poniedziałek, 31 stycznia 2011

grudzień 2003...


... czyli poznania początki. dorwałam się do jednego ze starych kajetów i wzruszyłam się, czytając, jak to po poznaniu błądziłam... :)




cała, kurde, ja... 

niedziela, 30 stycznia 2011

na pograniczu snu i jawy


nie spałam jeszcze, ale już czułam, że odpływam. leżałam w ciemności, a przed oczami bezkresne morze i coś jakby dziób statku? zbliżał się coraz bardziej, aż do momentu, w którym poczułam, jakby chciał przebić się przez moje oczodoły i wydostać ze środka głowy na zewnątrz...

potem było równie dziwnie- stałam na jakimś placu, może to był rzym? może wenecja? w zaułku, pod łukiem stał zakapturzony mnich. potem nagle strony się odwróciły i zza kaptura zobaczyłam siebie z jego perspektywy.
pamiętam też, że dziwnie mi się oddychało i moje ciało owładnęły lekkie drgawki...

obudziłam się w środku nocy.

znów usłyszałam w środku głowy swoje imię. męski głos. wymówił je, nie wyszeptał, jak to już raz mi się przydarzyło. i w ogóle jakieś to inne było. i tym razem się nie bałam. czy ja zaczynam wariować? ;)

czwartek, 27 stycznia 2011

z cyklu: dialogi błyskotliwe :)


poinformowałam telefonicznie "juliana", że w dobie kryzysu w zasobach ludzkich kasia zaoferowała, że może dodatkowo przyjść do pracy.

ja: mam ci podziękować
kasia: dziękuję
ja: proszę...

***

ja: nie lubię williamsa
basia: ja też nie, a ty?

***

wojciech: pijana jesteś!
ja: bo piję za czterech!
wojciech: to napijmy się!
ja: nie, bo w alkoholizm niedługo wpadnę!
wojciech: ja to piję tylko w gościach, nie piję w domu.
ja: a ja już w domu zaczynam pić!
wojciech: to się wyprowadź!

***

tomek: w poznaniu jest świńska grypa!
magdalena: o, to ja na mazowsze na chwilę pojadę
tomek: tam jeszcze gorzej!
magdalena: świńskiej grypy chyba jeszcze nie ma, ale kiedyś była ptasia!



isn't it ironic...?


poszłam po pracy do dragona na białe wiśnie. chłopcy plątali się pod nogami, a scena była demontowana przez jakichś innych obywateli. nie grał nikt. popatrzyłam ja sobie, obeszłam stare kąty, zajrzałam nawet do swojej świątyni dumania. mój ulubiony fotel zajęty był przez jakąś niewiastę. stwierdziłam, że nic tam po mnie i udałam się w drogę powrotną.

idę sobie, patrzę, stoi na chodniku żul i trzyma się za serce. na twarzy grymas bólu. "oho", myślę sobie. tyle się teraz mówi o znieczulicy. człowiek by na ulicy zszedł, a nikt mu ręki nie poda, bo każdy myśli, że pijak. podchodzę do niego i pytam, czy potrzebuje pomocy. skądś nagle wzięło się jeszcze dwóch chłopaków, stoją koło mnie i badają sytuację. jeden pyta: "wszystko dobrze?". a żul na to napastliwym tonem: "tak! wszystko dobrze! tu co drugi człowiek zwija się z bólu! wszystko dobrze! to takie enigmatyczne! sześć lat studiowałem filozofię u profesora kopalińskiego! i nigdy bym nie pomyślał, żeby rozmawiając z kimś trzymać ręce w kieszeniach!"

i co? człowiek chce pomóc, a zostaje opieprzony za niefortunnie sformułowane pytanie i brak manier :) przy okazji człowiek się zasępia nad kolejami losu ludzkiego. ktoś, kto z pozoru wydaje się być tak zwanym menelem, może mieć wyższe wykształcenie i być światłym człowiekiem. z kolei ktoś, kto nie został wyklęty poza margines społeczny, być może jest strasznym ignorantem, bo nie wie, kim jest/ był profesor kopaliński...

negatywy. dziś wszystko jest odwrócone. nawet ptaki w świetle iluminacji fary wydawały się być białe na tle czarnego nieba...

