czwartek, 30 grudnia 2010
sen powrócił
wrócił mi sen. jakieś nowo wybudowane centrum handlowe. wchodzę przez knajpę o nazwie "duma barmana" (chyba), wychodzę na pasaż handlowy, mam wrażenie, że już byłam w tym miejscu. nie, inaczej. byłam w podobnym miejscu. znajomy układ pomieszczeń, ale nie do końca się wszystko zgadza. przejściowe pokoje, mały sklepik z pierdołami, jakieś zegary na półkach, bibeloty. teraz sobie myślę, że to mógł być olsztyn. w sensie miejsca pierwotnego, z którego mój mózg przerobił nową wariację. nawet nie pamiętam, jak się nazywał ten "dom towarowy". jakieś schody w górę. pustawa kwiaciarnia. sklep z błyskotkami. coś jeszcze. jakieś pomieszczenie z dziwnymi drzwiami. a może to było okienko, coś jak winda na jedzenie w akademii pana kleksa. teraz przypominam sobie, że zanim tam zaczęłam kluczyć, byłam na jakimś pasażu, ściany z czerwonej cegły, dużo drzwi. otwierałam po kolei każde z nich i oczywiście za wszystkimi znajdowałam kible... ale nie wywołało to we mnie zwyczajowej reakcji, nie miałam ciśnienia na skorzystanie z któregoś z nich :) byłam spokojna i zupełnie mnie nie dziwiło, że każde kolejne drzwi kryją to samo. przyjęłam to za oczywistość. potem skądś znalazłam się w pracy i miałam wizytację G. zaskoczenie, że był przed świętami i po tak krótkim czasie pojawił się znów. znaczy musiałam mieć jakieś mgliste poczucie czasu. pytam go, czy strefa sale jest ok, on mówi, ze nie zwrócił uwagi. dżizus :) jest jeszcze jakieś dziecko, którym muszę się zająć. nalewam mu wody do wanny. mam je wykąpać i przebrać. oprócz tego latam od łazienki do kuchni, bo coś mu gotuję. pamiętam, że rozrywam torebkę z sosem w proszku i mieszam jego gluty w garnku. wrażenie, że coś się nie zgadza, że to dziecko jest za małe na takie żarcie. ulicą idą ludzie. jakaś wycieczka? idę za nimi.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
złodziejka
poszarpana ceruję dziury wygryzione przez codzienność. byłam odwiedzić Mundi. spytałam Ją, co dalej? była milcząca, jak zwykle. zapaliłam Jej świeczkę, której cudem jakimś udało mi się nie zbić, bo gołoledź taka, że jeździłam po chodniku. znów będę przez kilka miesięcy nosić w kieszeni zapałki. dziewczynka z zapałkami...
zgodnie ze swym postanowieniem zabrałam aparat. zamroziłam chwilę. zamroziłam kwintesencję swego stanu emocjonalnego. wiosna zabita przez zimę. pączki zielonych uczuć skute lodem.
jestem złodziejką. kradnę ręczniki hotelowe, poduszki z knajpy i czas. jestem złodziejką snów, spojrzeń i oddechów. chwil, które nigdy się już nie powtórzą. zapachów i bodźców drażniących zmysły... nawlekam je jak drewniane koraliki na konopny sznurek swojego życia.
przemakają mi buty i oczy.
niedziela, 19 grudnia 2010
zwierzątko
przycupnęło cichutko pod moim prawym żebrem. przyczajone oczekuje zagrożenia. jego małe serduszko bije bardzo szybko. drży ze strachu. przerażone, dzikie zwierzątko. mój nowy sublokator. jest we mnie. a może ja jestem nim? uaktywnia się zawsze wczesnym rankiem. zmuszam się, żeby wyjść spod kołdry i znów spojrzeć w lustro. poranki są złe. zimne. droga na przystanek. wydaje się taka długa. potem już jest trochę lepiej. są momenty, że zaczynam lubić swoją znienawidzoną pracę. dzięki niej MUSZĘ wyjść z domu. MUSZĘ się ruszyć. MUSZĘ się zmotywować do działania. to dobrze.
dziś dzięki temu, że pojechałam wcześniej, widziałam zjawiskowy wschód słońca. wielka, czerwona kula nad dachami. oczywiście nie miałam aparatu, a zdjęcie zrobione telefonem nie oddaje nawet kawałka tego, co się wydarzyło. zawsze mieć przy sobie aparat. to moje postanowienie staroroczne. nigdy nie wiadomo, na co się trafi. a ja postanowiłam cieszyć się z takich trafień. umieć je doceniać. tego nie musiałam postanawiać.
heglowska wolność do... rozumiana jako wyrzeczenie się pragnień. człowiek jest zniewolony, jeśli pragnie czegoś, czego mieć nie może. jeśli pozbędzie się pragnień, będzie wolny. tyle, że ja nie chcę nie chcieć... bez wyznaczania sobie takich punktów nie ma życia. jest tylko wegetacja. a ja bardzo chcę ŻYĆ. tyle, że nie zawsze umiem. idę przez pole minowe, a zwierzątko we mnie coraz bardziej drży.
wykopałam sobie nowe dziury w palcach. krew tamuję taśmą klejącą.
w drodze
dostałam dziś prezent. z dedykacją. pierwsze jej słowa brzmią tak: "nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku. i nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. więc niech to będzie krok do zrozumienia SIEBIE."
po raz kolejny wyruszam w tę drogę. zimą idzie się trudniej. mróz, śnieg, lód. ślizgają mi się nogi. czasem się przewracam ku uciesze jednych i konsternacji innych...
wiem jednak, z jakiego kierunku zawsze pojawi się ktoś, kto mnie podniesie. ktoś, kto ogrzeje, przytuli, nakarmi. zagada bezsensowne, niepotrzebne myśli. da lekarstwo na bezsenność.
dziękuję, że jesteś...
czwartek, 16 grudnia 2010
ze skrajności w skrajność
...bo życie to jedna wielka sinusoida. wczoraj się ze mnie ulało, bo mi się włączyła zima i grzane wino. dziś dla odmiany płakałam ze śmiechu. koleżanka przyniosła do pracy pierniczki swojego wypieku. piękne, aczkolwiek nie do końca chyba przypominały kształtem foremki, w których powstały. przy konsumpcji owych usiłowałyśmy z l. oraz magdaleną dociec, cóż to one sobą przedstawiają... plamy rorschacha się chowają :) magdalena w czymś, co w założeniu miało być lokomotywą ujrzała była wielbłąda dwugarbnego... a potem zamyśliła się głęboko i rzecze w te słowy:
- bo tak sobie przypomniałam... kurczaczki! coś wam narysuję... ale nie pamiętam jak to było... myślę... przypomnę sobie albo sobie nie przypomnę... to coś z jajkami było! albo nie! coś lepszego wam pokażę! a są w biurze nożyczki? to poczekajcie!
magdalena leci do biura i coś tam majstruje... nagle wraca do kuchni i z dumą pokazuje nam swe dzieło:
m: - to teraz pociągnij go za nogi!
ja: - mam złe przeczucia...
stosuję się do zaleceń i oto naszym oczom ukazuje się odsłona druga magdalenowego dzieła:
m: - ty go za mocno pociągnęłaś! szybciutko tak! kurczaczki! nie chciałam was tak rozbawić! a kiedyś próbowałam zrobić taką dziewczynkę, ale mi nie wyszło!
ja: - magdaleno, skąd ty to wytrzasnęłaś???
m: - nauczyłam się z "domowego przedszkola"!
w tym momencie dziewczyny musiały mnie już reanimować...
poniedziałek, 13 grudnia 2010
0,3 razy trzy
zimno. ale co tam...
po raz pierwszy od dwóch (trzech...?) lat miałam narty na nogach. w środku miasta lis przebiegł mi drogę. jaka to wróżba...? strzec się fałszywych ludzi...?
wyszłam jak zwykle z kieliszkiem w dłoni. jak tak dalej pójdzie, wpadnę w alkoholizm ;) chuj z tym. kogo to obchodzi? ja też nie zamierzam użalać się nad sobą. przecież było tak pięknie, śnieg prószył. mróz w sam raz. zima tego roku będzie cudna. niezależnie od wszystkiego. tak sobie założyłam. magdalena jest moim prozakiem, choć sama momentami milknie... paradoks. lekarstwo na depresję, łapie doła... no tak. nic na tym świecie nie jest takie jak się wydaje... sprawy toczą się własnym życiem. trzeba umieć się z tym pogodzić...
kleopatra. ruda kleopatra. ona by wiedziała, jak...
maksyma sprzed X lat jest uniwersalna: całe życie pod górkę... wiatr w oczy, nóż w plecy i z dziurą w d...
pozdrowienia dla Kiśla, gdziekolwiek jest. teraz przydałoby się jego 0,3 razy trzy dla kamuś.
kamuś już nie ma.
nie ma już nic.
sobota, 11 grudnia 2010
popatrz...
zatrzymałam się dziś na chwilę. półwiejska, na wysokości starego browaru. zjawisko. stara kamienica, balkon. stalaktyty i stalagmity z sopli lodu. ogromna konstrukcja. coś niesamowitego. przystanęłam chcąc to uwiecznić. zanim wygrzebałam ze swej przepastnej torby telefon, minęło trochę czasu. zdaje się, że stałam na środku chodnika i blokowałam ludziom przejście. każdy się gdzieś spieszył. mając w zasięgu wzroku takie cudo, przechodnie woleli patrzeć na mnie, idiotkę, która tamuje ruch, wodzi gdzieś rozmarzonym spojrzeniem, za którym nawet co niektórzy podążali, ale z ich twarzy mimo to nie znikał wyraz zdziwienia i niezrozumienia, co też tam takiego interesującego...
czy to jest ta słynna "samotność w tłumie"? czy może ja jestem przewrażliwiona? a może samotność w ogóle dopadła mnie w swoje szpony i dlatego mam porytą percepcję? staram się być dzielna. sama nie musi oznaczać samotna. przecież z natury jestem aspołecznym schizoidem ;) czasem tylko mam taką ogromną potrzebę fizycznej bliskości z drugim człowiekiem. potrzebę bycia przytuloną. a z drugiej strony wiem, że potem, nie mogąc liczyć na jeszcze, rozpadłabym się na kawałki... jestem chyba taką układanką, której brakuje paru puzzli...
wyjdź na zewnątrz. odetchnij mroźnym powietrzem. popatrz na księżyc. jest taki piękny dzisiejszej nocy.
wtorek, 7 grudnia 2010
w uchu od igły
wysycham razem z lakierem do paznokci na stopach. jest zima, kaloryfer podkręcony na maksa. to dlatego. suche powietrze, mało tlenu, zawroty głowy. czasem trzeba coś zjeść. jakoś umyka mi ten fakt. sypiam bezsennie z nadzieją na kolory. w eterze gitarowe riffy. gubię włosy.
pomniejszam swój świat. staję się jedną z rzeźb willarda wigana. wpasowuję się w igielne ucho. niedługo stanę się tak mała, że zniknę.
głód. zdrowy życiowy objaw. puszka bez zawleczki do otwierania, nóż. pocięta blacha. pocięty czas. zawieszenie między jednym i drugim między. za dużo ich. za mało między nimi treści. niedobrze mi. jedzenie mi nie służy. zawsze zostawiam resztki na talerzu.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
raczej...
