wtorek, 24 maja 2011
siła kobiet
zostały resztki. ciężkie kartony. miało być tego mało. wbrew pozorom nie było. znów była ze mną. jak zawsze, kiedy Jej potrzebuję. wsparła mnie siłowo i emocjonalnie, kiedy przez przypadek natknęłam się na coś, czego myślałam, że już nigdy nie zobaczę. przeszłość stanęła mi przed oczami. zapadłam się w nią i rozbiłam na tysiąc kawałków.
muszę przestać dłubać w skórkach przy palcach i czytać tablice rejestracyjne, bo oszaleję.
taka jestem dzisiaj, że chyba mnie nie ma.
niedziela, 22 maja 2011
po pierwszej stronie lustra
odurzona słońcem, czerwonym winem i zapachem terpentyny wdycham świeże powietrze. przechadzam się leniwie brzegiem rzeki ścigana przez pożądliwe spojrzenia mężczyzn, omiatające moje spowite cienkim materiałem sukienki pośladki.
przystaję na moście. patrzę w dół. widzę na wodzie kręgi niepokojąco podobne do tych, które dziś sama tworzyłam na lustrze. przypomina mi to scenę sprzed jakiegoś czasu. wtedy też tak stałam wpatrzona w czarną toń, pragnąc żeby pochłonęła mnie razem z całym bólem.
odganiam wspomnienie tamtej nocy i ruszam dalej brodząc wśród wysokich traw rysujących moje łydki i nabierając piasku w sandały. szukam wzrokiem miejsca do kontemplacji. widzę zwalony pień drzewa ukryty w cieniu. mam ochotę przykryć się patchworkową narzutą uszytą z ostatnich skrawków słońca, więc idę dalej, w stronę czegoś bardziej cywilizowanego, co przypomina ławkę. okazuje się ona fatamorganą. konstrukcją ze stali i betonu stworzoną przez człowieka. nie chcę tam zostać.
siadam na ziemi i przytulam plecy do szorstkiej kory drzewa. patrzę w górę. niebo pocięte przez samoloty zasnuwają ciemniejące chmury. powoli gaśnie światło dnia dzisiejszego.
wdycham zapach lipy. tęsknię...
czas nie istnieje. jest tylko "tu" i "teraz"...
piątek, 20 maja 2011
podczas burzy
znów grzmi i błyska. dzwoniła właśnie rodzicielka ma, aby poinformować mię niefrasobliwie, jakoby jutro miał nastąpić koniec świata. o osiemnastej. i jeszcze o tym, że właśnie konsumuje chlebek z rzodkiewką. przynajmniej zdrowo się odżywia przed zagładą ludzkości. bardzo dobrze.
a ja żem zamarła w rozkroku między jednym miejscem zamieszkania a drugim i nijak się z tego szpagatu nie umiem podnieść. ale dam radę. zaparłam się. a upartam z natury. tyle, że motywacja mi siada. a potem wstaje. i przykuca z lekka czasami też.
no i jak ja mam się nie denerwować?! bo jak można zgubić telefon?! chociaż z ostatnich doświadczeń wiem, że można zapodziać nawet bardziej egzotyczne rzeczy... i nawet zła nie jestem na sprawcę. bardziej na sytuację, bo włochy daleko, a ja wyobraźnię bujną jako ten wijący się bluszcz posiadam.
ale nic to. może ten koniec świata nasz mały, atomowy światek łaskawie ominie. pójdę chyba umyć zęby. może milej mi się wtedy zrobi w sobie. i do sklepu może. coby w tej desperacji dzikiej trunek jaki nabyć, a następnie obalić. i po deszczu się przebiec. oczywiście sama! ...
czwartek, 19 maja 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)