a jarosławców w polsce jest pięć. i nie wiem, w którym szukać. czego szukać, też nie wiem. może mi się przyśni ciąg dalszy tej historii. a może kiedyś się sama napisze?

ironia losu. nawet linka porządnie zamieścić się nie da, bo cofnięto pozwolenie. jeśli ktoś chce sobie posłuchać, to tylko opcja kopiuj/wklej wchodzi w rachubę :)

http://www.youtube.com/watch?v=Jne9t8sHpUc

i tak sobie myślę, że właśnie przez to kąsanie własnego ogona życie nie jest nudne i dostarcza powodów do uśmiechu. choćby krzywego. choćby smutnego. trzeba tylko umieć patrzeć...

moje śmieszne wywody i alanis razy cztery: to się dopiero nazywa schizofrenia! ;)

środa, 26 stycznia 2011

jeśli tylko...


stojąc przed lustrem i malując kreskę na górnej powiece odniosłam niejasne wrażenie, że dziś w nocy ktoś wgryzał się w moje wargi. senne majaki pozostawiły jeden wyraźny ślad w głowie: jarosławiec. miejscowość, o istnieniu której do dziś nie miałam pojęcia. gdzie to jest? co mogłabym tam znaleźć? co chciała mi powiedzieć moja podświadomość?

zawieszona w oczekiwaniu między nocnym tramwajem a autobusem, zapatrzyłam się na drogę prowadzącą na stary rynek. coś mnie porwało. mocno poczułam, że spośród milionów mijanych ludzi tylko nieliczni noszą w sobie odpryski mnie. tak małe jest prawdopodobieństwo odnalezienia osoby, która ma wbite w osobowość drzazgi z tego samego drewna, które płonąc ogrzewa moje dłonie. tak wielkim prezentem jest spotkanie kogoś takiego. tak ogromnym marnotrawstwem jest niewykorzystanie takiej szansy.

tęsknota jest wrażeniem, że nie jest się w pełni sobą, że brakuje jakiegoś elementu układanki. jest niemożnością natychmiastowego podzielenia się swoimi wrażeniami z kimś, kto zrozumie i doceni. jest pustą przestrzenią między kropką a przecinkiem w średniku. dzisiejszej nocy jest mną.


poniedziałek, 24 stycznia 2011

wielokrotny orgazm



było chwilę przed siódmą rano. tak naprawdę to jeszcze środek nocy. przed podwojami, które miałam otworzyć, nie było jeszcze nikogo. usiadłam samotnie w ciemności korytarza na szerokim parapecie  i zagapiłam się przez okno.

panorama budzącego się miasta. niebo przecięte jak nożem dokładnie w połowie. dolna warstwa w odcieniu atramentowym, górna nieco jaśniejsza, upstrzona kleksami chmur wyciekającymi z kałamarza nocnego poety.

pojedyncze plamy świateł w oknach wieżowców i pionowy ciąg kręgosłupa klatki schodowej. łuny z reflektorów samochodów. tory co jakiś czas wyślizgiwane przez nadjeżdżający tramwaj.

i nagle to, co uwielbiam, kolejne źródło światła rozpraszające mrok. złote rozbłyski na styku przewodu sieci trakcyjnej i pantografu. iskry wystrzelone w zastygłe od mrozu powietrze. kocham to zjawisko. jest jak wizualizacja wielokrotnego orgazmu...


wtorek, 18 stycznia 2011

blue moon



dzisiejszy wieczór ma smak wina, zapach mięty i kolor niespełnionego księżyca. kolor blue. definicja blues'a nie wzięła się znikąd :)

z aparatem poszłam na mokradła i go znalazłam. mimochodem. takie rzeczy dzieją się same. bez udziału świadomości i poza nawiasem celowego działania. zabrakło mi zoomu. bycie bliżej przekracza granice moich możliwości. tak już zostanie. widzę rzeczy, które nie są. przez chwilę wydawało mi się, że zdołam go dotknąć. a on zwyczajnie uciekł mi z kadru. przez chwilę zapatrzyłam się na niewłaściwą stronę nieba. a potem... pojawiły się dwa księżyce, tak jak onegdaj dwa słońca. zupełnie, jak w moim śnie. zupełnie, jak u murakamiego. tak, to ten wieczór kiedyś sobie wyśniłam. i znów echem od ścian czaszki odbijają się słowa: "...nie wszystko jest takie, jak się wydaje. rzeczywistość jest tylko jedna." moim marzeniem od dziś jest nie mieć marzeń. marzenia nie są po to, aby się spełniały. nawet, jeżeli do tego jakimś cudem dochodzi, zawsze coś jest inaczej. czasami bardzo inaczej.