"...nie wszystko jest takie, jak się wydaje. rzeczywistość jest zawsze tylko jedna." (H.M. 1Q84)
ostatnio mam lekko skrzywione poczucie rzeczywistości...
raczej migotanie powiek...?
wtorek, 30 listopada 2010
nowa gramatyka życia
z głuchym szczękiem zatrzaskuję za sobą kratę przeszłości. nie mam złudzeń. chodzę po komnatach wewnątrz siebie, zwiedzam ich mroczne zakamarki. schodzę do piwnic. nic. pajęczyny i pustka. nie dociera tam nawet mały promyk słońca.
moja fantasmagoria... emocjonalny fantom. uroiłam go sobie. ale on nie istnieje dla MNIE, w MOJEJ rzeczywistości. jedyne co mam, to fantomowe bóle...
uczę się nowej gramatyki życia. nieśmiało zaczynam funkcjonować w osobie pierwszej liczby pojedynczej.
piątek, 26 listopada 2010
o przyjaźni
Sted w swoich zeszytach podróżnych pisze:
"można mieć jednego przyjaciela i drugiego przyjaciela, ale ci przyjaciele nie muszą do siebie pasować, to znaczy uważać się też za przyjaciół."
zastanawiałam się kiedyś nad tym, jak to jest, że rozumiemy, lubimy się i jesteśmy kompatybilni z tak czasem od siebie (nawzajem) różnymi osobami. w zasadzie przecież powinno tak być, że skoro dogaduję się z tobą i tobą, to wy ze sobą też powinniście... i wysnułam na tę okoliczność teorię kolorów. kolor brązowy dobrze współgra z pomarańczem i tworzy ciekawe zestawienie z różem. róż i pomarańcz się gryzą. może o to chodzi? a co z brązem? czy to, że dopasowuje się do tak różnych barw świadczy o nim dobrze, bo taki elastyczny czy źle, bo taki nijaki? a może tu chodzi o to "wyzwalanie" poszczególnych warstw osobowości, różnych zachowań, zagrzebanych w odmętach pamięci tematów, które dawno pochowane, przy kimś nagle wypływają na światło dzienne...
a co z przyjaźnią między kobietą a mężczyzną? jest możliwa...?
środa, 24 listopada 2010
"nikt cię nie zaskoczy, kiedy staniesz plecami do ściany"
starłam z rzęs resztki dnia. przykleiły się razem z pierwszym śniegiem. zima we mnie. coś w środku szepcze. wytężam słuch. zacięłam się w sobie. te same słowa. te same myśli. w dzień i w nocy. bez żadnego odpoczynku. próbuję sobie przypomnieć, co sprawia mi radość. wmawiam sobie, że mikstura z tych składników wypita jednym duszkiem zagłuszy ten głód.
dlaczego mam podrapane plecy...?
poniedziałek, 22 listopada 2010
powroty...
"...jak na przyzwoitego studenta przystało, poszłam na wykłady. a wykłady miałam z filozofii, no wiadomo, to jest nudne... i jak tak siedzieliśmy, to mi zaczęło w brzuchu burczeć i wszyscy koło mnie zaczęli się śmiać. a ten profesor, co to prowadził, myślał, że my się z niego śmiejemy! i się oburzył, że każdy ma prawo do swoich poglądów i nie możemy śmiać się z jego! no i ja po tym wykładzie do niego poszłam i mu mówię, że bardzo przepraszam, ale to nie z niego się śmialiśmy, tylko z tego, że mi w brzuchu burczało. a on, siedemdziesięcioletni dziadek, uczony, mnie tak objął i przytulił i powiedział, że on mnie rozumie, bo mu też burczało! i będę miała nowego znajomego na fejsbuka!"
to kolejna historia magdaleny, oczywiście. zdumiona, że tak jeszcze umiem, na chwilę odcięłam się od rzeczywistości i bałam się, że powrót będzie ciężki. dzięki magdalenie zderzenie z codziennością nie było takie złe :) a swoją drogą widzę, że tu się zaczyna powoli tworzyć Jej fanklub ;) no jest cudna, nie da się zaprzeczyć :) a ja, słuchając jej, jakoś nie mogę się powstrzymać, aby choć w tak nieudolny sposób nie przekazywać tego dalej. toż to się nie może zmarnować...
piątek, 19 listopada 2010
ratunku!
temat magdaleny powraca. nie sposób przejść obok niej obojętnie, sama o sobie mówi, że kochają ją tysiące, a nienawidzą miliony... i myślę, że coś w tym jest. ja osobiście ją uwielbiam i uważam za ewenement na skalę światową, a jak tak dalej pójdzie, to naprawdę jakaś nowela co najmniej powstanie... oto magdaleny monologów ciąg dalszy:
***
...jak miałam 6 lat to pozazdrościłam bratu, że jeździ na motorze, a miał takiego starego rometa, i poprosiłam go, żeby mi też pozwolił poprowadzić. a że nie miałam kasku, to założyłam taki górniczy. i dobrze, że go miałam, bo jak dojeżdżałam do bramy, to zamiast zahamować, to dodałam gazu i poleciałam na tą bramę i aż się tym motorem nakryłam...
***
...a pierwszą jazdę na kursie miałam nocą i z naprzeciwka jechał samochód i mnie te jego światła poraziły, to zamknęłam oczy... a na egzaminie miałam skręcić w lewo i ja miałam zielone a przechodnie też mieli zielone, no to ja jadę a oni mi wychodzą na pasy, prosto pod koła! tak gwałtownie zahamowałam, że aż egzaminatora w szybę wmontowało. jeszcze nie zdążył dojść do siebie, a ja go zagaduję: no widzi pan, ile ludzi? jak w chinach! i zdałam! ale jakbym nie dostała kartki z napisem "egzamin zdany pozytywnie" to do dziś bym nie wiedziała!
***
...a jak pojechałam do domu na święta, ale nie święta zmarłych, tylko te nasze, to kierowca autobusu mnie nie zabrał, bo się krzywo uśmiechnęłam. a miałam wtedy na rano do pracy, więc stwierdziłyśmy z koleżanką, że weźmiemy taksówkę z radomia do warszawy (!!!), w tym samochodzie tak telepało, no niby był w porządku, ale czegoś mu brakowało, a fajnie było, bo się przynajmniej wyspałam. za kurs zapłaciłyśmy 300 złotych, ale to na pół, to jeszcze nie tak źle wyszło... z warszawy miałyśmy pociąg do poznania o 20.20 a na dworzec dotarłyśmy 10 minut za późno! bo za wolno jechał! a następny pociąg o trzeciej rano. no to poszłyśmy do knajpy z kebabami. a tam był pakistańczyk, który robił tureckie kebaby, nielogiczne to, ale prawdziwe... a ja miałam dwa i pół kilograma cukierków marcepanków, które dostałam od wujka i go poczęstowałam, a on nam zrobił kawę za darmo!
***
...kiedyś jak też wracałam z domu autobusem, to kierowca był pijany. ja zasnęłam, więc nie czułam, że jedzie slalomem, ale się obudziłam, jak zaczęło szarpać, a ludzie krzyczeli: panie, zatrzymaj się pan, bo nas pozabijasz! ktoś krzyknął, że on jest pijany, a ja mówię: a może zmęczony, dajcie mu kawy! ale w końcu któryś z pasażerów zadzwonił po policję. kazali mu dmuchać w balonik a ja z ciekawości zapytałam, ile miał i wyszło coś koło promila! no to nie mógł dalej prowadzić, więc poszedł spać do autobusu. a my czekaliśmy na następny autobus w środku w jakimś hotelu na recepcji. ale przyszedł kierownik i powiedział, że jak nie wynajmujemy pokoju, to nie możemy tam zostać i musieliśmy czekać na dworze, a tak zimno było. w końcu przyjechał ten drugi autobus, a ja nie chciałam martwić rodziców tym pijanym kierowcą, więc im powiedziałam przez telefon, że autobus się zepsuł i wykrakałam! bo ten drugi, co nas zabrał, zaczął się palić! zatrzymaliśmy się w lesie, żeby zobaczyć, co się dzieje. kierowca coś sprawdzał, a ludzie grzyby zbierali...
***
***
***
a kiedyś byłam u kolegi ze studiów i zostawiłam u niego parasolkę. no to chciałam po nią pojechać, ale nie mogłam trafić. on mi podał adres ale mi się pomylił numer bloku z numerem mieszkania i chodzę, szukam, nie ma! no to pytam jakąś staruszkę, gdzie blok 176 a ona stanęła, myśli, i w końcu mówi: ja tu tyle lat mieszkam, ale takiego bloku to nie znam... i się spóźniłam, ale ja zawsze przychodzę później, żeby zrobić wrażenie i wychodzę wcześniej, żeby wszyscy żałowali, że już mnie nie ma...
***
...a jak ktoś będzie taki wiesz, nudny, to możesz mu powiedzieć: ja to jestem na swojskich jajkach, a ty jesteś taki dziwny, bo jesteś na jajkach z biedronki! no, kurczaczki... (magdalena nie przeklina, w charakterze przerywnika pojawia się u niej tekst: no, kurczaczki...) a ten twój kolega to przeganiał kogoś, kto nas podsiadł a ja mu mówię: ty to jesteś taki twardy, jak chleb z biedronki! :)
***
zjeżdżamy z magdaleną na dół schodami ruchomymi, które są dosyć strome i wysokie, magdalena się zamyśliła i mówi: ja to jak jadę tymi schodami na dół, to się czuję jak taka gwiazda filmowa! bo w górę to już nie... aż na tych schodach usiadłam...
