wtorek, 15 grudnia 2009

w innym wymiarze



jak dobrze jest mieć dokąd wyjechać, zaszyć się z daleka od świata, zapomnieć na chwilę o rzeczywistości, przenieść się w inny wymiar... gdzie czas płynie wolniej, w kominku trzaska drewno, jest błogie lenistwo i spokój. gdzie dookoła życzliwi ludzie, domowa atmosfera, śmiechy, śpiewy, wspomnienia... wspólne gotowanie i spożywanie owoców tegoż. magnetyczna wielka kanapa, na której można podrzemać pod kocykiem. sting sączący się w eterze, na stole ciacha z kremem a wokół przyjemne ciepło ognia.święta bez czerwonych dat w kalendarzu. celebrowanie każdego dnia w gronie przyjaciół. a za oknem mróz :) i kto nie chce, nie musi się na niego pchać. w ogóle nikt nic nie musi. taki weekend zdarza się raz na jakiś czas. ale za to ładuje akumulatory na długo. choć zderzenie z rzeczywistością było trochę bolesne, na samo wspomnienie usmiech wyłazi na gębę. i niech tam pozostanie jeszcze choć na trochę :)

środa, 9 grudnia 2009

mężczyzna idealna :)




żem też se znalazła... zapiski z 18 listopada 2003:

...chciałabym być facetem. tak se doszłam do wniosku ostatnio. byłbym takim, kuwa, andergrantem. długie hery, pekaesy, zamglone spojrzenie, tajemniczy uśmiech. rozciągnięty sweter, jakieś sztany, gitara...
i glany do tego. obowiązkowo.
byłbym facetem swoich marzeń.
swoich, jako kobiety, którą niestety jestem.
ooo, zarost bym miał fajny jakiś. a potem bym się ogolił, włosy jakoś fajnie obciął.
taki zajebisty koleś bym był. a jak laski by za mną szalały! no, na pewno bym je intrygował. takstami bym enigmatycznymi walił. nic by nie rozumiały... a co!
i fiutka bym miał. ciekawe, w której nogawce bym go nosił? bo taki by był imponujący...

aaa tam... i co? byłbym gejem? na to wychodzi, bo byłbym sobą, znaczy mną. a ja chłopców lubię :) hmmm...

wtorek, 8 grudnia 2009

iskierka

wracam z pracy. jadę tramwajem. nóżki mnie bolą a siedzenie przyjemnie grzeje w dupkę. w uszach i mózgu novika szeptem opowiada o znaczeniu ciszy. a ja gapię się na stare kamienice. znów urzeczona  ich zdobieniami, łukami, trójwymiarowością kształtów. kolejny raz zaglądam im w oczy, próbując dostrzec duszę domu. zwisające z sufitów żyrandole. ciepłe światło. gdzieś już stoi choinka. światełka. iskierki. mknę po szynach a moja głowa zostaje z tyłu.

udało mi się dziś coś poczuć. na małą chwilę coś we mnie zaskoczyło. nie wiem co. ale chyba jeszcze umiem czuć coś oprócz stresu. a przynajmniej bardzo bym chciała. bardzo bym chciała...

poniedziałek, 7 grudnia 2009

cukiereczek :)



ech
tak bym chciała, żeby jeszcze kiedyś ktoś mi tak wyśpiewał :) i takiego lizaka bym pod światło pooglądała :) uwielbiam ten kawałek :)

life is crazy candy baby

sobota, 5 grudnia 2009

(*)

ech, co za dzień
dzień, w którym grzeszą nawet anioły
i nawet niebo wydaje się być tak niedaleko...

tęsknię za wolnością
za wiatrem we włosach
za łąkami
za przytuleniem się do ziemi
za słońcem pod powiekami
za tęczą w źrenicach
za pijackim śpiewem
za emocjami, których nie ma...
za szaleństwem
za śmiechem

ostatnio czuję coraz mniej
roztapiam się
znikam
zostaje tylko lalka, w której plastik się oblekam
zimny manekin

nie chcę tak żyć
tęsknię za Mundi

sobota, 28 listopada 2009

hasło: ognista kula...



mam 9 lat.
stary dom babci. strome, skzypiące,  drewniane schody prowadzące na górę, otwieram drzwi na zasuwkę i już jestem w środku. strych. przez niewielkie okno wpada promień słońca. oddycham kurzem. wielki kufer pełen skarbów. pewnie był w nim kiedyś posag babci... młynek do kawy na korbkę, w którym my, dzieci, mielimy fasolę :) sterty ubrań. butelki z kapslem. książki. nikt niepowołany nie wejdzie. mamy swoje hasło. wpuszczamy do tego magicznego świata tylko osoby uprawnione.

po podwórzu biegają kury. bawimy się w podróż w kosmos. rysujemy patykiem na piasku rakietę i wsiadamy do środka. startujemy. w ogródku kwitną aksamitki, na które babcia mówi turki. latryna jest na zewnątrz domu. drewniana klitka. w drzwiach otwór, przez który kontempluję przyrodę. muchy. lato to ich żywioł.

kopiemy w ziemi dziurę, zasłaniamy ją dyktą i zasypujemy to piaskiem. czekamy, aż jakiś "dorosły" przyjdzie i nabierze się na naszą pułapkę. bujamy się na bramie. wróżymy sobie z liści akacji... w myśli, w sercu, na ślubnym kobiercu... bawimy się w boże ciało. wyrywamy babci z ogródka róże i sypiemy płatki na drogę, którą idziemy...

któregoś dnia następuje nieszczęście. nasz kot, ciciol, wpada pod samochód. zostaje po nim tylko ogon. postanawiamy go pochować. z dwóch patyków związanych sznurkiem robimy krzyż i wbijamy go w mogiłę kota. przybiega wzburzony wujek i niszczy krzyż. nie rozumiemy tego.

ze stodoły wyciągamy stary motor brata babci. nie pamiętam marki. idziemy na polną drogę, pchamy motor, a dumny kierowca usiłuje złapać równowagę. sąsiadowi wylewa szambo. ewakuujemy się do domu i usiłujemy nie oddychać.

wieczorem padamy z nóg po całym dniu wrażeń. ale resztkami sił planujemy nocny wypad na strych w celu wywoływania duchów. musimy tylko uważać, aby nie przywołać do siebie duchów konopnickiej i curie skłodowskiej, bo są podobno wyjątkowo wredne... rodzice gonią nas do kąpieli. na starym piecu z fajerkami podgrzewają wodę, wlewają ją do plastikowej michy i każde z naszej trójki się pucuje w tej samej wodzie. jedno po drugim. najgorzej ma to ostatnie z nas. w wodzie pływają mydliny, a rodzice mówią, że mamy nogi czarne jak święta ziemia.

tak sobie dziś z rozrzewnieniem wspominam. carlos ruiz zafon twierdzi, że wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło. kiedy jest mi źle, faktycznie tak się dzieje. marzę. ale dziś jest inaczej. dziś wytarte, stare obrazy na nowo odzyskują kolor, przechodzi przez nie słońce, a ich kontury się wyostrzają. dziś znów jestem w rodzinnym domu babci. dziś znów mam 9 lat...