dzisiejszy wieczór ma smak wina, zapach mięty i kolor niespełnionego księżyca... i jeszcze dziwne wrażenie "iścia" chodnikiem z zamkniętymi oczami... kiedyś trzeba je otworzyć. wszystkie te odczucia wepchnę do błękitnej, jak ten drugi księżyc, fiolki i zatkam korkiem. schowam na najniższej półce w piwnicy swoich wspomnień. podpiszę ją: poniedziałek, 17 stycznia 2011. może to już ostatnia taka fiolka. może na pewno.

wiem, że dzisiejszej nocy bardzo zmarznę. wiem, że muszę ubrać się ciepło, podkręcić kaloryfer na maksa i szczelnie przykryć się kołdrą w krowy. wiem też, że nic to nie da. zmarznę. wiem jeszcze, że nad ranem zwierzątko we mnie zacznie się mocno miotać w klatce z żeber. wiem, że przywrócenie mu wolności jest równoznaczne z ofiarowaniem mu śmierci. wiem, że najlepsze, co mogę dla niego i dla siebie zrobić, to je zabić. mimo, że tak bardzo kocham zwierzątka...


poniedziałek, 17 stycznia 2011

zainfekowana



... położyłam się na stole i przykryłam ołowianym żołnierzykiem.

- co tam robisz pod tą marynarką? śmiejesz się, czy płaczesz?
- widziałaś mnie kiedyś taką...?
- nie... nie jestem pewna, jakie moje słowa wywołają w tobie jaką reakcję, więc profilaktycznie zamilknę.
- to nic nie da. wystarczy, że patrzysz...

okoliczności przyrody piękniejszych i bardziej romantycznych wybrać sobie nie mogłam. mc donald's koło dworca pkp, w otoczeniu "zmielonych rogów i innych kopyt", zakręconych frytek z sosem śmietanowym i rozlanej w roztrzęsieniu rąk herbaty. znów ludzie dziwnie na mnie patrzyli, a ja sama wyglądałam, jakbym dostała w pierdol, ze znamieniem czarnych meandrów rzeki spod rzęs płynącej, na policzku. ale cóż. cóż...

w podziemnym przejściu z dworca zachodniego na główny spod strun gitary, blaszek harmonijki ustnej i z ust ulicznego grajka wydobywał się, jak dżin uwolniony z butelki, zegarmistrz światła purpurowy. z naprzeciwka wypłynął ludzki tłum. znaczyło to, że pociąg już przyjechał.

kilka chwil później, ładując torbę do bagażnika, ujrzałam skrzynię pełną książek. do domu wracałam ze stosem, który ledwo mogłam unieść. tarzam się w nich, jak w rozpuście. dotykam palcami ich twarzy, pieszczę okładki. nie wiem, którą wybrać na przystawkę, a którą jako danie główne.

śniła mi się dziś Mundi. zupełnie inaczej, niż zwykle. była radosna. w świetnej formie. opalona. 
może w końcu kiedyś przyjdzie wiosna...? po roztopach ;)

wg aplikacji na fb księżyc pokazuje już 88 % swojej okazałości. to nawet pokrywałoby się z rzeczywistym jego obrazem. jest lekko zasnuty chmurami. uwielbiam go w takiej postaci. jeszcze nie pełnia, ale już niebawem... jest teraz jak kochanka pokazująca swojemu mężczyźnie tylko skrawek swojej nagości, uśmiechająca się zalotnie do jego wyczekiwania... 

całą noc słuchałam głosu rybitw otaczających statek. zostałam zainfekowana. na amen.

czwartek, 13 stycznia 2011

sznurowadła

***
...ja to się pierwszy raz zakochałam, jak byłam w przedszkolu. on był w ósmej klasie podstawówki i bujał mnie na huśtawce. kiedyś złapałam mamę za rękę i powiedziałam: "mamo, to ten!". a jednego razu to mnie tak wysoko bujał, że spadłam z tej huśtawki. i pogubiłam buciki. i pobrudziłam rajstopki. a białe były. i właśnie wtedy chyba się odkochałam...