środa, 17 listopada 2010
o niepamięci
no... poszło. awariat nato znaczy. zajrzałam do swoich notatek w telefonie i aż się uśmiechłam :) bo połowy z nich nie rozumiem. mam taki zwyczaj, że jak coś mnie zaintryguje, zastanowi, to sobie zapisuję takie hasła do sprawdzenia na później. to później zwykle nie następuje lub następuje duuużo później. nastąpiło dziś. otóż (tu umieszczam duży dwukropek)
awariat nato, który mnie zbił z pantałyku okazał się być jakąś kapelą punkową, którą najprawdopodobniej gdzieś musiałam usłyszeć.
kolejny piękny termin: solpadeina :) sprawdziłam i nawet zdołałam sobie skojarzyć, skąd to wzięłam. moja kosmetyczka mi to kiedyś polecała jako lek na całe zło, a zwłaszcza na ból głowy...
albo Indra Sproge... a ta pani po wpisaniu w google mi się objawiła na facebooku. aczkolwiek pewna nie jestem, czy o tę Indrę chodziło... coś mi się po głowie kołacze, że znajoma na podstawie jej radosnej twórczości pisała pracę o liberaturze... ręki sobie uciąć nie dam, ale mogło tak być.
najbardziej mnie rozwalił enigmatyczny zapis o treści: 16161 pl aqua spar, który zawiera w sobie ni mniej ni więcej tylko przesłanie dotyczące modelu pralki:)
natomiast za diabła nie mogę dociec, kim może być alfred b. undgren :) jeżeli już google tego nie dźwiga, to ja tym bardziej nie wiem... :)
podobnie jest z numerami telefonów. sporej części osób w kontaktach zupełnie nie kojarzę, jakby ich sylwetki wyblakły na kliszy mojej pamięci.
ale to jeszcze nic, bo ostatnio zajrzałam do jednego ze swoich kajecików, w których zapisywałam kiedyś myśli nieposkromione i znalazłam coś takiego:
domniemuję, że to jakiś mój słowo- lub skojarzenio- tok, ale za boga nie wiem, o co mi chodziło... może to jakieś słowa- klucze miały być, cholera wie :)
to release me na końcu przywodzi mi na myśl tylko jedną rzecz: kawałek oh laura pod tym tytułem. kręte są meandry niepamięci...
wtorek, 16 listopada 2010
brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś...
cholera. zagrzebałam się w pościeli w krowy i nie mogę się ruszyć. sparaliżowało mi układ życiowy. zawsze się cieszę, kiedy mam dzień wolny, ale ostatnio zauważam, że chyba mi one nie służą.
nie chce mi się wyjść z łóżka.
nie chce mi się zrobić nic do jedzenia.
nie chce mi się posprzątać.
zmusiłam się do pójścia pod prysznic. jest progres:)
jedyne, co mi się chce, to spać. a po przebudzeniu chciałabym okazać się jakąś alternatywną wersją siebie.
strasznie to banalne, jak tak obiektywnie na to spojrzeć. wręcz chce się krzyknąć: nie dramatyzuj, rusz tyłek!
i wiem, że w końcu to wykonam. dziś jest tylko słabszy dzień. ale to minie, minie kiedyś.
a jak słucham grabażowego fałszu, od razu cieplej mi się robi na sercu :) więcej słońca, słońca mi potrzeba...
niedziela, 14 listopada 2010
magdalena
miałam do wyboru kilka cv, pośród których znalazłam magdalenę. już po rozmowie telefonicznej wiedziałam, że będzie śmiesznie. magdalena szczęśliwie przeszła rozmowę z królem julianem i została u nas zatrudniona. codziennie dostarcza mi wielkiej dawki rozrywki. jest po cholerze, gęba jej się nie zamyka, a ja jak ją widzę, to już z daleka się śmieję. dlaczego?
no choćby dziś. magdalena przychodzi do mnie i pyta:
- a jak zrobię sobie zamiast pół godziny piętnaście minut przerwy, to będę mogła wyjść wcześniej o tych piętnaście minut?
- teoretycznie tak. a gdzie ci się tak spieszy?
- bo ja taka niedospana jestem... a piętnaście minut to dużo czasu!
- a co robiłaś?
- a bo były u mnie koleżanki i odprowadziłam je na dworzec, a potem pomyliłam tramwaje. to znaczy wsiadłam do dobrego, tyle że jechał w przeciwnym kierunku... a potem to zrobiło się późno i musiałam nocnym wracać i zanim dojechałam do domu i położyłam się spać, to już musiałam wstawać
- a trzeźwa chociaż byłaś cholero?
- trzeźwa, trzeźwa. ja w ogóle nie piję, bo nie mogę. bo jakoś tak się potem dziwnie czuję. no, wiadomo, czasem jak wychodzimy gdzieś z ludźmi ze studiów, to coś tam wypiję, ale maksymalnie jedno piwo, bo więcej nie mogę. i piję przez dwie słomki. przez dwie, żeby było szybciej, a przez słomki, żeby było kulturalnie... i wtedy jeszcze więcej gadam, niż normalnie...
- matko świnto, to możliwe...?
- możliwe! a w ogóle to ja to mam po babci krysi, bo moja babcia też tyle gada. i jest artystką i pisze wiersze! a kiedyś był konkurs w szkole i babcia za mnie wiersz napisała i wygrałam i wszyscy myśleli, że ja taka utalentowana jestem! ale ja nie oszukiwałam! podpisałam ten wiersz tylko nazwiskiem, a babcia jest mamą mojego taty, więc nazywa się tak samo! no, a kiedyś jej powiedziałam, że z całej rodziny to do niej jestem najbardziej podobna, a ona na to: "oj wnusiu, żebyś ty jeszcze rządziła tak jak ja!"... a ona to jest taka, że czasem jej się nie chce odebrać telefonu. i kiedyś ten telefon dzwoni i dzwoni, a ja jej mówię, że ja odbiorę i powiem: "tu kancelaria hitlera!"
albo:
- ostatnio przyszedł klient i się kłócił, że powinien dostać rabat na skarpetki (mamy teraz rabaty na bieliznę). a ja mu tłumaczę, że skarpetki to nie bielizna. a on mi na to, że zależy jak na to spojrzeć. no to ja nie wytrzymałam, to było silniejsze ode mnie i mu odparowałam, że chyba raczej zależy od tego, gdzie je będzie nosił... a on się chwilę zastanowił i mnie pyta...oj nie, bo aż się wstydzę...czy ja mu sugeruję, żeby on te skarpetki założył na, za przeproszeniem, penisa??? no to ja musiałam jakoś wybrnąć i mówię mu, że nie i czy oglądał takie bajki, w których dzieci zakładały sobie skarpetki na uszy...?
ratunku!
jeszcze było coś o murzynie bez zęba, który pod starym kinem zaczepiał ją i jej koleżanki, a któremu nieopatrznie rzekła, że w tej ciemności zlewa jej się z otoczeniem...
aż się boję, co wymyśli jutro. jedno jest pewne: słuchając jej paplaniny nabieram w płuca dużo gazu rozweselającego...
'79
pierwsze cyfry w peselu. mój szczęśliwy numerek. poród pośladkowy. śmieję się, że już na wstępie pokazałam światu, gdzie go mam... od początku inaczej. ciężko się tak żyje.
"jesteś cyborgiem?"
możliwe. nawet do mojego języka zakradły się, nie wiadomo skąd, takie stwierdzenia, jak: rejestruję, generuję, jestem mniej lub bardziej kompatybilna.
mimo kuracji pomidorowej obcy we mnie jeszcze mocniej zacisnął supeł. oczywiście, że nie ma miłości.
sobota, 13 listopada 2010
przy torach
chłopcy sikali
dziewczynka czekała
teraz wracają ku niej rozjaśnieni
taki oto wiersz popełnił swego czasu Marcin Świetlicki. urzekł mnie nim bardzo. raz dlatego, że lubię patrzeć, jak chłopcy sikają (a zwierzeniem takim zwykle powoduję mieszane reakcje wśród...hmm, jak to nazwać w stronie biernej? :) będących zwierzanymi?) dwa, ponieważ owo "uczucie rozjaśnienia" po pozbyciu się zbędnego balastu jest, uważam, pięknym określeniem i pewnie sama bym na nie nie wpadła. trzy z powodu miejsca akcji. przy torach.
tory wzbudzają we mnie specyficzne odczucia. są piękne, kiedy lśnią w słońcu. ich krzywizny zawierają w sobie niewiadomą. nie można przewidzieć, dokąd nas zaprowadzą. dlatego dla mnie są symbolem wolności. usłyszałam kiedyś antytezę w formie pytania: czym były tory dla ludzi wiezionych pociągami do obozów koncentracyjnych? faktycznie, daje do myślenia.
dla mnie jednak mimo to pozostaną kluczem do rozwiązania zagadki, czym jest wolność. z jednej strony iść środkiem torów i sprawdzić, gdzie skończą swój bieg. z drugiej usiąść przy torach i patrzeć na przejeżdżające pociągi.
jest takie miejsce w mieście, z którego pochodzę, zwane (nomen omen) górką poznańską. tam kiedyś, w pierwszy dzień wiosny uciekliśmy całą klasą na wagary. siedzieliśmy w lesie i chwytaliśmy nieśmiałe promienie słońca. nazbierałam wtedy muszelek porzuconych przez ślimaki, aby móc później wyżyć się plastycznie robiąc z nich naszyjniki. taki flashback. uczucie wolności. jakiś dziadek, który mieszkał w lesie i przeszkadzały mu krzyki dzieciaków, wyskoczył na nas z siekierą, powodując popłoch i koniec imprezy :)
chciałam tam kiedyś wrócić. miałam wszystko, czego do szczęścia potrzeba: wymarzone towarzystwo i dobrą pogodę. pogubiliśmy się w tych chęchach. nie umiem już tam trafić. zawsze, kiedy wyjeżdżam od rodziców, spoglądam w tamtą stronę z okna pociągu. i tak sobie myślę, że może jeszcze kiedyś się uda. może gdzie indziej, może z kimś innym. posiedzieć i pogapić się na przejeżdżające pociągi...
czwartek, 11 listopada 2010
obcy
jest we mnie od dwóch tygodni. musiał zakraść się którejś nocy. obcy. rośnie i się rozpycha. początkowe uczucie, jakby ktoś zawiązał mi przełyk na supeł zostaje wyparte przez wrażenie, że ktoś przygniata mi klatkę piersiową nogą obutą w glana. czasami budzę się w środku nocy bo nie mogę oddychać. kurczowo trzymam się kołdry i usiłuję przypomnieć sobie, w jaki sposób łapie się powietrze. coraz bardziej boję się zasypiać.
wtorek, 2 listopada 2010
zabawy z ogniem
kolejny raz zadeptuję ten pożar. już nie staram się włożyć w ramy to, co niedefiniowalne. nie nazywam tego, o czym myślę tylko szeptem. dzisiaj jestem milcząca jak zdmuchnięta świeczka. nie chcę świecić odbitym światłem. już nie mam w oczach księżyców... pożar zażegnany. a jednak coś jeszcze się tli...