czwartek, 26 listopada 2009

metafizycznie





śmierć nie może być końcem. jakiś pierwiastek człowieka zostaje. gdzieś. czasem wraca, komunikuje się z tymi tu, na ziemi. przekazuje swoją energię. przesyła wiadomość. jestem. wciąż jestem... miałam dziś okazję czegoś takiego doświadczyć. nigdy bym się tego nie spodziewała i jako raczej racjonalnie myśląca osoba próbowałam znaleźć wytłumaczenie. nie potrafię. ktoś tu był. i nie sądzę, żeby był to mój urojony duch, z którego raczej się śmieję niż boję. ciocia Zuzia przyszła się pożegnać. czuję się wyróżniona. nie ma we mnie strachu... co więcej, jestem wdzięczna. i wierzę. wierzę w takie znaki. od dziś...

sobota, 21 listopada 2009

...

boję się, że to co było już nie powróci, a to, co mogłoby się wydarzyć, nigdy nie nadejdzie... boję się pustki w sobie, przepełnienia pragnieniami odkładanymi na potem, którego wiem, że nie będzie. duszę się.

wdycham lakier do paznokci.
kolejna warstwa przykrywająca niedoskonałości. cała ja.

wtorek, 17 listopada 2009

terroromans

...ktoś szarpie struny gitary
idę tam, skąd dobiega głos
podchodzę
czerń i biel
napięcie, zetknięcie warg

wszystko jest bardzo realne, słyszę dźwięki, czuję emocje

"masz w oczach księżyce..."

co to było...?

więc nowocześnie terroryzuj, romantycznie hipnotyzuj mnie...



poniedziałek, 2 listopada 2009

"gdzie tu jest ginekologia?"

                                                


wiedziałam, że obżarstwo przed snem nie skończy się dobrze... na środę umówiłam się do ginekologa, ale mój umysł najwyraźniej postanowił wyprzedzić fakty. już dziś w nocy odwiedziłam panią doktor...

normalnie wizyta przebiega tak, że najpierw rozmawiamy, a potem idę do oddzielnego pomieszczenia, w którym się rozdziewam na tyle, na ile to potrzebne do badania :)  a tutaj, nie wiedzieć dlaczego, najpierw rozebrałam się do naga, a dopiero potem postanowiłam udać się do tego drugiego pokoiku. no i tu się zaczęło! okazało się, że tego pomieszczenia nie ma, a ja goła jak święty turecki wyszłam na korytarz pełen ludzi. na szczęście dorwałam skądś jakąś kołdrę (zapewne tę, pod którą właśnie spałam) i okryłam nią swoje wdzięki. biegałam po całej przychodni, pytając wszystkich, gdzie tu jest ginekologia? korytarze zaczęły się mnożyć, pamiętam miejsce, z którego były trzy odnogi.  jakaś pielęgniarka wskazała mi schody na górę, ale ona zaprowadziły mnie na oddział dla noworodków. jakaś kobieta pokazywała mi swoje dziecko i mówiła, że jest bardzo chore. potem trafiłam do sali szpitalnej, w której leżeli inni pacjenci. nagle znalazłam się w poczekalni pełnej ludzi. kołdra zaczęła mi zjeżdżać, więc postanowiłam uciec gdzieś, gdzie będę mogła się w nią bez świadków szczelnie owinąć. wyjściem ewakuacyjnym wyszłam na dach, ale tam nagle pojawił się jakiś grajek i ściągnął za sobą publiczność. znów musiałam zmienić lokalizację. zapytałam kolejną pielęgniarkę, gdzie znajdę ginekologię, a ona kazała mi iść za sobą. pamiętam uczucie lekkości, jakbym jechała lub leciała, nie musiałam martwić się tym, gdzie jestem, po prostu szłam bezmyślnie za nią. nagle znalazłyśmy się w tym samym miejscu, w którym byłam wcześniej, tym z trzema odnogami korytarzy. wskazała mi jedną z nich i znikła. poszłam tą drogą i znalazłam tam szereg łóżek szpitalnych, a może do masażu, w każdym razie poruszały się, jakby były właśnie testowane (coś na kształt mebli w ikei, które czasem są poddawane mechanicznie takim próbom). miałam niejasne uczucie, że to jakiś projekt objęty tajemnicą i nie powinnam była tego zobaczyć. pamiętam też, że myślałam o czekającej na mnie lekarce, o tym, że na pewno się wkurza, że mnie nie ma (kolejny raz ten motyw!) niestety nie było mi dane stawić się na badanie, bo się przebudziłam. swoją drogą dobrze, że nikt nie zabrał nagiej, owiniętej w kołdrę dziewczyny latającej po szpitalu na oddział psychiatryczny...

niedziela, 1 listopada 2009

gdzie czas stanął w miejscu...


 


stare kamienice.
osypujące się tynki.
historia wyryta w murach.
echo zgiełku miasta.
chłód.
twarze zaklęte w kamieniu.
zadumanie...
ile widziały przez te wszystkie lata?
do kogo należały?
jakie by były, gdyby tchnąć w nie życie?

tu czas stanął w miejscu...
kiedyś tam wrócę...









 


 


 


 


 


 


 


 


 

sobota, 31 października 2009

na szafot




 


skrzypce i język francuski- to mnie powala!
długonogi pająk alfred przyczajony za sedesem... w normalnych warunkach zrobiłabym mu eksmisję na balkon, ale szkoda mi chłopaka, bo tak zimno na dworze... może jutro, jak wyjdzie słoneczko. o ile wyjdzie...
grzaniec galicyjski i pijana pomarańcza.
zabijam (zapijam?) w sobie siebie sprzed paru godzin. krzyczącą na pracowników mendę. niecierpliwą, wredną sukę. zmęczoną życiem kobietę. przywaloną obowiązkami "panią kierownik". tlenu!!!
przeprosiłam. i co z tego? pokrzyczę sobie i zademonstruję moją irytację, a potem, już po wszystkim, przeżywam i przeżuwam w sobie. bo to nie takie proste- wyjść z kamieniołomu i wyrzucić kilof za siebie... bolą mięśnie, boli głowa. boli serce. no kurwa, czy ja naprawdę jestem złym człowiekiem? bo tracę cierpliwość pod gruzami normalności? bo w tym roku postanowiłam nie spinać się i odpuściłam 1 listopada? bo chcę uniknąć dzikich tłumów na cmentarzu i przypadkowych spotkań z rodziną, którą widzę raz do roku? bo nie chcę odpowiadać na pytanie: co u rodziców? numer telefonu się nie zmienił, w każdej chwili można zadzwonić i zapytać... ja nie chcę ściemniać, że jest kolorowo, zakładając na twarz uśmiech numer osiem... czy jestem winna i na szafot ze mną, bo choć raz postanowiłam pomyśleć o swoich potrzebach i nie spełniać oczekiwań innych osób? moja aspołeczność osiąga apogeum... dość pytań, telefonów, cisza... spokój... jedyne o czym marzę, to pobyć sama ze sobą. albo nawet z kimś, ale żeby ten ktoś niczego ode mnie nie chciał i milczał razem ze mną... wspólne milczenie jest więcej warte niż jakieś naciągane, wymuszone, banalne rozmowy... i niby jestem sama. niby mam ciszę. a w głowie szum. i poczucie winy. że powinnam była... że jestem egoistką. że ...że ...

czwartek, 29 października 2009

o tym, jak to GWIOZDA zeszła do mnie ze sceny...