***

u nas jest taki ksiądz. i kiedyś był u niego u spowiedzi facet, co to zdradzał  żonę. i mówi temu księdzu, że mu głupio i on już tak nie chce dłużej i co on ma zrobić? powiedzieć tej żonie? a ksiądz mu na to:" w życiu! pan masz rodzinę, dzieci! chcesz pan to wszystko stracić?! żona pana pogoni, kłócić się będziecie... kucnąć na obcej babie to nie grzech! gorzej jakbyś z bliźnim w niezgodzie żył!"

***

a ja, jak będę w twoim wieku, to bym chciała być taka jak ty! ...

***

tym tekstem magdalena ujęła mnie za serce schowane głęboko w piersi cherlawej... w nieświadomości swej to wyrzekła, nie życzę nikomu być takim, jak ja... 

a ja dalej grzebię i rozgrzebuję, odrywam strupy, rozgniatam i rozmazuję krew. jakieś pierwotne instynkty. jak... kiedy to było? siedem lat temu? osiem? i sama nie wierzę, że się to wszystko wydarzyć mogło. kajety drobnym druczkiem zapisane. znalazłam listy. te otrzymane. i te nigdy- nie- wysłane. schizoidalna psychodegrengolada, heh... nawet tam nie zaglądam. fantomy moje. kiedyś to było moje życie. skrawek mnie, jakiś naskórek może? kim byłam wtedy? kim jestem teraz? jestem jeszcze...?

przecież czterysta razy to w sobie pogrzebałam. i tamto też. zostało jeszcze tylko to i będzie git :) kurwa, ile jeszcze tych pogrzebów do wesela...?

jest takie ładne opowiadanie Stachury: "pokocham ją siłą woli". ładne i smutne. ale to Stachura, to jakie niby miało by być? :)





 i jeszcze to. boże, chroń królową... :)


CZEKAM. CIERPLIWIE CZEKAM.
JESTEM CICHA JAK KIELICH.
PRZYJDŹ I WYPEŁNIJ MNIE DŹWIĘKIEM...

niedziela, 9 stycznia 2011

...i tyle.


tylko albo aż.


pamięć w obrazach zaklęta


dziś nie będzie zbyt wielu słów. będą obrazy. odkopane, odkurzone, z sentymentem pogładzone palcami... jakość ich nie najlepsza. raz- czas. dwa- eksperymentalny okres zenitowy. trzy- próba przełożenia tego, co analogowe na kod zero-jedynkowy. ale to dobrze. kocham je takimi, jakie są. prześwietlone, niewyraźne, niedoskonałe. moje. początki poznania. świat odbudowywany na nowo po tym, jak się po raz pierwszy solidnie zawalił.

mitoraj wyzwolony na starym, zanim wciśnięto go w sztywne ramy królestwa szczęścia i ułudy zbudowanego z czerwonej cegły. jeden z wielu, a jednocześnie jedyny w swoim rodzaju wschód słońca, na tle konfiguracji ptaków, która już nigdy się nie powtórzy. ukochane tory prowadzące w nieznane, złapane z teartalki. bałwan ulepiony spontanicznie z chłopcami o trzeciej w nocy w miejscu dziś wylanym betonem. zbita szyba, której historii nie jestem w stanie odtworzyć. bruk starego, który nasuwa mi na myśl jedynie cytat z pana, który swego czasu go zamiatał: "gołębie wydziobują okruchy dobrobytu, między krzesłem a podłogą wszystko po staremu"...







i tak sobie szukam recepty na odbudowanie świata po raz drugi. proces twórczy. to mi zawsze pomaga. może zacznę od lampki? daje takie zimne światło...

czwartek, 6 stycznia 2011

sześciu króli


kurczaczki. fajnie jest obudzić się obok drugiego człowieka. ostatnio rzadko mi się to zdarza. choć i tak częściej, niż bym przypuszczała :) zdarzyło się dziś. magdalena troszku wczoraj zaniemogła i zabrałam ją do siebie, coby sama po nocy nie latała. zresztą raczej nie była w stanie... miło jest mieć komu rano zrobić herbatę i śniadanie. fajnie jest mieć z kim przy tym śniadaniu pogadać... no bo ile można mówić do myszy? :) niedługo zacznę gadać sama do siebie, w myśl zasady, że od czasu do czasu trzeba porozmawiać z kimś inteligentnym... ;)

nasłuchałam się różnych magdalenowych opowieści, syndrom dnia następnego uniemożliwił mi jednak notowanie jej wynurzeń, coś tam jednak utknęło w pamięci... ale to może na kiedy indziej, bo dziś trochę nie ogarniam...