środa, 27 października 2010
symbole taplają się w mojej głowie...
były psy. cztery, jeden dorosły owczarek niemiecki i trzy szczeniaki, jakby labradory. szczerzą kły.
potem szczury. kąsają.
razem z nimi koty. drapią.
potem widzę swoje dłonie. poobrywane skórki przy paznokciach. obrywam je często w życiu realnym i rozrzucam swoje dna. nigdy jednak nie doprowadzam ich do takiego stanu, jak dzisiejszej nocy.
no i jeszcze reminiscencje czerwcowe. pierdolę to. jak tak dalej pójdzie, to zostaną dwa kontury zwłok narysowane kredą na ziemi...
wtorek, 26 października 2010
noc
... kolejna długa noc. rozstrzęsiona i bezradna. być poharatanym to nic w porównaniu do patrzenia, jak cierpi ktoś inny. boli podwójnie, potrójnie. bardzo chcę pomóc. nie wiem jak.
byt przesypuje się między palcami. nie mogę go już skleić. chcę nadać mu kształt, aby w tych ramach może już ktoś inny wypełnił go treścią. nie wiem tylko, czy umiejętnie to robię. malując na szkle reliefem zaznaczałam kształty, które potem wypełniałam farbą. to było twórcze. nie chciałabym tego spieprzyć i zamiast witraża otrzymać kontur zwłok na ziemi...
człowiek bierze odpowiedzialność za to, co oswoi.
ja już chyba pozostanę dzika.
środa, 20 października 2010
nie stawiać obuwia i bagażu na grzejnikach
patrzę na druty telegraficzne tańczące na różnych poziomach. zawsze lubilam je obserwować z pozycji leżącej jadąc pociągiem. jak zwykle pod prąd, przeciwnie do kierunku zwiedzania...
zamienione w kostki lodu w ostatnim czasie emocje wlaśnie się rozmroziły. sięgam do torby po chusteczkę, żeby wytrzeć nią mokrą podłogę. każde wyjście jest wejściem gdzieś indziej. ja chciałabym wyjść poza siebie i wypełnić na nowo tę pustą kukłę, którą się stałam.
ostrzeżenie na ścianach wagonu kolejowego nijak ma się do rzeczywistości. kiedyś nie zastosowalam się do niego i na grzejniku stopiłam sobie fragment gumowej podeszwy buta. teraz mi to raczej nie grozi. kaloryfery są zimne a z nieszczelnego okna powiało chłodem.
sobota, 16 października 2010
pstryk
tracę panowanie nad swoim życiem. oglądam je przez szybę, walę w nią pięściami i nie mogę stłuc szkła. bo to, co widzę mi nie wystarcza i chcę to zmienić, ale nie wiem, jak to zrobić nie krzywdząc przy tym nikogo.
mam wrażenie, że stoję sama na środku pustyni. jest noc. ciemność. cisza. nagle zrywa się wiatr i sypie piaskiem w oczy, przykleja włosy do twarzy. nic nie widzę. mam ochotę dać się mu porwać. zniknąć gdzieś raz na zawsze.
mam wrażenie, że stoję sama na środku pustyni. jest noc. ciemność. cisza. nagle zrywa się wiatr i sypie piaskiem w oczy, przykleja włosy do twarzy. nic nie widzę. mam ochotę dać się mu porwać. zniknąć gdzieś raz na zawsze.
sobota, 9 października 2010
wtorek, 5 października 2010
...?
mam kilka dyżurnych snów. właściwie nie tyle snów, bo to nie tak, że śni mi się zawsze dokładnie to samo. to raczej motywy przewodnie. schody, windy, kibel i ... soczewki. tak, tak! jestem szczęśliwym użytkownikiem tychże i na co dzień nie mam żadnego problemu z umieszczeniem ich w odpowiednim miejscu ;) "mój pierwszy raz" był nieco bardziej bolesny, ale warto było... o tym może jednak przy innej okazji ;)
motyw soczewek pojawia się zawsze w okolicznościach ich umieszczania. a one rosną. im bardziej staram się rozwikłać zagadkę, która strona prawa, a która lewa, tym gorzej mi to wychodzi, bo rosną. powiększają się, stają się wielkości całej mojej skromnej osoby, a nie tylko oka do niej należącego. ROSSSNĄ...
a ja za cholerę nie jestem w stanie ich włożyć do oczu.
dziś też tak było. jakoś nad ranem.
czy moja podświadomość chce mi przekazać, że pewne rzeczy nie mieszczą się w oku, a inne w głowie?
mam znów to wstrętne telepanie serca, kiedy się budzę. nienawidzę się tak czuć.
moje życie. wisi. nie wiem nic.
jestem drobiną w kosmosie, a wydaje mi się, że to moje problemy są najważniejsze. to dlatego, że od siebie nie jestem w stanie się uwolnić. życie może być tak piękne, tak pełne.
a może stać się wegetacją.
albo nie kończącą się samotnością...
bardzo się tego boję. choć tak naprawdę samotność połączona z byciem samym jest mniej smutna niż ta, która pojawia się mimo czyjejś obecności...
kurwa.
a gdzieś tam jest zaczarowany ogród, którego bram nie umiem sforsować...
kolejny motyw przewodni moich snów.
czwartek, 23 września 2010
pierwszy dzień jesieni, ostatni dzień lata
siedzę na starym rynku pod pręgierzem i wystawiam ciało na ostatnie promienie słońca. jak kotka wygrzewam całe swoje zmęczenie. w uszach muzyka. nagle coś ją zakłóca. niechętnie otwieram oczy i wyjmuję z uszu słuchawki. przemawia do mnie długowłosy, lekko podpity facet. pyta, czy mam jakieś drobne, żeby mu dorzucić do piwa. chce wiedzieć, czego słucham, ile mam lat, co robię. czy mam jakiś plan i czy na kogoś czekam? bo każdy na kogoś czeka. ja nie. łapię po prostu słoneczną energię zanim zostanie zmieniona w sopel lodu. jest miły, ale nie mam ochoty z nim rozmawiać. chcę pobyć sama ze sobą. żegnam się i odchodzę.
czy naprawdę na nikogo nie czekam? czy podświadomie czekam na kogoś, kto nigdy się nie pojawi...?
sobota, 18 września 2010
piątek
kończy mi się wino. czerwone, półwytrawne, mołdawskie. takie jak lubię.
jest piątek. mam wolny weekend. może odpocznę.
niby wszystko gra. ale czuję się, jakby ktoś przemocą wyrwał mi kawałek duszy, czy tego innego czegoś papierowego, co mam pod żebrami. i smutno mi jakoś, bo nawet gdybym znalazła oderwany fragment, to za nic nie umiałabym go dosztukować. mam zamiast duszy porwany, szary papier do pakowania prezentów. chciałabym być takim prezentem, z którego ktoś by się ucieszył.
wtorek, 14 września 2010
nieznośna lekkość bytu
jakiś czas temu powaliło mnie opowiadanie H. Murakamiego "przypadkowy podróżny". jest w nim poruszony temat PRZYPADKÓW. opisane są dwa z nich, które, jak pisze autor, "okazały się drobnymi, całkiem błahymi zdarzeniami, niemającymi szczególnego wpływu na moje życie. prawdopodobnie niemającymi."
coś podobnego przydarzyło mi się wczoraj.
po pracy byłam umówiona w banku. jak to trzynastego, zepsuł się tramwaj. wysiadałam z niego i kawałek musiałam przejść pieszo. padał deszcz, trampki całe w błocie. pomyślałam sobie, że chociaż trochę je wyczyszczę, zanim wejdę do tak poważnej instytucji ;) wyjęłam z torby chusteczki i nie chcąc robić tego na środku ulicy, weszłam w pierwszą lepszą bramę. w podwórku zobaczyłam szyld księgarni arsenał. wszelkie księgarnie działają na mnie hipnotycznie, więc oczywiście tam wdepnęłam. pewnym krokiem przebyłam pół długości księgarni, po czym coś kazało mi się zatrzymać, odwróciłam głowę i mój wzrok spoczął dokładnie na tytule, na który już od jakiegoś czasu się czaiłam.
i dziś w tym oto, wyczytuję takie słowa: "ale czy wydarzenie nie jest tym bardziej znaczące i wyjątkowe, im więcej potrzeba było przypadków, aby mogło nastąpić? tylko przypadek może wyglądać jak wysłannik losu. to, co jest nieuchronne, czego się spodziewamy, co powtarza się codziennie, jest nieme. tylko przypadek do nas przemawia. staramy się czytać w nim, jak Cyganki odczytują przyszłość z fusów na dnie filiżanki (...) nie konieczność, a przypadek ma w sobie czar."
i tym sposobem, zgłębiam temat zdrady w wydaniu Milana Kundery...
czwartek, 9 września 2010
wspomnienie
jesień. po raz kolejny pada to określenie. określenie na słońce grające z wiatrem w dwa ognie, na tęczę schowaną pośród kłębów chmur, na rozłożony parasol, mający chronić głowę przed tym nie-wiadomo-czym spadającym z nieba... najbardziej w jesieni lubię zeschnięte liście chrupiące pod nogami. kocham ten dźwięk :) i depczę je nieprzytomnie, zmieniając trajektorię lotu swego, aby je doścignąć i usłyszeć uwielbione chrupanie...
a dziś mi się lata zachciało. miałam opisać urlop i się skończyłam. tyle myśli, tyle projektów w głowie. teraz znów czas ruszył galopem i na wszystko go brakuje. żałuję, że wtedy, gdy zwolnił na chwilę, nie miałam przy sobie kajetu i kawałka ołówka, by utrwalić, to, co mi się pomyślało. mam jedynie skrawki tego, z czego ma powstać ta moja książka, która pewnie nigdy nie zostanie napisana... zrobiło się zimno. kaloryfery jakby nieco letnie, co nie zmienia faktu, żem nabyła drogą kupna grzaniec galicyjski i utopiwszy w nim pijaną pomarańczę, przystąpiłam do pieczenia ciasta czekoladowego, które właśnie degustuję... mmmmm :)
a w głowie rozkwitły mi żagle i pies, który żebrał kucając (znów zapomniałam jego imię!!! lucek? ) oraz to, jak zostałam zamknięta w bosmanacie, noga moja alergią na słońce uraczona oraz, co za tym idzie, dupsko nafaszerowane akupunkturą ze sterydów, mojej mamy zalecenia urynoterapii, z których nie powiem, czy skorzystałam :p, rodzice na pokazie pościeli desperacko wierzący w cudowną wygraną, basen odbijający promienie słoneczne, konfitury śliwkowe gotowane u dziecioka w środku nocy, pierogi ręcznie lepione i kiszone po raz pierwszy samodzielnie ogórki... kawałek morza i spadające gwiazdy. powrót do domu w stanie świadomości sprowadzonym do bycia kartką papieru, w zależności od niezidentyfikowanych bliżej warunków, znajdującą w pozycji płaskiej lub zwiniętą w kulkę.