a propos tego, jakie dźwięki oglądałam jadąc pociągiem, przypomniała mi się historia sprzed roku. zostałam namówiona na koncert keitha caputo, o którym bladego pojęcia nie miałam. dzień był szary, deszczowy, wracałam z pracy i tradycyjnie zepsuł się tramwaj. ze słowiańskiej na most teatralny szłam pieszo, a żeby sobie tę drogę urozmaicić, wrzuciłam muzykę keitha,  coby choć trochę zaznajomić się z jego radosną twórczością. zaczarował mnie. szaruga, woda z nieba, chmara ptaszysk podrywająca się do lotu i jego depresyjna muzyka. trafiła w klimat. zmokłam i zmarzłam, ale jakoś mi się nie spieszyło i przedłużałam spacer idąc powolnym krokiem wzdłuż torów tramwajowych. to był mój pierwszy kontakt.

drugi nastąpił parę godzin później w klubie blue note. chłopcy (bo keith gra ze swoimi muzykami) spóźnili się dobrą godzinę. w końcu wyszli. było bardzo kameralnie, zapewne z racji tego, że artysta raczej  u nas nie jest znany szerokiej publiczności. poleciały kawałki, niektóre nawet kojarzyłam ze swego wcześniejszego spaceru... od znajomych zapaleńców słyszałam wcześniej, że keith jest malutki i prawie go nie widać. faktycznie, może ma z metr pięćdziesiąt wzrostu... siedzieliśmy na końcu sali, sączyliśmy piwko i słuchaliśmy. w pewnym momencie stwierdziłam, że ja go przecież ledwo widzę, więc pójdę do przodu obejrzeć go sobie. pod sceną stało parę osób, więc (jako że jestem dość wysoką dziewczynką) żeby im nie zasłaniać klapnęłam sobie na podłodze. no i wtedy się zdziwiłam, bo keith dokończył piosenkę, po czym wziął krzesełko i mikrofonik i uwalił się z tym wszystkim obok mnie :) śmiać mi się chciało, bo co prawda chciałam go sobie obejrzeć, ale nie musiał od razu schodzić ze sceny :) w każdym razie jego posunięcie wzbudziło ogólną radość i obok nas uformował się od razu wianuszek wiernych fanów. najśmieszniejsze w tej całej historii było to, że GWIOZDA najwyraźniej oczekiwała, że tak zagorzała wielbicielka jak ja będzie z nim śpiewać, a ja ni w ząb :) a jeszcze potem okazało się, że zdjęcia z tego koncertu (z moją skromną osobą w tle) krążą w internecie i jak się uprę, to sama mogę pretendować do roli GWIOZDY (betlejemskiej)  :)

dziękuję za uwagę :) autografy po kolacji ;)

środa, 28 października 2009

"... dźwięki zobaczone"


uwięziona w klatce przedziału kolejowego zakładam na uszy słuchawki. gaśnie światło, nikną obce twarze, zamykam oczy. jestem tylko ja i muzyka, a każdy akord rozkosznie boli. od czasu do czasu pod zaciśnięte powieki dociera plama światła z mijanych latarni. pędzę do tyłu, zatracam się, nie mam ciała, a jedynie świadomość zataczającą łagodne kręgi w rytm melodii, która powoli umiera... otwieram oczy...

wtorek, 27 października 2009

trybik w maszynie

AAAAAAAAAA!!!!!!

wróciłam wczoraj z domu, 500 kilometrów, 7 godzin w samochodzie i do roboty... na nockę. bo się otwierają nowe cuda & atrakcje i przyjadą wszyscy święci, w związku z czym trzeba pomalować trawę na zielono. wróciłam po piątej. nerwowy sen, podczas którego w dalszym ciągu przewalałam tony tych cholernych szmat... ciągnę dwa etaty i nikt mi za to nie płaci. jestem tak nieprzytomna, że zapomniałam, że przywiozłam od mamy bigos, udka z kurczaka i gołąbki i w ramach zatykania żołądka byle czym, poleciałam do sklepu po pierogi. właśnie spaliłam do nich cebulę, bo się w margowy blog zapatrzyłam... śmierdzi przeokrutnie :) ale już drugą porcję smażę, mam jeszcze chwilę, bo lecę na 16.  od kiedy wróciłam z legnicy, mam wrażenie, że czasu nie ma, widzę tylko kurz, który po sobie zostawia w szalonym pędzie. nie nadążam. nie mam kiedy usiąść spokojnie, poczytać (no, wczoraj w samochodzie próbowałam dobrać się do cejrowskiego, ale zakręty mi nie sprzyjały), w pracy młyn, w domu bałagan i brak czasu, brak siły, brak motywacji. a tam, dziś się przemęczę i może jutro jakąś energię z siebie wykrzesam. idę jeść, bo cebula znów zaczyna pachnieć niepokojąco. a może to jeszcze ten pierwszy swąd? :)

poniedziałek, 19 października 2009

poobiednia drzemka





jestem sekretarką w jakiejś firmie. trwa casting. na? w każdym razie w korytarzu tłoczy się mnóstwo dziewczyn. kolejka, a ja zasuwam między nimi dumna, że tu pracuję i... usiłuję zaparzyć kawę. w biurze jakaś ważna narada, trzej panowie prezesi czekają na tę moją kawę, a ja miotam się po kuchni i chcę, żeby wszystko wypadło jak najlepiej. rozpuszczam czekoladę, ubijam z żółtek kogel-mogel, spieniam mleko. w tym czasie kawa stygnie. nalewam do niej tych dodatków, w końcu stawiam filiżanki na plastikową tacę i biegnę do biura. okazuje się, że czekolada zaczyna tężeć, piana z mleka opada, a kawa jest zimna. jeden kubek jest w ogóle pusty. strasznie mi wstyd. do trzech panów prezesów przychodzi jeszcze dwóch gości. oni (ku mej rozpaczy!) też chcą kawę. tym razem nie mogę znaleźć odpowiednich filiżanek. żadne nie spełniają moich oczekiwań lub nie mogę skompletować dwu takich samych. te, które mam do dyspozycji są poobijane, mają infantylne kształty lub są zbyt kolorowe. biegam, szukam. w końcu zaglądam do jakiejś szafki. tam cały skład porcelany! wypatruję odpowiednich filiżanek. nagle okazuje się, że konstrukcja, na której wiszą, to duża pozytywka, która zaczyna wygrywać melodyjkę i kręcić się w kółko. usiłuję dosięgnąć interesujące mnie filiżanki, lecz one uciekają w dzikim pędzie.


mam wrażenie, że mijają całe wieki, odkąd zostało złożone zamówienie na kawę, a panowie prezesi są coraz bardziej zniecierpliwieni...