odprowadziłam magdalenę na przystanek. nie chciało mi się ubierać w soczewki, więc aby przejrzeć na oczy, wzięłam okulary. śnieg sypał. magdalena gadała. a ja weszłam w dziwny stan świadomości. percepcja w okularach jest zupełnie inna niż w soczewkach. ograniczone pole widzenia i zmienione parametry odległości. wszystko wydaje się być bliżej niż jest w rzeczywistości. wracałam bez magdaleny. śnieg sypał. szłam w milczeniu. miałam wrażenie, że moje nogi nie są moje. musiałam kilka razy sprawdzić, czy są na pewno przedłużeniem MOJEGO ciała. potrzebowałam mocniejszego kontaktu z nawierzchnią, więc szorowałam butami po chodniku. w przeciwnym razie miałam wrażenie, że płynę ponad nim i nie kontroluję sytuacji, że zaraz gdzieś odlecę i nie będę umiała powrócić.

śnieżny puszek osadził się na rozłożystych iglakach. zdmuchnęłam go trochę. tak mi było, że se go zdmuchnąć musiałam.

a teraz jest mi nijak. tyle miałam dziś zrobić. wciągnęło mnie łóżko. wolne dni nie są ostatnio moimi sprzymierzeńcami. fiksuję. zamykam się. czuję drżenie mojego wewnętrznego zwierzątka. słabnę. kończy się paliwo. udało mi się przetrwać prawie tydzień tak zwanego nowego roku w starym życiu. w pełni świadomie używam słowa "przetrwać". każdy dzień traktuję jako wyzwanie. przejście przezeń bez większego bólu z tyłu głowy jest sukcesem. każda okazja do śmiechu jest celebrowanym świętem. śmieję się dużo. wygłupiam się. zagaduję innych. a w środku wyję jak wilk do księżyca. tutaj mogę pozwolić sobie na chwilę szczerości z samą sobą. ten skrawek przestrzeni jest moim wentylem bezpieczeństwa. jedynym, jaki posiadam. może dzięki temu nie zwariuję do reszty. może.

dziś "sześciu króli", jak rzekła magdalena. urodziny Mundi. dziś skończyłaby tyle lat, ile ja mieć będę jeszcze przez parę miesięcy. zawsze się cieszyła, że przez ten krótki czas byłyśmy równolatkami.

środa, 5 stycznia 2011

magdalena powraca


nasz czujny pan ochraniacz przy pomocy koleżanki wyczaił dziś kobitę, co to chciała nabyć towar niekoniecznie drogą kupna... zawezwał był siły interwencyjne w postaci czterech rosłych policjantów (przy czym jeden z nich był rosły nadmiernie). magdalena bardzo się tym faktem przejęła, woła mnie na stronę i teatralnym szeptem rzecze:

- za mundurem panny sznurem! jesssu! tam na zapleczu są policjanci! wszyscy tacy przystojni i wysocy! jesssu! musisz iść i zobaczyć!

no skoro musiałam, to poszłam. obejrzałam ich sobie, pogadałam o sprawach technicznych ujęcia, po czym nie wytrzymałam i mówię im, że koleżanka bardzo jest wzruszona faktem, że ich tu tylu i że tacy piękni i w ogóle... a ten nadmiernie wysoki na to, że szkoda, że koleżanka sama tego ku nim nie wyartykułowała, bo z radością by jej oznajmił, że jest ich więcej, bo jeszcze dwóch zostało na dole... magdalena na tę wieść zwariowała...