a te puchate zdjęcia sama robiłam :)
Albertyna znów zwiała z placu zabaw. idę interweniować :)
sobota, 28 sierpnia 2010
bezsenność w poznaniu
umysł ludzki jest jest niesamowity. nie jest prawdą, że nie można być w kilku miejscach jednocześnie. przynajmniej prawdą dosłowną. jestem tutaj fizycznie, ale chwilami odpływam gdzie indziej. w ciągu dnia, w wirze zdarzeń dopada mnie to nader często. jest to tak nieprzewidywalne... jestem w pracy i nagle PSTRYK...jakaś drobnostka kojarzy mi się z przeszłością i jakiś poryw powietrza nie z tego świata przenosi mnie TAM i WTEDY... dźwięki, zapachy, słowa, światło, deszcz... ale czasem nawet bez tak wyraźnych stymulatorów znajduję się w miejscach, które pozornie nie mają dla mnie znaczenia, o których nie pamiętam na co dzień... i będąc tutaj, jestem jednocześnie tam... uciekam tam sama lub bywam bez udziału świadomości porywana. wierzę, że istnieje świat równoległy, alternatywna rzeczywistość. a co ze snami? leżąc w łóżku jestem jednocześnie na tyłach podwórza należącego do starych kamienic i przyglądam się fontannie z rzeźbą anioła, któremu w związku z awarią woda tryska spod pach... a propos wody i snu: może bezsenność minie, gdy woda popłynie z głośników...
czwartek, 26 sierpnia 2010
popołudnie w kolorze blueberry
idzie jesień. czuć jej zapach w powietrzu, widać jej ślady na niebie. korzystając z wolnego dnia szwendałam się dziś po rynku z aparatem chcąc upolować ulotne chwile. pogoda nie sprzyjała. deszczało. schroniłam się w knajpie, do której mam sentyment i przy wywarze z jagód, zatopiona w fotel, chwytałam skrawki rozmów toczonych na dole i wczytywałam się w książkę o dziełach gaudiego. kiedyś pojadę do barcelony. wiem to na pewno. samotne popołudnie bywa czasem bardzo przyjemne...
czwartek, 19 sierpnia 2010
wernisaż...
gdzieś na usteckiej plaży porzuciłam swe trampiszony i zapomniałam o nich zaaferowana okolicznościami przyrody. po jakimś czasie mi się na nie spojrzało i wzruszyłam się rzewnie. bo takie kochane one :) mam jakieś takie podejście sentymentalne do niektórych swoich rzeczy.
kiedyś zrobiłam czystki w swojej garderobie i powyrzucałam ciuchy, w których już nie chodzę. poskładałam je, włożyłam do toreb i wyniosłam na śmietnik. po jakimś czasie idę do sklepu, mijam śmietnik, patrzę a moje rzeczy elegancko porozwieszane na kontenerach... strasznie dziwne wrażenie. nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś sobie jeszcze skorzystał z tego, co mi nie potrzebne, ale taka wystawka mnie zamurowała. poczułam się, jakbym z boku patrzyła na jakiś wycinek swojego życia, jakby ktoś kawałek mnie wystawił na widok publiczny, jakbym była na wernisażu przedstawiającym fragment mojego świata. nie umiem tego wytłumaczyć, sama nie wiem, skąd się to wzięło. dziwne, dziwne uczucie.
wtorek, 17 sierpnia 2010
powroty
dużo we mnie po urlopie. napiszę, z czasem na pewno.
kolega mi dziś pokazał filmik nagrany komórką, w roli głównej jakiś stwór bliżej niezidentyfikowany, najprawdopodobniej będący gąsienicą jakąś. no boskie to było, zielone takie. najbardziej mnie rozwalił sposób przemieszczania się tego czegoś. zwijało się toto i rozplątywało, i szło sobie tak, jak sprężynką napędzane. spytałam kolegę, co się ze stworem stało, a on na to: jak to co? wypuściłem go. i za to go lubię :)
co byście zrobili, gdybyście chcieli wziąć prysznic, a na mokrym brodziku skrzydełkami do dołu leżałaby ćma?
ja wyjęłam ją na tekturkę i podmuchałam na jej skrzydełka a potem położyłam ją na parapecie za oknem. rano jej nie było, więc mam nadzieję, że nie zwiał jej wiatr, tylko odleciała o własnych siłach.
no tak już mam, że wszelkie żyjątka wzruszają mnie niemożebnie. oprócz rybików w łazience może... a Albertynka była na Mazurach :) dziś cała noc ją słyszałam, lata w swoim kołowrotku jak szalona, aż zaczął skrzypieć :) zrobiłam jej plac zabaw z kartonu i łazi po jego krawędzi, chyba mnie kocha, bo szuka mojego zapachu i tam, gdzie idę ja, tam idzie i ona. ja w prawo, Albertyna w prawo, ja zakręcam w lewo, ona za mną :) a dziś mi dwa razy spierniczyła i schowała się pod łóżkiem... bałam się, że nie wylezie i coś jej się stanie, ale jakoś udało mi się ją złapać...
a pierwszy dzień w pracy po urlopie jest straszny. a w urlopie najlepsze jest czekanie na niego. to taka refleksja na dziś. a w ogóle to zeżarłam już trzy nurofeny ultra forte fast czy jakieś inne świństwo a łeb jak bolał tak boli. już se nie radzę. nigdy w życiu nie miałam migren, a tu proszę. a propos migren- ostatnio przejrzałam jakieś swoje stare notatki i znalazłam taki oto ciąg skojarzeniowy:
świat--> globus--> ból głowy-->nad Niemnem--> Niemen-->dziwny jest ten... świat
poniedziałek, 26 lipca 2010
7 lat temu
Jej Mama przejrzała stare rzeczy, znalazła mnóstwo starych fotografii, na których jesteśmy razem. dała je mojej Mamie. a moja Mama wysłała je pocztą. do mnie. dotarły dziś.
7 lat temu pożegnałyśmy się na zawsze. w nasze imieniny, które zawsze spędzałyśmy razem.
przeglądam zdjęcia i uśmiecham się przez łzy. leżymy razem w wyrze na jakimś wakacyjnym wyjeździe. siedzimy w akademiku i wchodzimy w dorosłość z puszką piwa w ręku. obrona pracy licencjackiej. jakiś koncert. pamiętne zdjęcie, na którym jesteśmy Mundi, Pstrąg i ja. tylko jedna osoba z tego grona żyje...
młodość. śmierć. życie.
nigdy Cię nie zapomnę...
sobota, 17 lipca 2010
oczyszczenie?
deszcz.
wyszłam, by się nim nasycić. upić.
aby poczuć go w zakamarkach swego ciała.
oczyszczenie, ukojenie, ulga.
zmywa ból ostatnich dni.
na chwilę.
zagłębiam się w miękkość.
nie ma już cierpienia. nie ma fizyczności.
nie ma bólu egzystencjalnego.
bosa, brnąc przez kałuże
powoli wchodzę w ciemność
rozrywaną zygzakami błyskawic...
wtorek, 29 czerwca 2010
od dzisiaj nie ma jutra
potwierdziły się moje przypuszczenia. w "naszym" życiu jest ktoś jeszcze. ten wieczny kocioł miał swoje źródło. we mnie kipi. trzęsą mi się ręce. nie będę płakać.
jest teraz z nią. no i ten mecz, mecz to podstawa. nie może teraz wrócić do domu. są sprawy ważne i ważniejsze. mnie w nich nie ma w ogóle.
zdjęłam pierścionek zaręczynowy.
poniedziałek, 7 czerwca 2010
popołudniową porą
znów śpię. bo muszę, mój organizm bezczelnie się tego domaga. a podświadomość bezwzględnie sprzedaje mi obrazki, nad którymi się potem długo zastanawiam... tym razem mam na sobie długi, czarny płaszcz i telefonicznie umawiam się na spotkanie z nieżyjącą przyjaciółką. zamiast na nią natykam się na mojego trzynastoletniego chrześniaka, który jest w wysokiej ciąży... budzi mnie burza.
nie poszłam dziś do pracy. pół nocy nie spałam, gardło boli mnie jak nigdy przedtem. no, może raz było podobnie, wtedy, kiedy rodzice na siłę zaciągnęli mnie do laryngologa, a ten zajrzawszy mi przez nos, stwierdził, że mam czerwone migdałki :)
chciałabym coś stworzyć. płaską kartkę papieru zmienić w trójwymiarową rzeczywistość. chodzi to za mną, plącze się pod nogami. ale czuję się jak dziecko, które chce ulepić świat od nowa, a nie ma plasteliny. mam ogólny zarys, konwencję, ale nic ponad to. chcę ożywić fikcyjnych bohaterów, pokierować ich losami, pobawić się w siłę, która o nich decyduje. i nie umiem.
a tak poza tym bardzo chcę zrobić serię zdjęć strachom na wróble. podczas ostatnich spacerów po ogródkach działkowych nie natknęłam się na żadnego. czy ktoś jeszcze robi strachy a wróble?
niedziela, 6 czerwca 2010
bladym świtem
kolejny raz dzwoni budzik. włączam drzemkę. mija 10 minut i znów słyszę znienawidzony dźwięk.
leżę w ciemności i nie mogę się ruszyć. nagle przez moją głowę przepływa myśl:
wstań, bo TERAZ twoje życie składa się z szeregu następujących po sobie śmierci klinicznych...
otwieram oczy.
sobota, 5 czerwca 2010
tak sama nie wiem...
tak sobie tu zaglądam. naczytałam się znów murakamiego i tak mi jakoś w sobie. muszę się zaopatrzyć w nowy tom, ale to po wypłacie...
przyjaciółka, zwana w pewnych kręgach dzieciokiem, jest już na ostatnich nogach. w sensie, że brzucho jej urosło porządnie i całkiem niedługo coś się powinno z niego wykluć. byliśmy wczoraj na spacerze, poszliśmy na pole, poleżałam sobie w trawie i powdychałam zapach słońca. mało mi, wciąż mi mało... w pewnym momencie dzieciok mi komunikuje, że pan mąż, sprawca wyrośniętego brzucha, będzie musiał się oddalić służbowo do innego miasta i w razie, gdyby brzucho chciało się pomniejszyć i pozbyć swej zawartości, to ja mam brać urlop na żądanie, rzucać wszystko w cholerę i przyjeżdżać na polną, bo ona tam sama nie ma zamiaru tak...
aż mi się gęba uśmiechła. poczułam się zaszczycona. nigdy jeszcze nie rodziłam, ani sama, ani z kimś. pani B. miała cesarskie cięcie i byłam gdzieś za drzwiami, ale to nie to samo...