środa, 23 września 2009

okna anny


dubrovnik. mury miasta. powolna wspinaczka. walka z lękiem przestrzeni i wysokości. nogi z waty. wewnętrzny monolog: no wleziesz przecież, nic ci nie będzie, nie patrz w dól. patrz przed siebie. czerwień dachówek. panorama starej części miasta. w dole fontanna onufrego, pod którą siedzi uroczy dziadek rzępolący ciągle tę samą melodię na trudno-powiedzieć- czym, przytupujący w deskę do taktu. adriatyk zaciekle rozbijający się o skały. w tle wyspa locrum. koty, mnóstwo kotów. spokój. i okna. okna, które uwielbiam. okna, w które mogę się bezkarnie wgapiać. jestem na wysokości domostw, niektóre z nich dzieli ode mnie tylko parę metrów. podglądam. podziwiam. patrzę. zaglądam. eksploruję. ciekawość to, czy zaciekawienie? nic nie poradzę, nie chcę poradzić. kocham zaglądać ludziom w okna. wynajdować dziwactwa i obserwować zwyczajność. łapać ich życie, przystanąć na chwilę i oddychać kurzem z ich przestrzeni. przez chwilę stać się kimś innym...

okna




zwyczajne





dziwaczne





zatrzymane w czasie





opowiadające swoją historię





rozbrajająco urokliwe






skrywające tajemnicę





oswojone





codzienne





magnetyczne




sobota, 15 sierpnia 2009

...

chciałabym teraz wtulić się w psią sierść, podrapać jej właściciela za uchem i wyryczeć mu się w ciepły kark. trudny tydzień. emocjonalnie roztrzaskana po wizycie w domu, bardziej niż zwykle jeszcze... jakie to zresztą ma znaczenie, znów widzę wyraźnie, że wszystko jest kwestią świadomości, ponieważ stan rzeczy jest, trwa niezależnie od nas, a wpływa na nasze życie dopiero w momencie, w którym o tym stanie rzeczy się dowiadujemy. a do mojej świadomości napływa ostatnio za dużo danych... muszę sobie połatać i wyprasować potarmoszoną duszę. po całym wachlarzu emocji pozostał już we mnie tylko taki zwykły, ludzki smutek.

wczoraj był dzień miłych zaskoczeń. w śmiesznej cenie kupiłam buty, na które czaiłam się całe lato. poszłam w końcu do lekarza z nogą i trafiłam na bardzo fajną lekarkę. u fryzjera w ramach "usługi" dostałam cudny dwudziestominutowy masaż głowy i nowe włoski. tylko wieczór okazał się być mniej miły. ale kto wie, może miało tak być, żebym coś zobaczyła, zanim będzie za późno... tylko boli, zawsze boli najbardziej, kiedy ból zadaje osoba, której zaufaliśmy...

a żeby było śmiesznie dziś nadziałam się na pana, który na środku chodnika, tuż obok torów tramwajowych robił sobie dobrze... jak dotarło do mnie, co widzę, moje nogi natentychmiast zrobiły w tył zwrot, nawet nie pytając mnie o zdanie. ciekawe, czy doszedł? :)

znów mi coś w mieszkaniu puka. już się chyba nawet nie boję. dziś jest mi wszystko jedno. jestem cieniem.

wtorek, 4 sierpnia 2009

dziki lokator?



coś dziwnego dzieje się w tym mieszkaniu. już od jakiegoś czasu. było kilka takich sytuacji, kiedy miałam ciarki na plecach. raz wróciliśmy z jakiegoś wypadu i zastaliśmy w pokoju zapalone światło. byłam święcie przekonana, że je wyłączałam. innym razem bardzo wczesnym rankiem suszyłam włosy w łazience. przewód był mocno wetknięty w gniazdko i nagle po prostu z niego wyskoczył, tak jakby ktoś pociągnął za kabel. myślałam, że zejdę na serce. cały poprzedni weekend ktoś spędził ze mną, mimo że byłam w mieszkaniu sama. nieustannie miałam wrażenie, że ktoś jest obok, chodzi po pokojach, czułam czyjąś cichą obecność. dziś w nocy obudził mnie stuk, jakby coś spadło. rano znalazłam na stoliku książkę, która wcześniej znajdowała się na półce powyżej. M., jak to mężczyzna, racjonalizuje te wszystkie sytuacje. światła na pewno nie wyłączyłam, bo mam posuniętą sklerozę, kabel od suszarki wypadł, bo był nie do końca włożony i pod wpływem ciepła coś tam zaskoczyło, a że w nocy coś spadło, to nam się wydawało...ja jednak nie jestem do końca przekonana. może faktycznie nadinterpretuję te oznaki czyjejś obecności, a moja romantyczna natura każe mi wierzyć w siły nadprzyrodzone? wyobraźnia rusza szalonym galopem, układa historię o człowieku niegdyś zamordowanym na terenie byłych ogródków działkowych, które potem przekształciły się w osiedle mieszkalne. tajemnica jego śmierci nie została wyjaśniona , a on szuka sprawiedliwości i spokoju... ech :)



to mieszka z nami ktoś jeszcze czy nie? margo, może ty wyczułaś tu jakąś obcą energię? :)

poniedziałek, 27 lipca 2009

głupola mam w sobie

doskonale wiedziałam, że nie powinnam pić tej kawy, a wypiłam dwie! siedzę sobie teraz i mną teleppppie, windę mam w przewodzie pokarmowym, a przynajmniej w jego górnym odcinku oraz ręce na literki odpowiednie nie trafiają, bo dzikość jakaś je dopadła. a w głowie szum i uczucie wzbijania się i opadania. na statku znaczy jestem.

och och, tyle wrażeń a tylko dwie kawy!

ostatnio głupol ze mnie wyłazi. w pracy chodzę w bereciku z antenką i mówię wszystkim, że jestem marija z ruchu oporu i żeby słuchali uważnie, bo nie będę powtarzać. u dentysty domagam się znieczulenia do martwego zęba, terroryzuję panią doktor i w końcu otrzymuję to, co chcę wymyślając jej, że na pewno to placebo w postaci witaminy c lub innej wody utlenionej, czym dostarczam jej dużo radości i z nią razem umieram ze śmiechu siedząc na fotelu dentystycznym. albo wyprawiam się w las i cofając się jedyną istniejącą drogą trafiam w zupełnie inne miejsce niż to, z którego wyszłam...i wracam do domu kolejką maltańską wciskając swą (na szczęście!) chudą dupkę na małe dziecięce ławeczki, słuchając piszczenia maluchów wymachujących balonikami w kształcie zebry oraz pohukiwania kolejki. a na babskiej imprezie zdobywam ni z tego ni z owego adoratora, który prawie mógłby być moim synem...

i tak sobie myślę

że

mam na co czekać
mam o czym myśleć
mam za kim tęsknić
mam z czego się cieszyć
mam o czym marzyć
mam po co wstawać co rano
mam do kogo się przytulić
mam gdzie pojechać, kiedy chcę się wyrwać codzienności
mam co penetrować intelektualnie
mam dwie ręce i dwie nogi
mam do kogo zadzwonić
mam z kim pogadać
mam głupola w sobie :)


...jestem szczęśliwa :)

a teraz najlepsze: koniecznie przy włączonych głośnikach i nie zniechęcać się długością oraz z pozoru brakiem sensu. choć wstęp na swój sposób jest uroczy. przynajmniej trafia w moje poczucie humoru. no ale ja jestem głupol...




wtorek, 21 lipca 2009

noc zadumana


przewrotne to trochę...nie chciałam dziś się obudzić...coś zjawiskowego zrodziło się w mej głowie. pomijając okoliczności hmmm... środek dnia, spacer za rękę z...(?! moja podświadomość dała mi niespodziewany prezent), patrzę w niebo, zachmurzone ciemnieje nagle i wyłania się księżyc, krótki błysk, widzę dwa księżyce, jeden w pełni, drugi przecięty dokładnie w połowie, trącam mojego towarzysza w ramię, żeby spojrzał, ale przedstawienie się kończy, chmury zasnuwają niebo... a po chwili apogeum niesamowitości: chmury znów się rozdzierają, środek wypełnia czyste niebo i widzimy tysiące małych księżyców, idealnie okrągłych, które zdają się spływać z firmamentu, jak lustrzane zajączki przechodzą przez promienie słońca, ich tęczowe odbicia osnuwają nas i ściany kamienicy, przy której stoimy... ciężko zawrzeć w słowach to, co widziałam, ale było to iście bajkowe...