a dowiedziałam się dziś od M. że magdalena któregoś razu nie była w stanie poskromić swej frustracji, jaka często bywa udziałem naszej niewdzięcznej pracy. był weekend, dzikie tłumy, straszne kolejki, ludzie tratujący wszystko, co napotykają na swej drodze, kupa szmat na podłodze i wszędzie indziej, gdzie nie do końca ich miejsce i ona jedna, usiłująca ogarnąć sytuację... nigdy jeszcze nie słyszałam, aby z ust magdaleny padły bardziej niecenzuralne słowa od jej słynnych "kurczaczków". M. mówi, że tego sławetnego dnia nie było jednak kurczaczków... magdalena w pewnej chwili osłabła w ferworze walki, złapała się rolki i wypuściła wraz z parą z uszu nieparlamentarne:
- kur... mać!!!
to musiał być epokowy moment :)

a wczoraj znalazłam rękawiczkę. po chwili skanowania dotarło do mnie, że należy ona do magdaleny, co więcej jestem w posiadaniu informacji na temat genezy powstania owej. otóż została wykonana przez babcię magdaleny, zapewne tę samą, która nie lubi odbierać telefonów. znalezisko to tym bardziej wydało mi się radosne, więc czem prędzej telefonicznie oznajmiłam posiadaczce, coby się nie martwiła, bo jej zguba jest w dobrych rękach, ale musi się wykazać i wymyślić jakiegoś fanta. i tym oto sposobem okazuje się, że jutro idziemy na piwo... jak znów będzie mi je piła przez dwie słomki, to się chyba rozpłaczę ze szczęścia :)

panie, jeżeli istniejesz, dziękuję Ci za magdalenę...


niedziela, 2 stycznia 2011

kostka rubika




się pozmieniało w pizdu :) patrzę na życie rok temu i teraz i bawię się w grę pod tytułem "porównaj dwa obrazki i znajdź pięć różnic między nimi"... znajduję ich dużo więcej. w zasadzie to już nie mam pewności, czy ja to aby na pewno ja? ktoś rozłożył sztalugi, rozciągnął na nich płótno i jednym machnięciem pędzla zamazał obraz sprzed roku. hmm, zdaje się, że byłam to nawet ja. w jakimś amoku pomalowałam wszystko na czarno. całkiem być tak mogło.

a ostatnio tylko utyskiwania i jojczenie. ja pierdolę, już nie mogę sama ze sobą wytrzymać :) jak taka zacięta pozytywka, w kółko ten sam strzęp melodii... niech mnie ktoś nakręci, czy cóś... albo w ogóle wyłączy... miałam już tak głupie myśli, żeby tak sobie wymacać przycisk OFF i go "nadusić", jak to się mówi w poznaniu... ale nie odważyłabym się. mimo, że chwilami coś odejmuje mi siły... w "psach..." znalazłam takie ładne sformułowanie: wyrakietować się z siebie :) to by była dopiero opcja :)

kurczaki. magdalena też mówi, że nie chce jej się żyć. karmiła mnie dziś bigosem swojej Mamy, a ja podrzuciłam jej jakieś słodkości... taka akcja pajacyk na małą skalę...

mam w głowie zamiast mózgu kostkę rubika, którą ktoś totalnie rozgrzebał. i pewnie znów byłam to ja. a nigdy nie byłam dobra w takich łamigłówkach. pewnie ułożenie jej zajmie mi resztę życia... i nie sądzę, żeby się w stu procentach udało. nie wierzę też, że pierwotnie była jednolita :) nie w tym wcieleniu ;)

sobota, 1 stycznia 2011


cały dzień w łóżku. wczoraj jednak wyszłam z domu, mimo braku chęci i obaw, że znów się komuś poryczę. pomogło. na chwilę, ale pomogło. jestem chyba nawet nie najgorszą aktorką. a może po prostu przez moment udało mi się nie myśleć?

nie wiem, jak długo tak jeszcze wytrzymam. myślałam, że jestem aspołeczna. ale chyba nie do końca. fakt, że traktuję znajomości bardzo wybiórczo i niewielu osobom pozwalam się do siebie zbliżyć. czasem marzyłam o takiej samotni, odseparowaniu się od wszystkich, pobyciu tylko ze sobą. nie umiem jednak żyć tylko dla siebie. nie znajduję motywacji do wstania z łóżka. dostaję na łeb. wszystkie sprawdzone sposoby walki z depresją przynoszą coraz mniejsze efekty. cokolwiek nie zrobię, będzie źle. nie wiem już, jak się ratować.

a dupa tam :) koniec marudzenia. szczęśliwego nowego roku :)

moje życzenie to wewnętrzny spokój.