Albertyna wlazła na swój kawałek drewna i obgryza kolbę miodowo-orzechową. hałasuje przy tym okrutnie, ale przynajmniej wiem, że nie jestem sama :) bo oprócz niej w domu pusto i ciemno, boję się, że mnie jakiś dusiołek znów nawiedzi :)
byłam na rozmowie o pracę. pani headhunterka w ogłoszeniu nie zawarła wszystkich istotnych informacji z zakresu obowiązków i wydawało się to fajne. osobiście mnie trochę uświadomiła, że jakieś analizy ekonomiczne, bilansy, raporty, marże, rentowności... a w cholerę jasną z czymś takim! niby ma moja kandydaturę podać dalej, ale jakoś nie jestem przekonana, że chciałabym to robić. robię to teraz w niewielkim zakresie i głowa ma wyrzuca w kosmos wszelkie informacje, które są zaszyfrowane w postaci rzędów cyferek. nie chcę się męczyć. nie umiem przerabiać świata na kod zero- jedynkowy, choć znam takie osoby i wydaje mi się, że mają łatwiej w życiu. ja postrzegam świat barwami, czuję kształty, słyszę zapachy, widzę dźwięki... żyję w świecie liter.
ostatnio wpadłam na to, że z moja aspołecznością i wstrętem do wyścigu szczurów, do struktur wszelakich, do wielkich firm i bycia trybikiem, najszczęśliwsza byłabym uprawiając jakiś wolny zawód. nęci mnie świat bohemy, ciągnie mnie do podziemia, chciałabym móc w dzień powłóczyć się po knajpach, oglądać promienie słońca przez zakurzone szyby baru, albo zejść do piwnicy i sączyć cuba libre zmieszane z nutami smooth jazzu... marzy mi się wydanie książki, taki złoty strzał, jak w przypadku pani od "zmierzchu", której cała historia o wampirach się rzekomo przyśniła. kobieta nigdy wcześniej nie miała nic wspólnego z pisarstwem, popełniła sagę, jest ustawiona do końca życia, nie musi pracować dla kogoś, robi to, co lubi... żyć, nie umierać.
a ja muszę się zwijać, bo jutro na 8. uśmiech numer pięć i kolejny weekend w pracy. pogoda się poprawiła, wszyscy normalni ludzie uciekają na łono, a ci mniej normalni latają po sklepach. i dla nich właśnie przepieprzam czas. i dzięki nim właśnie mam co jeść i za co kupować książki. o ironio!
dobranoc.
sobota, 29 maja 2010
sobota
mam poczucie straty. boję się, że coś zdechło. coś się wypaliło. coś przestało oddychać. a my, pogrążeni w żałobie, na ślepo przemy i robimy sobie usta usta.
dlaczego?
tak bardzo bym chciała, żeby było jak dawniej...
jadąc tramwajem lubię siedzieć na początku drugiego wagonu, w kącie na ławce i czytać książki z nogą założoną na górę. to moja refleksja na dziś.
czwartek, 20 maja 2010
abre los ojos
dzisiejsza noc. duże nasycenie kolorów. robię zdjęcia, są surrealistyczne, jakby przerobione w photo-shopie. chłopak. duże, szare oczy. szopa kręconych jak sprężynki włosów. nigdy go nie widziałam. ma dłoń zawiniętą w bandaż. robię zdjęcie wielkiego, kolorowego motyla. nie mieści mi się w kadrze. robię zdjęcie dłoni chłopaka na tle skrzydeł. przełączam aparat na funkcję YELLOW i motyl idzie pod obiektyw jeszcze raz. jego skrzydła wyglądają jak płatki słonecznika.
przełączam aparat na CYAN. w kadrze wyłania się nagle niebo przetkane białymi, rozciągniętymi w poziomie chmurami. spomiędzy ich warstw widać fragmenty wieży zamku z czerwonej cegły. uświadamiam sobie, że jest to to samo miejsce, które zawsze mi się śni, ale widziane z lotu ptaka. nigdy tam nie dotarłam do końca. nigdy nie byłam w środku, nigdy nie widziałam tego miejsca w całości. zawsze jakieś fragmenty. mam obsesję na jego temat, chcę się tam kiedyś NAPRAWDĘ znaleźć.
robię zdjęcia nieba. przy jednym z nich chwilę dłużej przytrzymuję spust migawki i efekt jest niesamowity. z miejsca, w którym są chmury, na krawędzi bieli i błękitu, widać odrywające się z chmur krople deszczu, jakby pojedyncze kryształki. pokazuję te zdjęcia Margo, ona ocenia surowym okiem eksperta.
żegnam się z chłopakiem. widzę, duże szare oczy. zakochuję się w nich. on odchodzi.
jesteśmy z Margo gdzieś indziej, jakby pod sukiennicami. otwierają się drzwi. wychodzi z nich dziewczyna. głowę ma owiniętą rudym szalem. jest smutna, wygląda, jakby na kogoś czekała. Margo mówi, że to kolejna "ofiara" dużych, szarych oczu...
przełączam aparat na CYAN. w kadrze wyłania się nagle niebo przetkane białymi, rozciągniętymi w poziomie chmurami. spomiędzy ich warstw widać fragmenty wieży zamku z czerwonej cegły. uświadamiam sobie, że jest to to samo miejsce, które zawsze mi się śni, ale widziane z lotu ptaka. nigdy tam nie dotarłam do końca. nigdy nie byłam w środku, nigdy nie widziałam tego miejsca w całości. zawsze jakieś fragmenty. mam obsesję na jego temat, chcę się tam kiedyś NAPRAWDĘ znaleźć.
robię zdjęcia nieba. przy jednym z nich chwilę dłużej przytrzymuję spust migawki i efekt jest niesamowity. z miejsca, w którym są chmury, na krawędzi bieli i błękitu, widać odrywające się z chmur krople deszczu, jakby pojedyncze kryształki. pokazuję te zdjęcia Margo, ona ocenia surowym okiem eksperta.
żegnam się z chłopakiem. widzę, duże szare oczy. zakochuję się w nich. on odchodzi.
jesteśmy z Margo gdzieś indziej, jakby pod sukiennicami. otwierają się drzwi. wychodzi z nich dziewczyna. głowę ma owiniętą rudym szalem. jest smutna, wygląda, jakby na kogoś czekała. Margo mówi, że to kolejna "ofiara" dużych, szarych oczu...
poniedziałek, 17 maja 2010
no tak właśnie
nieźle. ledwo wróciłam z pracy i musiałam do niej wracać. właśnie weszłam do domu. nie zamknęłam systemu kasowego, co jest wybrykiem niewybaczalnym i postanowiłam swój błąd naprawić. zakręciłam się na pięcie i pojechałam z powrotem do CHP. żeby było śmieszniej, oczywiście wszystkie dostępne mi wrota były pozamykane i musiałam wejść od strony ochrony. na mojej drodze wyrósł pan, który ni cholery nie chciał mi uwierzyć (widać źle mi z oczu patrzy), że muszę tam wejść i robię to w dobrej intencji. a dowodu pani nie ma? aha, akurat z drugiego końca miasta pani tak szybko przyjechała... a nie może pani tego zrobić rano? a wie pani, że jest już pani na kamerze? w końcu udało się go jakoś spacyfikować i mnie wpuścił, oczywiście nie omieszkał pójść ze mną i patrząc mi na ręce kontrolował sytuację...
teraz wydaje mi się to wszystko śmieszne, ale jak wyszłam stamtąd, wcale nie było mi do śmiechu. bo mi się jakieś klepki pootwierały. bo u Mamy znów wykryto jakiegoś guza, termin biopsji dopiero na czerwiec, a nie wiadomo, co to jest i czy może tak długo czekać...bo już jest pewne, że zostaniemy z A. rozdzielone w pracy i nasze obawy były słuszne. bo J. znów wyjeżdża do stanów i dziś po raz ostatni wracałyśmy razem tramwajem... bo nie ma przy mnie M. kiedy go potrzebuję, bawi się gdzieś na rynku nawet nie wiedząc, że włóczę się sama po nocy. jutro mija 6 lat, odkąd jesteśmy razem i rok od naszych zaręczyn. mam wrażenie, że utknęliśmy w martwym punkcie i zastanawiam się, czy każdy związek jest skazany na dojście do takiego etapu...
i tak mi się to wszystko jakoś upłynniać zaczęło. stałam na tym moście teatralnym i ryczałam jak głupia w oczekiwaniu na ostatni tramwaj. nawet chusteczki nie miałam, żeby sobie nos wysmarkać.
chyba już mi lepiej. przydałby się tylko masaż karku...
niedziela, 16 maja 2010
słyszę głosy...
coś dziwnego przydarzyło mi się wczoraj. położyłam się spać. musiałam zasnąć, bo nagle z głębokiego snu wyrwał mnie czyjś szept wypowiadający moje imię. słyszałam wyraźnie, ale mam wrażenie, że nie zmysłem słuchu, tylko gdzieś w głowie. wystraszona spojrzałam na zegarek. była minuta po północy...
jeszcze mi tylko jakiejś godziny duchów potrzeba :) prawdopodobnie coś musiało mi się przyśnić, ale nie pamiętam co, a głos był bardzo realny. byłam sama w domu (nie licząc Alberta, który nota bene okazał się być Albertynką), więc ze strachu włożyłam łeb pod kołdrę i udawałam, że mnie nie ma...
ktoś ma podobne doświadczenia, czy to tylko ja słyszę głosy...?
sobota, 15 maja 2010
na zakręcie
jakiś czas temu miałam sen z serii tych, które mnie prześladują co jakiś czas... oczywiście byłam w toalecie i po spuszczeniu wody wywaliło rury. cała łazienka została zalana przez ekskrementy, a ja zaczęłam się w nich topić...
masakra
nie wiem, czy to nie był sen proroczy, bo tak właśnie ostatnio się czuję. jakbym się dusiła. nawet fizjologicznie oddycha mi się dużo ciężej.
głowę mam zastawioną śmieciami, niepotrzebnymi gratami i złymi emocjami. w pracy zapiernicz. niepewność jutra. wizje zmian niekoniecznie na lepsze. w domu cisza i lód. stres. brak zrozumienia i zainteresowania. niemożność wypowiedzenia swego zdania, żeby nie usłyszeć słów krytyki. zamykam się w sobie. coraz bardziej w siebie uciekam.
i coraz większą mam ochotę pierdolnąć to wszystko w cholerę. wyjechać gdzieś, gdzie świeci słońce, gdzie nikogo nie znam i zacząć życie od nowa.
sobota, 1 maja 2010
ciało
staję naga przed lustrem i przyglądam się tej po drugiej stronie. stopy, łydki, kolana, uda. pośladki i brzuch, piersi, szyja. ręce, dłonie. twarz. spojrzenie. oczy. co mi dziś powiesz?
to wszystko to otoczka. forma. stojąc kiedyś w kolejce po ciała wylosowałam takie właśnie. długo się go uczyłam. mimo wielu zastrzeżeń udało mi się je polubić. codziennie je karmię, ubieram, ogrzewam i myję. czasem ozdabiam. ale to nie cała ja. prawdziwa ja kryję się gdzieś pomiędzy jednym a drugim oddechem. przepływam razem z krwią przez tunele żył. przyczajona czekam na kolejne uderzenie serca.
odwieczny dualizm. ciało i dusza. uzależniona od swego niedoskonałego ciała idę przez życie. łapię chwile. zapamiętuję obrazy. chwytam ulotne wrażenia. zapisuję swoją kartę. nadejdzie czas, kiedy skończy się na niej miejsce. zapisana w całości zostanie spalona i pozostanie tylko proch. ciało zwiędnie. przeminie, zgaśnie. pozostaje mieć nadzieję, że pierwiastek, który tę formę wypełnia treścią przetrwa gdzieś bezpiecznie. każdy z nas przez to przejdzie. to jedyne, co w życiu pewne.