a dziś rano odpalam google i w logo wyszukiwarki widzę...księżyc :) którego dokładnie 40 lat temu po raz pierwszy dotknęła ludzka stopa... :)


a z wcześniejszej fazy snu pamiętam kolejną fiksację na tematy "kiblowo-sedesowe"... i to już nie było takie przyjemne. po którymś śnie myślałam, że szczytem mej nieuświadomionej obsesji była kombinacja sedesu z windą, ale rondelek z rączką pobił wszystko... kto zna temat, wie, o co chodzi. więc krzyczę: POMOCY!!! jakiś psychoanalityk by musiał się mną zająć, czy cóś...


spowita nocnym pyłem księżycowym wracam do rzeczywistości...

sobota, 27 czerwca 2009

kobieta -ćma




mieszkała ze mną jedną noc. nie wiem, skąd się wzięła, nagle późnym wieczorem zaczęła walić skrzydłami o ekran włączonego telewizora. przez chwilę myślałam nawet, że to jakiś interaktywny program... gdy usiłowałam ją przegonić, przywarła do sufitu, biedna, wystraszona ćma, nie rozumiała, że chcę jej pomóc się uwolnić.

fascynują mnie te stworzenia. ich życiem i śmiercią jest światło...ono je przywołuje, za nim na oślep dążą, w nim płoną i giną... moje skojarzenia z ćmą: kobieta, która nie może zaznać spokoju, która wie, że się sparzy, ale nie przestaje wkładać rąk do ognia... byłam kiedyś taką ćmą zatraconą w chorej miłości. nie liczyło się nic, tylko to, aby jeszcze choć przez chwilę zanurzyć się w cieple destrukcyjnego płomienia, a potem niech kończy się świat... drugie skojarzenie: femme fatale, znów kobieta, tym razem zimna, metaforycznie ukazująca skrawek swych ud, tylko po to, aby go potem szczelnie ukryć, kusząca, zwodząca i porzucająca swe naiwne ofiary... taką kobietą też zdarzało mi się bywać...

poczucie bezpieczeństwa. stabilizacja. zaufanie. wartości, które bardzo cenię. osiągnięte mozolnym trudem i walką z samą sobą. a jednak czasem odradza się we mnie kobieta-ćma, która pragnie zrobić coś zakazanego i jeszcze raz poparzyć sobie skrzydła, która chce się zatracić i oddać się szaleństwu swemu...

gdy dziś wróciłam z pracy, w dalszym ciągu się błąkała po pokoju. usiadła na parapecie, jakby zamyślona, oglądała świat przez szybę. otworzyłam jej okno. nawet się nie pożegnała. mieszkała ze mną jedną noc...


wtorek, 2 czerwca 2009

01,06,09 kortowo




przez krótką chwilę,po raz pierwszy od bardzo dawna, wczoraj spotkałam się sama ze sobą... tam, gdzie przeszłość graniczy z przyszłością, każdą swą komórką poczułam teraźniejszość... miejsce generujące tyle wspomnień, deszcz i ja, na pomoście, stojąca na ławce, zapatrzona w toń jeziora, osnuta mgłą, przesiąknięta wodą z nieba płynącą... tyle obrazów, tyle uczuć, zapachów, melodii, smaków... przez tę krótką chwilę wszystkie radości i cierpienia zaklęte w pamięci tego miejsca, zlały się w jedno i oczyściły moją duszę... spłynęły w dół rwącym potokiem. słodki deszcz i słone łzy. łzy wzruszenia, ulgi, szczęścia... ON pozwolił mi zmoknąć i mókł razem ze mną, nie ingerując w to, co się we mnie dokonuje... wpuściłam GO do swojego świata i usłyszałam słowa, które są być może tymi na świecie najpiękniejszymi... na moim palcu lśni skrystalizowana miłość, a ja na nowo uczę się nie bać przyszłości...

sobota, 16 maja 2009

13 grudnia lat temu pięć ... z pamiętnika strzęp



taaa...dziś w nocy miałam zwierzątko. zwierzątko nazywało się gupik. jestem jak najbardziej świadoma faktu, że gupiki to rybki, ale mój osobisty gupik ni cholery rybką nie był. nie mam pojęcia zresztą, do jakiego gatunku mogłabym go zaliczyć. miał pazurki i kolce i siedział mi na prawym ramieniu, tak z tyłu bardziej, wczepiony w nie tymi pazurkami. szary jakiś taki był. i jechaliśmy pociągiem, na korytarzu, a te pociągi nasze są z natury brudne, to mu się brzuszek pobrudził, biedakowi :) i chciałam mu ten brzuszek umyć, zatargałam go do łazienki (w jakimś domu się nagle znalazłam) i gupik czerwony się zrobił i malutki taki. i ja go do łazienki do zlewu...i się bałam, że coś mu się stanie, że może pływać nie umie, czy coś...ale umiał, o dziwo! i lubił wodę, bo strumień prosto na niego leciał, a on takie fajne minki robił i się tak cieszył! i zlew się zapchał i on nurkować zaczął! a potem go wyjęłam i się zrobił zielony i taki miał zadowolony pyszczek...


dobra, już.

:)

czwartek, 14 maja 2009

z cyklu "z życia wzięte"



miejsce akcji: przymierzalnia w zarze

w rolach głównych: dwie dziewczyny mierzące ciuchy


- ja się nie mieszczę! musiałabym mieć rozmiar 36!
-podciągaj!
-no podciągam! ale w kroku mi nie sięgają! muszę mieć o rozmiar większe
-głupia jesteś, wejdziesz w nie!
-nie wejdę! a wiesz, co jest najgorsze? że to są te spodnie, które ostatnio miała na sobie ewa i tak fajnie w nich wyglądała!
-no co ty, to nie były te
-te, na pewno
-to musiała mieć większe! przecież ona jest mojej postury. a myślisz, że to są w ogóle spodnie dla nas?
-nie chcę tych spodni. przymierzę bluzkę.
-no pokaż się
-boże! czuję się w niej, jak bym zaraz miała zajść w ciążę!
-okropna jest, ściągaj!
-to ja już nie wiem, co mam kupić
-ja to mam wizję na tą koszulkę z tym paskiem
-a ja już nie mam żadnej wizji
-chodź tu ty moja wizjo!

wtorek, 21 kwietnia 2009

obok...


w tej samej przestrzeni
obok
plecy
...coś mówiłaś?
...jak skończę
plecy
...zaraz
...poczekaj


jestem tłem
obok...

piątek, 17 kwietnia 2009

"zapach wrzątku" :)



poczułam go znów...zapomniany, dawno nie słyszany, przywiał mi go wiatr z mazurskich łąk...zapach wolności, miłości, traw, ziemi i powietrza, nieco wilgotny, wdarł się w moje płuca i mózg, spowodował, że włączyłam projektor i na postrzępionym prześcieradle wspomnień wyświetliłam sobie slajdy z przeszłości, z tych dni, kiedy czułam się najbardziej na świecie szczęśliwa, w zapomnieniu i amoku, w wolności, w ciemności, w chłodzie wieczorów i cieple ogniska, w rosie bosą stopą dotykanej i w cykaniu świerszczy zagubiona...


