psem. a na końcu biały kot przebiegł mi drogę. wiszące nade mną od samego rana fatum w końcu spadło i skręciło sobie łeb.

jutro nie muszę nic. nadchodzi noc. pewnie znów będę spać w środku i czuć ciepło z obu stron. oto kwintesencja szczęścia. i niestraszny mi żaden pech!!! :):):)

sobota, 13 sierpnia 2011

impresje piątkowe


powietrze wypełnione balonami z uwięzioną parą wodną. napięcie. pierwszy grzmot. rozgniewane niebo. mokra skóra. mokre włosy. mokre rzęsy. rozpłaszczone krople wody na pleksiglasowym dachu przystanku. duszność i ocieranie obcych ciał w tramwaju. poczucie dyskomfortu uciszane wsłuchiwaniem się w przypadkowe rozmowy. nieznani sobie pan i pani mizdrzą się do siebie. ona tapirowany blond, wróciła  właśnie z sanatorium a jako dzwonek telefonu ma ustawione "bailando". on z pokaźnym wąsem i obrączką na serdecznym palcu najwyraźniej w owym "bailando" pławi swój muzyczny gust. "mówię do widzenia, choć chętniej powiedziałbym dobranoc, a nawet dzień dobry".

drobna refleksja na temat zmienności zdarzeń i biegu rzeczy. bywa. podobno jedyne, co w życiu pewne, to zmiany. czy boli? bardziej ćmi- niby nic takiego, a jednak dokucza...

idę z psem na spacer. on zmysłem węchu obserwuje trawę, ja zmysłem wzroku wyczuwam zachmurzony księżyc. wczoraj była pełnia. wciąż czuć jej oddech. wracamy. ślady psich łap na kanapie. ich właściciel leży na moich porozrzucanych snach. jeden jest o zjeżdżaniu na brzuchu z ośnieżonej górki, oswajaniu wiewiórki i mrożonych truskawkach.

szklane jaszczury zbyt długo ślizgają się po gładkiej, lustrzanej powierzchni. ich zemstą za tę niedogodność była krwawiąca szrama na ukochanym przedramieniu. wtapiam je pomiędzy wyimaginowane liście pachiry. wypełniam je życiem w kolorze zielonym. do mokrej jeszcze powierzchni przykleja się muszka. zdmuchuję ją na podłogę.

sięgam do lodówki po chłodny smak Czech.

uśmiecham się na myśl o nadchodzącej nocy. kształt mojego podbródka został wyrzeźbiony tak, aby pasował do kształtu łopatki powleczonej aksamitną skórą. czekam na moment, kiedy te dwa puzzle stworzą kolejną nocną  historię...

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

z dialogów przed zaśnięciem


- umyłeś się?
- w jakim sensie?
- no, czy byłeś pod prysznicem?
- nie, umyłem tylko zęby i ręce.
- a ja umyłam nawet nogi!
- no widzisz: ja umyłem zęby i ręce, ty umyłaś nogi i pewnie zęby- to już prawie cały człowiek!
- taaa, człowiek składa się z rąk, nóg i zębów...

(chwila milczenia, trybiki pracują)

- ale moja droga, jakby nie patrzeć, to nogi zawsze łączą się z dupą, więc skoro umyliśmy nogi...

ratunku! :)

niedziela, 7 sierpnia 2011

o lękach odważne dywagacje


wczoraj cofnęłam się w czasie. znów miałam cztery lata i byłam przerażonym dzieckiem, które spadło ze stromych, drewnianych schodów w domu babci. znów nie byłam w stanie zapanować nad strachem i zamiast iść w pionie na roztrzęsionych nogach, poddałam się regresowi i wróciłam do pozycji naszych pierwotnych przodków.

gdybym wiedziała, jaką trasę sobie wybraliśmy, w życiu bym tam nie poszła... strome zbocza, drewniane deseczki tworzące prowizoryczne schody z prześwitami. w górę i w dół. sama nie wiem, co gorsze... powstrzymywany atak paniki, poczucie uwięzienia w środku, świadomość tego, że nie ma już odwrotu. pewnie dlatego poszłam dalej.

całe życie się czegoś boję. a jednocześnie jestem spragniona nowych doświadczeń. rzadko z wyboru podejmuję wyzwania. jednak często okazuje się, że jeśli los postawi je przede mną, jakoś, może obiektywnie patrząc dziwnie i na swój pokrętny sposób, ale jednak- daję radę. i mam potem dużą radochę, że nie do końca dałam się strawić swojemu lękowi.

ktoś kiedyś chyba zaszczepił mi niskie poczucie własnej wartości. może to dobrze, bo dzięki temu bardziej cieszę się wygraną w walce z samą sobą.

a Góry Stołowe pikne są, że hej! :)