może znów gdzieś, kiedyś, staniemy w jakiejś kolejce po ciała i kolejny raz otrzymamy jakąś mozaikę splątanych genów?
czwartek, 29 kwietnia 2010
mycha :)
ciężko tę cholerę złapać w bezruchu, a co za tym idzie, zrobić jej zdjęcie, ale parę razy się udało...
oto Albert :)
środa, 28 kwietnia 2010
albert
mój kolega z pracy, Szu, posiada w tejże w swoim gabinecie grozy pająka. ptasznika. wielkiego, owłosionego potwora, którego wczoraj chciał nakarmić biedną, małą białą myszką. żywą myszką. przyniósł ją w tekturowym pudełku z kilkoma otworami do oddychania. żeby przypadkiem nie zdechła i była żywa podczas bycia pożeraną. co chwilę w którymś z tych otworów pojawiał się różowy nosek lub pazurki rozpaczliwie szukające drogi ewakuacyjnej. tatentychmiast zorganizowałyśmy z koleżankami szeroko zakrojoną akcję ratunkową. zamknęłam na klucz drzwi, za którymi czaił się potwór i wyrwałam z rąk oprawcy niedoszłą ofiarę. pojawił się problem, co z nią zrobić. w przekonaniu, że została zakupiona w sklepie zoologicznym na dole, poszłyśmy ją zwrócić. okazało się, że tam mają tylko szczury i inne gryzonie dziwacznej natury, ale myszka nie pochodzi stamtąd. miła pani z zoologicznego stwierdziła, że coś może wymyśli i ją zabierze. wyjęła ją z tego nieszczęsnego pudełka i wtedy po raz pierwszy zobaczyłam alberta :) wkulnął mi się na rękę i już nie zamierzał z niej zejść. stwierdziłam, że on na pewno chce zostać ze mną, ale nie mieszkam sama, więc musiałam wziąć pod uwagę zdanie M. dla niego cała ta sytuacja była oczywiście niedorzeczna, mam sobie wybić z głowy myszkę, to nie jest dobry pomysł, a co z nią zrobimy, jak gdzieś wyjedziemy, a w ogóle to mam robić, jak uważam... ale chyba potrzebował czasu na przemyślenie i po jakimś czasie odczytałam smsa o treści :jak bardzo chcesz, to ją weź... dziewczyny biorące udział w akcji ratunkowej aż piszczały z radości, ja zresztą też. i tym oto sposobem kierowana emocjami i kompletnym brakiem rozumu, wróciłam wczoraj do domu z albertem. dziś kupiłam mu nowy domek, oswajamy się ze sobą, boimy się siebie chyba w równym stopniu, ale myślę, że damy radę. w życiu bym nie przypuszczała, że będę mieć mysz, która się źle kojarzy i nie jest jakoś szczególnie lubianym zwierzątkiem. myślałam, że będę się brzydziła wziąć ją na ręce, ale im dłużej przyglądam się temu szkrabowi, tym więcej sympatii do niego czuję. najsłodszy jest, kiedy śpi. zwija się w kulkę i opiera się na główce. przekomicznie to wygląda. ma białe, milutkie futerko, łysy ogonek i czerwone oczka :) M. początkowo nie chciał nawet na nią patrzeć, ale potem do niej gadał i dziś zapowiedział, że zrobi jej sesję zdjęciową, bo jest śmieszna. podzielę się jej efektami na pewno :)
czwartek, 22 kwietnia 2010
make up, make down...
płatki do demakijażu
płatki śniegu
nie ma dwóch identycznych
a po uważnym obejrzeniu ślady rzęs na skrawku bawełny...
wtorek, 20 kwietnia 2010
wirtualny fryzjer
instrukcja obsługi jest taka:
-założyć słuchawki na uszy
-usiąść wygodnie
-zamknąć oczy
-poddać się Luigi'emu
miłej zabawy! :)
niedziela, 11 kwietnia 2010
dziwny to naród
to był trudny dzień. pozostawi swe engramy na długo. byłam w pracy, z lekka odcięta od świata rzeczywistego. przyspawały mnie do niego trzy telefony. katastrofa. wciąż nie wierzę...
co robi naród pogrążony w żałobie? widziałam dwa obrazki. jeden w telewizji, drugi na żywo. i coś we mnie puchnie, rośnie, chce się wydostać na zewnątrz. ten obrazek z telewizji można by oprawić w ramki. wszyscy smutni, zgromadzeni przed Pałacem Prezydenckim, zapalają znicze, modlą się, płaczą... ja widziałam coś innego.
dzikie tłumy w cudach i atrakcjach. stumilowe kolejki. zasapana gawiedź. robiąca syf. robiąca zamęt. kupująca szmaty na potęgę. niby powinnam się cieszyć, bo utargi zajebiste,ohohoho. tylko z całym szacunkiem, może chociaż czasem jakaś chwila zadumy? postoju. kasa to nie wszystko. jutro centrum zamknięte, ale taki werdykt wcale nie był dla osób decyzyjnych oczywisty. bo kasa. kasa. kasa...
dziewczyna około 15 lat. ochrona zwinęła ją za kradzież trzech par kolczyków za jakąś śmieszną kwotę. siedzi na zapleczu, zapłakana czeka na przyjazd policji. przychodzi jej ojciec, którego powiadomiła, że ma ją odebrać, pyta, co się stało. jako jeden z hersztów bandy muszę go uświadomić. jest w szoku. "jak to ukradła? mamy taki zwyczaj, że idziemy razem do centrum handlowego, ja siedzę i piję kawę, a ona biega po sklepach. ona jest jedynaczką, niczego jej nie brakuje, po co miałaby to robić?" co mam powiedzieć takiemu ojcu? w całej tej sytuacji jego najbardziej było mi szkoda.
jadę tramwajem. wpada czterech chłopaczków mniej więcej dwunasto- trzynastoletnich. rzucają kurwami. "-włączyć ci radio? - nie, cały dzień o tym trąbią, już kurwa nie chcę tego słuchać" dzieci. ze swoją wpisaną w ich istnienie niewinnością. jaka ja jestem naiwna! albo się już starzeję...
jadę dalej. nagle pod wpływem "energicznego" sposobu prowadzenia motorniczego odłupia się numer tramwaju. laska siedząca pod tymże i znienacka zaatakowana, chyba z nerwów dostaje ataku głupawki, a towarzysząca jej koleżanka wygłasza kwestię: "twój szczęśliwy numerek to...16!" uśmiecham się mimowolnie.
jestem już pod klatka schodową. panowie z administracji osiedla mocują biało-czerwone flagi. wśród tych dwóch kolorów przebija się niepozorna cienka czarna wstążka...
co tak naprawdę zapamiętam z tego dnia? szczątki samolotu, czy to, że jadłam penne z sosem bolońskim zapiekane z serem pleśniowym? abstrahując od wszelkich sympatii i antypatii politycznych, niezaprzeczalnie jest to jeden z najsmutniejszych dni w historii Państwa Polskiego. nie wiem, czy jestem patriotką. ale wiem, że jestem zwykłym człowiekiem. Ci, Którzy Zginęli, oprócz piastowanych stanowisk też byli tylko ludźmi. kiedy dowiedziałam się, że Prezydent nie żyje, od razu pomyślałam o jego żonie, o tym, że jej bardzo współczuję. i może komuś wyda się to dziwne, ale ulżyło mi, kiedy okazało się, że ona zginęła razem z nim. najgorzej bowiem mają ci, którzy zostają...
zaczęłam z większą uwagą patrzeć pod nogi. ze zdumieniem stwierdzam, że jest to czynność pasjonująca. uwielbiam tworzyć w głowie nowe historie na podstawie tego, co widzę. a znalazłam już wsuwkę do włosów, dwa fleczki zgubione zapewne w pośpiechu przez jakąś kobietę, kawałek łańcuszka na szyję, 20 groszy, ziemniaka w pobliżu sklepu (i już mam gotowy scenariusz, skąd się tam wziął...) oraz buty. buty są dość powszechne, zaraz po pustych butelkach, zwłaszcza na łące obok mojego osiedla, która niebawem zostanie zrównana z ziemią i zamieniona w kolejną betonową oazę. ale to są wszystko oznaki życia. życia, które trzeba chwytać garściami, bo nigdy nie wiadomo, co komu pisane...
co robi naród pogrążony w żałobie? widziałam dwa obrazki. jeden w telewizji, drugi na żywo. i coś we mnie puchnie, rośnie, chce się wydostać na zewnątrz. ten obrazek z telewizji można by oprawić w ramki. wszyscy smutni, zgromadzeni przed Pałacem Prezydenckim, zapalają znicze, modlą się, płaczą... ja widziałam coś innego.
dzikie tłumy w cudach i atrakcjach. stumilowe kolejki. zasapana gawiedź. robiąca syf. robiąca zamęt. kupująca szmaty na potęgę. niby powinnam się cieszyć, bo utargi zajebiste,ohohoho. tylko z całym szacunkiem, może chociaż czasem jakaś chwila zadumy? postoju. kasa to nie wszystko. jutro centrum zamknięte, ale taki werdykt wcale nie był dla osób decyzyjnych oczywisty. bo kasa. kasa. kasa...
dziewczyna około 15 lat. ochrona zwinęła ją za kradzież trzech par kolczyków za jakąś śmieszną kwotę. siedzi na zapleczu, zapłakana czeka na przyjazd policji. przychodzi jej ojciec, którego powiadomiła, że ma ją odebrać, pyta, co się stało. jako jeden z hersztów bandy muszę go uświadomić. jest w szoku. "jak to ukradła? mamy taki zwyczaj, że idziemy razem do centrum handlowego, ja siedzę i piję kawę, a ona biega po sklepach. ona jest jedynaczką, niczego jej nie brakuje, po co miałaby to robić?" co mam powiedzieć takiemu ojcu? w całej tej sytuacji jego najbardziej było mi szkoda.
jadę tramwajem. wpada czterech chłopaczków mniej więcej dwunasto- trzynastoletnich. rzucają kurwami. "-włączyć ci radio? - nie, cały dzień o tym trąbią, już kurwa nie chcę tego słuchać" dzieci. ze swoją wpisaną w ich istnienie niewinnością. jaka ja jestem naiwna! albo się już starzeję...
jadę dalej. nagle pod wpływem "energicznego" sposobu prowadzenia motorniczego odłupia się numer tramwaju. laska siedząca pod tymże i znienacka zaatakowana, chyba z nerwów dostaje ataku głupawki, a towarzysząca jej koleżanka wygłasza kwestię: "twój szczęśliwy numerek to...16!" uśmiecham się mimowolnie.
jestem już pod klatka schodową. panowie z administracji osiedla mocują biało-czerwone flagi. wśród tych dwóch kolorów przebija się niepozorna cienka czarna wstążka...