"...zatańczymy jak owady
przy zakurzonej żarówce
najlepiej na obcasach
i po dużej wódce
wyjedziemy gdzieś za miasto
odwrócimy się plecami
będziemy się poznawać
ustami i palcami
nauczymy się od nowa
chodzić spać
i wypowiadać
słowa na m
proste słowa na m
wszystkie słowa na m
nowe słowa na m..."

oszalałam!!!

jest taka nowa reklama adidasa, wystarczyło parę dźwięków, aby mnie porazić, przeprowadziłam małe śledztwo (internet to jednak potęga!) i oto jest!
klip godny petera gabriela :) a kawałek...cóż- ja oszalałam! :)



wtorek, 7 kwietnia 2009

rozedrganie i milcząco...


że podskórnie i niewytłumaczalnie...o tęsknocie dziś będzie. ktoś tak właśnie mi ładnie napisał i do rozmyślań powołał. bo jak to jest, że czasem coś się dzieje samo, bez udziału świadomości i racjonalnego działania...że myśli gonią się nawzajem, że gdzieś się człowiek w sobie gubi, że od świata realnego się odrywa, że się nagle gdzie indziej staje...widzi rzeczy, które nie są...na "strzęp informacji" czeka... rozedrganie i milcząco. w tajemnicy przed sobą samym. sam z siebie się śmiejąc...i do siebie też trochę może...i z zadziwieniem na wszystko patrzy, a owo "wszystko" lepsze jakieś się wydaje...i los jakiś bardziej uległy się staje...

jam ananke, uosobienie tego, co naznaczone...czasem los musi się poddać...a może to tylko kwestia zamiany przypadku w przeznaczenie?

dopadła mnie wiosna :)

niedziela, 5 kwietnia 2009

że takie ładne one :)

o żesz w mordę :)
się tu znów zalogowałam, aż się zdziwiłam, że tak można jeszcze. bom dawno tu nie zaglądała, bo aura nie ta i w głowie niespokojnych myśli oceany
ale se tak myślę, że wiosna idzie i coś nowego może przyniesie

haha! i butki mam ładne, te same, na które tak smętnie przez ostatni miesiąc spoglądałam, mierząc prawego tylko i nie śmiąc obu założyć :)
a żem dziś je założyła a jutro w miasto ruszę, a co!

matko z córkom:) ja i obcasy... świat się kończy...

hehe :)

poniedziałek, 23 lutego 2009

wim chyba, czegu trza mi :) se pośpiewać :) tak se pofałszować, że aż miło, pokrzyczeć, wykrzyczeć :))
i kolejny piękny dzień za nami, nogi bolą od pracowej bieganiny jak zawsze, jeszcze se przemokły były, albowiem ich właścicielce se po deszczu spacerować się zachciało
i chuj

i fajnie jest
i se jason mraz zawodzi, a ja z nim
i śmiesznie mi
i chyba lepiej trochę

w końcu :)

środa, 18 lutego 2009

luty...

coraz częściej warczę
coraz częściej szczerzę kły, niekoniecznie w uśmiechu
boję się że zacznę kąsać
boję się, że nadejdzie moment, że wypluję z siebie cały jad, opryskam nim kogoś przygodnego i w kaftaniku z przydługimi rękawami zostanę wywieziona na sygnale przez karetkę pogotowia

luty

niech się już skończy

nerwica ma osiąga kolosalne rozmiary, przestaję lubić swoje życie, przestaję lubić siebie, bo przestaję być sobą

szpital jeden, drugi

brak czasu

brak umiejętności wyłączenia myślenia o tym, czego jeszcze nie zdążyłam, o tym, co jeszcze muszę, a na co ciągle doba za krótka.

stres

zmęczenie

dygoty sercowe

w imię czego?

nienawidzę mojej pracy. męczę się i po całym dniu czuję się, jak bym wyszła z kamieniołomu.

mam pewien pomysł i zaczątki jego realizacji. czeka mnie długa droga, ale chcę spróbować.

muszę coś zrobić, bo szkoda by było... tak mi się przynajmniej wydaje...może komuś...może

poniedziałek, 2 lutego 2009

dziwny czas nastał...

wróciła. pani N.
jest we mnie na wylot, każe mojemu sercu bić ze zwielokrotnioną częstotliwością, ręce wprowadza w stan drżenia. sączy przez zwoje mózgowe strumień podstępnego, nieuzasadnionego lęku... jak ja mogłam do tego dopuścić? żeby po raz kolejny znalazła wejście do mojego umysłu i rozgościła się w nim jak u siebie. przecież już kiedyś tu była, wie, z której strony zaatakować, wie, gdzie uderzyć, żeby sprawić największy ból. ból egzystencjalny. to takie banalne, jak się o tym słucha. weź się w garść, terefere...


czuję się jakbym była z drewna. głowę mam nie swoją. otumanioną, zagubioną w niebycie. i serce szalone, reagujące płochliwym trzepotem na każdy najmniejszy hałas i myśl niepotrzebną. i skupienia brak. brak koncentracji. słowa uciekają... łamią się po drodze wyrazy, wypadają im literki...
nienawidzę tego stanu. ma na pewno związek z pracą, której co raz bardziej nie trawię, z moją obsesją, że nie jestem dość dobra, by być ze mną i znajdzie się ktoś lepszy, ze zmianami, które wprowadzają chaos do mojego uporządkowanego życia, które powodują poczucie zagrożenia i ten straszny niepokój...


kontakt fizyczny, przytulenie się do drugiego, ciepłego i dobrego człowieka daje chwilowe poczucie bezpieczeństwa, ale ile można słuchać o tym, że komuś jest źle? nie lubię marudzić, a może lubię, ale nie chcę... żeby nie zrazić do siebie tych, których tak bardzo potrzebuję...

więc żeby nie dusić się w sobie muszę chociaż tutaj wyrzygać siebie z siebie. a potem napić się mięty, żeby brzuch nie bolał... posłodzę ją lekko paroma nutami ukochanych dźwięków, które są tak piękne, że aż bolą... i sen. sen jest dobry na tę przypadłość.

lęk. egocentryzm. nerwicowe błędne koło. objawy osiowe. oto ona. znów triumfuje. ale mam nadzieję, że już niedługo...



co trzeba zrobić, by zabić strach...?





wtorek, 27 stycznia 2009

rozważania subiektywne...


...tylko JA i JA. wszyscy tak. TY, ONI, WY i wszystko inne liczy się i jest ważne, o ile ma związek z JA. czasem aż niedobrze się robi. nie można by tak wyjść poza to? wyrwać się z tej bańki egocentryzmu, która nas otacza? są tacy, którzy dają siebie innym, wydzielają im krótsze lub dłuższe odcinki ze swojego czasu, życie swoje kawałkami rozdają, ale co nimi kieruje? czy to rzeczywiście dla innych, czy znów w centralnym punkcie, w kolejce przed wszystkim ustawia się JA? brak jest możliwości wyjścia poza siebie. świat, ludzie, zdarzenia, myśli, uczucia- wszystko jest percepowane przez JA. gdzie tu obiektywizm? każdy obiektywizm jest w gruncie rzeczy subiektywny. jest tylko mój. gdzie miejsce na empatię? można spróbować wejść w inne, cudze JA, ale jednocześnie tkwi się w JA własnym. a jak być dwiema osobami na raz? JA swoje góruje zawsze, niezależnie od pokładów woli, jakie wkładamy w próbę zrozumienia, uchwycenia JA cudzego. obiektywnie istniejąca rzeczywistość będzie zawsze subiektywna. jej postrzeganie zależeć będzie od stanu naszego ducha, od ładunku emocji zgromadzonych w umyśle, od ostatnich wydarzeń,od szczęścia lub nieszczęścia, którego poczucie też zresztą obiektywne nie będzie. bo każdy ma swoją definicję. i czasem, choć wszystko wali się na łeb, jest jakaś magiczna siła układająca wargi w uśmiech. mimo złych wiatrów i braku słońca. a kiedy indziej życie się pięknie układa, a tu w głowie i w sercu wciąż poczucie niedosytu, wrażenie, że mogłoby być lepiej, jaśniej, cieplej, barwniej...czasem to, co w rzeczywistościjest tylko przejrzystm dymem, wydaje się być gradową chmurą, przesłaniającą radość. tylko jak wyjść poza siebie i swoje postrzeganie? co zrobić, żeby umieć na wszystko patrzeć inaczej? chyba tylko śmiech i cierpliwość. i wiara. pomogą...?

piątek, 23 stycznia 2009

czwartek, 22 stycznia 2009

...?


dziwacznie było dzisiejszej nocy. miałam sen przepełniony symboliką, takie przynajmniej miałam przeświadczenie tuż po przebudzeniu. jestem na małpim moście, rozciągniętym nad przepaścią, trzymam się próchniejących sznurów i rozbujana próbuję przedostać się na drugą stronę. nagle most nie wytrzymuje i spadam. ktoś mnie łapie.

jestem w jakimś budynku, prowadzi mnie niewidoma dziewczyna. jej oczy są martwe, nieruchome. przepełnia mnie niepokój, kiedy w nie patrzę. dziewczyna jest moim przewodnikiem, prowadzi mnie do jakiejś windy. próbuje wcisnąć przycisk z wybranym piętrem, ale nie może w niego wcelować. chcąc jej pomóc naciskam guzik i przepraszająco głaszczę ją po dłoni, nie chcę, żeby poczuła się urażona, że ją wyręczam. w tej chwili winda zaczyna się kurczyć, jakaś klatka spada z sufitu, robi się coraz ciaśniej, nie mogę oddychać, duszę się...winda jest rozpędzona, nie można jej zatrzymać. zanim spadająca klatka przykrywa nas całkowicie, udaje nam się uciec, wyślizgnąć dołem...

dziwne to, bo dwukrotnie udało mi się uniknąć niechybnej śmierci. najsilniejsze było jednak uczucie niesamowitości, ale nie strachu.

poniedziałek, 19 stycznia 2009

gorączkowe majaki



...jestem żelazkiem na duszę rozpaloną do czerwoności w ogniu, we mnie schowaną. sunę po prześcieradle szu-szu, góra-dół, prawo-lewo. jestem żeliwne i czuję swój ciężar. stare już jestem, zardzewiałe. zostawiam na materiale rudawe ślady. boję się, że mój właściciel je zauważy, że rzuci mnie w kąt i wymieni na piękne, ceramiczne cudo, pokryte teflonem, posiadające funkcję samooczyszczania i pionowego wyrzutu pary, termostat, spryskiwacz i system anti-kalk. co ja biedne wtedy zrobię? zapomniane, zakurzone będę tkwić na strychu...

a może nie będzie źle? może mój właściciel odda mnie do muzeum? może będzie mi tam lepiej? nie będę już musiało prasować i jeździć po poziomej powierzchni, od czego dostaję choroby lokomocyjnej. będę sobie leżało w gablocie i dumnie prężyło się do wszystkich zwiedzających :)

a może zostanę wystawione na aukcji, w tym jakimś internecie, o którym tak szumnie opowiada mi moja deska, w ten sposób nabyta? może odkupi mnie prawdziwy pasjonat, chcący o mnie wzbogacić swoją kolekcję? może już czas zbuntować się i przejść na emeryturę? a nóż znajdzie się ktoś, kto doceni moją zbolałą duszę...


ech, żem się rozmarzyło... :)


ps. takie oto stany powoduje gorączka powyżej 38 stopni celsjusza :)

niedziela, 18 stycznia 2009

...wyrwane z kontekstu



uwielbiam będąc w miejscach publicznych przysłuchiwać się skrawkom rozmów obcych ludzi. dopowiadam sobie historie, stwarzam nowe życiorysy, zastanawiam się, co by było gdyby...
ta historia jednakowoż urzekła mnie w swój szczególny sposób. jadę tramwajem i słyszę rozmowę matki z córką:

córka: kupiłam sobie lakier stymulujący wzrost paznokci. co to znaczy?
matka: to mi się wydaje taki ukierunkowujący
córka: trzeba by w słowniku sprawdzić. ale mi się kojarzy, że taki wyrównujący
matka: to co? że tak równo rosną? że nie za wolno i nie za szybko?
córka: a nie że równe są?

...cudowne :)

kwintesencja z pani b.


notatki stare poprzeglądałam i tak mi się rzuciło, że co czas jakiś mam na boczku zapiski, będące cytatami z mojej b. z czasów, kiedy razem mieszkałyśmy. bardzo mi się to śmiesznie czyta po latach. kumulacja dziś nastąpi...

filozofia kłapouchego z kubusia puchatka
b: jezu, jak mnie boli
ja: zaraz przejdzie
b: nie przejdzie!
ja: kuwa, przejdzie!
b: to przejdzie na nogi!

epitety w wydaniu b.
b: ty chamie zbutwiały, ty!

z cyklu historii z zatyczkami do uszu
ja: ogólnie to nam te twoje zatyczki dużo radości dostarczają
b: co?
ja: jeszcze te trzecie ci kupię
b: co?
ja: zatyczki!!!!
b: ciasteczka???

ówczesny chłopak b: najgorzej to mieć głuchą dziewczynę!
b: głupią? bo chciałam powiedzieć, że może i głupią, ale na pewno nie głuchą!

zwierzenia nasze
ja: nie lubię williamsa
b: ja też nie, a ty?

spostrzeżenia
b. do naszego współlokatora: masz brzuch jak mój kolega z pracy, tylko on się nie wydyma i mu wisi jak stoi...

obcowanie z przyrodą
b: wczoraj siedzieliśmy tu z a. i zgadnij, co zleciało z góry? no nie półka. robaczek z kwiatka! glizdunia! takie maleństwo!

znajomość motoryzacji
b: ...i wszyscy się pytali, kto tą wuzetką przyjechał. co się śmiejesz? to jak się ten motor nazywa? eswuelka? (o SHL kolegi)

o niewdzięczności
ja: ...i jeszcze będziesz za mną tęsknić! i będziesz chciała ze mną pogadać!
b: mi wystarczy, jak mnie wysłuchasz
ja: kory se w uszy wsadzę! i swoje, i moje, i jeszcze twoje!

piątek, 16 stycznia 2009

gość w dom :)


psiątko kochane do mnie przyjechało. po raz pierwszy dom opuściło. było tu jako trzymiesięczne szczenię, ciekawe, czy to pamięta. psiątko lata po całym mieszkaniu, obwąchuje wszystkie kąty. nie może sobie znaleźć miejsca. siada przy balkonie i wygląda przez okno. idzie do łazienki i patrzy tymi swoimi ślepiami. biedaczysko kochane się pogubiło. nie wie, gdzie jest i o co właściwie chodzi.