co tak naprawdę zapamiętam z tego dnia? szczątki samolotu, czy to, że jadłam penne z sosem bolońskim zapiekane z serem pleśniowym? abstrahując od wszelkich sympatii i antypatii politycznych, niezaprzeczalnie jest to jeden z najsmutniejszych dni w historii Państwa Polskiego. nie wiem, czy jestem patriotką. ale wiem, że jestem zwykłym człowiekiem. Ci, Którzy Zginęli, oprócz piastowanych stanowisk też byli tylko ludźmi. kiedy dowiedziałam się, że Prezydent nie żyje, od razu pomyślałam o jego żonie, o tym, że jej bardzo współczuję. i może komuś wyda się to dziwne, ale ulżyło mi, kiedy okazało się, że ona zginęła razem z nim. najgorzej bowiem mają ci, którzy zostają...
zaczęłam z większą uwagą patrzeć pod nogi. ze zdumieniem stwierdzam, że jest to czynność pasjonująca. uwielbiam tworzyć w głowie nowe historie na podstawie tego, co widzę. a znalazłam już wsuwkę do włosów, dwa fleczki zgubione zapewne w pośpiechu przez jakąś kobietę, kawałek łańcuszka na szyję, 20 groszy, ziemniaka w pobliżu sklepu (i już mam gotowy scenariusz, skąd się tam wziął...) oraz buty. buty są dość powszechne, zaraz po pustych butelkach, zwłaszcza na łące obok mojego osiedla, która niebawem zostanie zrównana z ziemią i zamieniona w kolejną betonową oazę. ale to są wszystko oznaki życia. życia, które trzeba chwytać garściami, bo nigdy nie wiadomo, co komu pisane...
sobota, 10 kwietnia 2010
10.04.2010
kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że jesteśmy tylko pionkami na szachownicy wieczności...
[*]
piątek, 9 kwietnia 2010
o miłości nieidealnej
- Nie. Nawet ja nie chcę aż tyle. Chciałabym tylko móc zachowywać się jak zwykła egoistka. Prawdziwa egoistka. Na przykład mówię, że chcę ciastko biszkoptowe z truskawkami, ty rzucasz wszystko i biegniesz je kupić. Wracasz zziajany i podajesz mi je: "Proszę, Midori, oto ciastko z truskawkami", a wtedy ja mówię: "Nie mam już na nie ochoty" i wyrzucam je przez okno. Czegoś takiego potrzebuję.
- Zdaje mi się, że to nie ma żadnego związku z miłością- powiedziałem lekko zdumiony.
- Ma. Tylko ty tego nie wiesz. Są okresy w życiu dziewczyny, kiedy to jest nieprawdopodobnie ważne.
- Wyrzucanie przez okno ciastek z truskawkami?
- Tak. Chcę, żeby mój chłopak powiedział: "Zrozumiałem, Midori. myliłem się. Powinienem był się domyślić, że stracisz ochotę na to ciastko. Jestem głupi jak osioł i gruboskórny. W ramach przeprosin polecę jeszcze raz i kupię ci coś innego. Co byś chciała? Mus czekoladowy? A może sernik?"
- I co wtedy?
- Wtedy będę go kochać, bo na to zasłużył.
- Myślę, że to kompletny nonsens.
- A dla mnie to jest miłość. Mimo, że nikt tego nie rozumie- powiedziała Midori, lekko potrząsając głową opartą o moje ramię.- Dla pewnego rodzaju ludzi miłość zaczyna się od czegoś zupełnie drobnego, od głupstwa. Albo nie zaczyna się wcale.
H. Murakami- "Norwegian wood"
czwartek, 8 kwietnia 2010
wtorek, 6 kwietnia 2010
dzienne Polaków rozmowy ...
Starszy pan grzebie w koszu z damską bielizną, losuje sobie gatki z kwiatkiem i zadaje następujące pytanie:
ON: - Czy to będzie dobre?
JA:- To zależy, jakiego rozmiaru Pan poszukuje...
On wyciąga z kieszeni karteluszkę złożoną na dwa i na dwa i z trudnością odczytuje:
ON: No taki rozmiar eM A iX, made in... (myśli intensywnie) ... ci co ich tak dużo jest!
JA: Chińczycy...?
ON: Tak! em a iks, made in China! (czytane tak, jak się pisze)
JA: U nas nie ma oznaczenia rozmiaru: max...
ON: Ale czy to będzie dobre?
JA: Ciężko mi doradzić, jak nie wiem, na kogo ma być dobre...
ON: No jak na kogo? Na mnie!
***
Podchodzi do mnie Pani Rycząca Pięćdziesiątka i pyta, czy mamy biustonosze w rozmiarze 105 E.
JA: Niestety nie, u nas miseczka kończy się na rozmiarze C.
ONA: Niemożliwe, bo sobie w waszym sklepie u nas kupiłam! Taki sobie kupiłam!
Pani na środku sklepu przy innych klientach bez zastanowienia podnosi bluzkę i prezentuje mi swój obfity biust w rozmiarze 105 E odziany w jakąś czarną siatkę...
JA lekko zbita z tropu: A co to znaczy u nas?
Ona: No u nas, w NRD!
***
Do kasy podchodzi łysy pan w dresie, rzuca mi na ladę bluzę
JA: 69 złotych poproszę
ON zalotnie: A z czym się pani kojarzy liczba 69?
JA: Jest to iloraz inteligencji, od którego zaczyna się upośledzenie umysłowe...
niedziela, 4 kwietnia 2010
świąteczne feng - shui :)
czas refleksji i rozmyślań. też mi się z tej okazji coś odblokowało. jadąc samochodem miałam tyle głosów w głowie, że szkoda mi się zrobiło, że jeszcze nie ma możliwości nagrywania swoich myśli. bo zapisać nie zawsze jest jak, a to są czasem tak krótkie refleksy, że błysną i gasną niezapamiętane...
i tak sobie rozmyślałam nad skłonnością murakamiego do umieszczania studni w swoich książkach. może to hasło klucz? zastanawiałam się, jak to by było, gdyby zamiast siedzieć na dnie studni i nie móc się wydostać, można było przekierować siłę grawitacji w drugą stronę, tak aby wypychała na zewnątrz. i czy to by oznaczało, że chodzilibyśmy stopami po niebie, ciągnąc głową po ziemi? (with your feet on the air and your head on the ground...)
i o tym, jak wszystko się zmienia. jak przeszłość miesza się z teraźniejszością, przechodząc w przyszłość... o miejscach, które były, a już ich nie ma i o miejscach, których nie było, a są teraz. o tym, że jedynie za pomocą pamięci i aparatu fotograficznego możemy zatrzymać czas. o tym, że kiedyś gdzieś była dziewicza łąka, a teraz stoi osiedle betonowych wieżowców...
będąc na cmentarzu zatrzymałam na chwilę wybuchowe działanie hormonów, które atakowały przez cały dzień mój mózg. uspokoiłam się. zadumałam się na maleńkimi grobikami, z tłustymi aniołkami składającymi ręce do modlitwy, pilnującymi dzieci, którym było dane żyć tylko przez kilka dni. i nad kamiennymi tablicami na rodzinnych grobowcach, z których jedna była opatrzona imieniem i nazwiskiem, a druga czysta, jakby wciąż czekała na wyrycie na niej tego drugiego imienia... i nad tym, czy widnieje już tam jakaś niewidoczna data, czy już zostało gdzieś przez kogoś postanowione, jaka ona będzie...
myślałam też nad tym, jak się to dzieje, że czasem kilka razy spotkani ludzie mają na mnie lepszy wpływ niż ci teoretycznie najbliżsi , których widuję na co dzień. i nad tym, jak to działa, że z niektórymi osobami nie widzę się przez dwa lata i czujemy się, jakby minęła chwila, mamy o czym rozmawiać i jest to bardzo naturalne, a z innymi osobami nie mam wspólnych tematów i robię się sztywna w środku, jak zostajemy sam na sam i muszę udawać, że jest zajebiście, a w rzeczywistości mam ochotę uciec jak najdalej...
ze mną jest chyba coś nie tak. nie potrafię bez bólu żyć w tym świecie w sposób, w jaki się tego wymaga. wkurzają mnie normy społeczne, wkurza mnie to, że coś wypada zrobić, że jakoś należy się zachować... że trzeba się śmiać z głupawych dowcipów, aby kogoś nie urazić, że należy się ubrać w określony sposób, że nie można komuś w twarz powiedzieć, że jest irytujący... coraz bardziej odkrywam w sobie kocią naturę, mam coraz większą ochotę pójść swoją własną ścieżką, z której nie będę musiała schodzić, bo komuś nie podoba się mój kierunek, bo ktoś mi narzuca lub oczekuje, że pójdę szybszym lub wolniejszym tempem, albo zboczę tam, gdzie on chciałby mnie zabrać. boje się tylko samotności. ale czymże jest samotność w tłumie, jeśli nie moim zamglonym spojrzeniem na otaczający świat, do którego chyba już nie pasuję...? może lepsza jest samotność w pojedynkę, sama już nie wiem. na pewno nie jest tak smutna jak ta niesamotność udawana...
...bo brak wtedy negatywnego feng-shui.
i chuj :)
czwartek, 1 kwietnia 2010
nowy bakcyl?
coś mnie się zdaje, że go połknę niedługo... lomografia. "sztuka" improwizowana, nieprzewidywalna, odjechana. może to jest jakaś alternatywa dla idealnego, ostrego, równo wykadrowanego świata fotografii cyfrowej? powrót do korzeni czy profanacja? dla doświadczonych fotografików być może amatorszczyzna. mnie jednak zafascynowała. bez specjalistycznej wiedzy i bez zadęcia uzyskać można niezrównane efekty, być może w dużej mierze przypadkowe, ale za to niepowtarzalne. chropowatość i niedoskonałość fotografii wabi. do tego powrót do czasów dzieciństwa, kiedy to z zapartym tchem czekało się na wywołanie 36 zdjęć, z których kilka było prześwietlonych, gdzieś w rogu pojawiał się palec lub ktoś został pozbawiony głowy i nie było miejsca na pomyłki i powtórki, na kilka podejść do jednego tematu i wybieranie najlepszej opcji a usuwanie pozostałych. fotografia cyfrowa jest wygodna, użyteczna, ale nic nie zastąpi tego dreszczyku emocji, gdy odbiera się od fotografa kopertę z długo oczekiwanymi obrazami... jeżeli do tego obrazy te są na swój sposób magiczne i zniekształcone, czegóż chcieć więcej? czytając wiele lat temu "sklepy cynamonowe" miałam wrażenie, że oglądam świat przez kawałek brązowego, wygiętego szkła. patrząc na fotografie robione tą techniką mam podobne odczucia. rzeczywistość jest cudownie zdeformowana, przestaje być zwykła, nabiera nowego wymiaru... chcę go w sobie poszukać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