poszło psiątko do kuchni. ja oczywiście za nim. uwaliło się psiątko na podłodze, przy szybie balkonowej. podobno jak pies się na plecki przewraca, to się czuje bezpieczny. więc zaczął już taką pozycję niemrawo przyjmować, ja już ucieszona, ale psiątko duże jest, a w kuchni ciasno. się psiątko przeciągać zaczęło, a tu rower o stół oparty zachwiał się niebezpiecznie. psiątko łapki wyciągnęło i o krzesło zahaczyło, już mu to krzesło na łeb leci. biedne stworzenie. jak już się pewniej poczuło, to go sprzęty atakują. podrapałam za uszkiem czarnucha, mruczeć zaczął, może się oswoi.

teraz psiątko przyszło do mnie, dwa gryzaki w pysku przyniosło i patrzy. bawić się chce znaczy. odmówić nie wypada. uwielbiam tego gada :)

czwartek, 15 stycznia 2009

z archiwum zapisków zakurzonych



lata temu cztery... poznania początek

...tak mi się trochę nazbierało. czyżbym już nie umiała bez pisania? ale to miłe. pod warunkiem jednako, że się ma coś dobrego do napisania. bo jak nie, to się pisze jeno, a czytać się już potem nie chce. jak ostatnimi czasy. bo i to takie wszystko było...

ale z nadzieją staram się w przyszłość. staram się. walczę ze sobą ciągle. próbuję likwidować swój w czasie porodu pośladkowego nabyty autyzm. autyzm perinatalny. bo taką mam teorię, że jak się tą dupą na świat pchałam, to mogło mi się coś tam we łbie uwięzionym w łonie poprzestawiać. cechy autystyczne niewątpliwie posiadam i wcale nie jestem z nich dumna. utrudniają życie. cholernie. bo jak bym se była nawet tym fikołajtkiem, to bym była i już. ludzie patrzyliby na mnie z pobłażaniem, ze zrozumieniem może nawet? ze współczuciem pewnie? a ja niby normalna jestem, no to się ode mnie wymaga. a ja lepiej lub gorzej staram się sprostać. ale ile mnie to wysiłku kosztuje, to wiem tylko ja. nie umiem tego opisać. najważniejsze, że sama wiem, o co mi chodzi. przynajmniej w tym aspekcie mojej nienormalności.

***
tak więc zaczęłam jakiś tam nowy etap znów. gorzej myślałam, że będzie. że płakać będę. jeszcze nie, choć czasem nachodzą mnie takie momenty. i tak se mówię: chciałaś poznań, to masz. ale tak sobie myślę, że to nie poznań. to życie.

***
stałam dziś pod dachem, z którego spadały krople deszczu. prześlizgiwało się przez nie światło ulicznych latarni, ku ziemi pędziły już nie krople wody, a roztopione smugi ognia. dziwne. takie zwidy. a to wszystko w oczekiwaniu na tramwaj numer pięć.

***
wczoraj uśmiechał się do mnie z okna tramwaju obcy chłopak. też się pouśmiechałam trochę. to takie trudne. biła od niego ciepła, dobra energia. a ja się zawstydziłam i musiałam schować ten wstyd za parawanem rzęs zielonych. jakie to ładne, kiedy uśmiecha się do siebie, ot tak po prostu, dwoje nieznajomych ludzi. ale to rzadkie chyba. bo teraz jeśli ktoś się uśmiecha, to wariat.

środa, 14 stycznia 2009

list do...




niedawno były twoje urodziny. znów na mnie spłynęło zadumanie. wszystko wróciło. chwile, które łapałyśmy razem przez tyle lat. pamiętasz?

-jak zwykłyśmy śpiewać, fałszując przeokropnie, "bohemian rapsody" queen'ów?

-jak śledziłyśmy moją kolejną platoniczną miłość, w celu ustalenia adresu?

-jak postanowiłyśmy biegać dla zdrowia i mucha wpadła mi do gardła i chodziła po przełyku?

-jak spaliłyśmy skórę opalając się na olej rzepakowy?

-jak kupiłyśmy kawał niebieskiej wykładziny do naszego pokoju i siedziałyśmy przez pół nocy, obszywając ją malinową wełną, żeby się nie pruła?

-jak dawałaś mi wskazówki, a ja według nich próbowałam sobie zaaplikować tampon, siedząc w namiocie?

-a jak nam ten namiot zalało, pamiętasz? jak zrobiłyśmy sobie tropik z koca, który się potem przez trzy dni suszył i w końcu chyba zgnił?

-jak na wakacjach wybrałyśmy się na wyprawę dookoła jeziora, nie mówiąc o tym nikomu, i przez cały dzień błąkałyśmy się po lesie, próbując odnaleźć drogę powrotną?

-jak na jakąś imprezę zrobiłam ci pierwszy "dorosły" makijaż, taki "na wampa"? :)

-jak kłóciłyśmy się zajadle o sprawy związane z kościołem?

-jak porządkowałyśmy i pakowałyśmy rzeczy Pstrąga, gdy okazało się, że już nigdy do nas nie wróci?

-jak upalona trawą w środku nocy poszłaś do kibelka i po ciemku siedziałaś tam godzinę, bo nie umiałaś znaleźć wyjścia?

-jak przed maturą z matmy z uporem maniaka tłumaczyłaś mi te wszystkie tangensy i inne rachunki prawdopodobieństwa, a ja głupia na egzaminie pomyliłam we wzorze licznik z mianownikiem i wyszedł mi prawidłowy, wykuty na blachę wynik? :)

-jak po pijaku wylałam ci na włosy piwo, twierdząc, że to świetna odżywka?

-jak na juwenaliach zmokłyśmy okropnie czekając do ostatniej chwili na koncert blendersów, który się nigdy nie odbył ze względu na zalany sprzęt?

-jak co roku świętowałyśmy nasze wspólne imieniny? pamiętasz te ostatnie, kiedy powiedziałaś mi, że w końcu znów ci dobrze?

-jak do późnych godzin nocnych bujałyśmy się na huśtawkach, snując marzenia i plany na przyszłość?

-jak w przypływach smutku wywołanego alkoholem włączała mi się szwędaczka, a ty biegłaś za mną, żebym nie zrobiła czegoś głupiego?

-jak zawsze, kiedy było mi źle, mówiłaś "wiem, kamuś" i głaskałaś mnie po głowie?

-jak pocieszałaś mnie, że z moją mamą będzie dobrze, będąc już wtedy blisko granicy ostatecznej...?


ostatnio przyszłaś do mnie we śnie. miałaś takie chudziutkie nóżki. takie same, jak wtedy, kiedy widziałam cię po raz ostatni. byłaś pogrążona w niespokojnym śnie, na twojej twarzy malował się grymas bólu. ocknęłaś się na chwilę, spojrzałaś na mnie i wyszeptałaś moje imię. poznałaś mnie.
nie powiedziałam ci wtedy, że cię kocham. nie zdążyłam. ale ty o tym wiesz, prawda?

gdziekolwiek jesteś. bądź.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

byłam atropos?


pamiętam taki sen sprzed lat. widzę wszystko bardzo wyraźnie, jakby to było wczoraj, jakby się naprawdę wydarzyło.
siedzę w jakimś pokoju i, niczym mojra, przecinam nici życia (czyjego?). towarzyszy mi uczucie niesamowitości i pewien niepokój, ale też i zdecydowanie. wypowiadam nagle znamienne słowa. pamiętam je do teraz. i tę właśnie kolejność:

-jestem życiem (ciach)
-jestem losem (nożyczki idą w ruch)
-jestem przeznaczeniem...

przecinam ostatnią z nici i się budzę. zastanawiające...jestem mojrą Atropos? hmmm...