wtorek, 30 listopada 2010

nowa gramatyka życia


z głuchym szczękiem zatrzaskuję za sobą kratę przeszłości. nie mam złudzeń. chodzę po komnatach wewnątrz siebie, zwiedzam ich mroczne zakamarki. schodzę do piwnic. nic. pajęczyny i pustka. nie dociera tam nawet mały promyk słońca.

moja fantasmagoria... emocjonalny fantom. uroiłam go sobie. ale on nie istnieje dla MNIE, w MOJEJ rzeczywistości. jedyne co mam, to fantomowe bóle...

uczę się nowej gramatyki życia. nieśmiało zaczynam funkcjonować w osobie pierwszej liczby pojedynczej.

piątek, 26 listopada 2010

o przyjaźni


Sted w swoich zeszytach podróżnych pisze:

"można mieć jednego przyjaciela i drugiego przyjaciela, ale ci przyjaciele nie muszą do siebie pasować, to znaczy uważać się też za przyjaciół."

zastanawiałam się kiedyś nad tym, jak to jest, że rozumiemy, lubimy się i jesteśmy kompatybilni z tak czasem od siebie (nawzajem) różnymi osobami. w zasadzie przecież powinno tak być, że skoro dogaduję się z tobą i tobą, to wy ze sobą też powinniście... i wysnułam na tę okoliczność teorię kolorów. kolor brązowy dobrze współgra z pomarańczem i tworzy ciekawe zestawienie z różem. róż i pomarańcz się gryzą. może o to chodzi? a co z brązem? czy to, że dopasowuje się do tak różnych barw świadczy o nim dobrze, bo taki elastyczny czy źle, bo taki nijaki? a może tu chodzi o to "wyzwalanie" poszczególnych warstw osobowości, różnych zachowań, zagrzebanych w odmętach pamięci tematów, które dawno pochowane, przy kimś nagle wypływają na światło dzienne...

a co z przyjaźnią między kobietą  a mężczyzną? jest możliwa...?

środa, 24 listopada 2010

"nikt cię nie zaskoczy, kiedy staniesz plecami do ściany"


starłam z rzęs resztki dnia. przykleiły się razem z pierwszym śniegiem. zima we mnie. coś w środku szepcze. wytężam słuch. zacięłam się w sobie. te same słowa. te same myśli. w dzień i w nocy. bez żadnego odpoczynku. próbuję sobie przypomnieć, co sprawia mi radość. wmawiam sobie, że mikstura z tych składników wypita jednym duszkiem zagłuszy ten głód.

dlaczego mam podrapane plecy...?


poniedziałek, 22 listopada 2010

powroty...


"...jak na przyzwoitego studenta przystało, poszłam na wykłady. a wykłady miałam z filozofii, no wiadomo, to jest nudne... i jak tak siedzieliśmy, to mi zaczęło w brzuchu burczeć i wszyscy koło mnie zaczęli się śmiać. a ten profesor, co to prowadził, myślał, że my się z niego śmiejemy! i się oburzył, że każdy ma prawo do swoich poglądów i nie możemy śmiać się z jego! no i ja po tym wykładzie do niego poszłam i mu mówię, że bardzo przepraszam, ale to nie z niego się śmialiśmy, tylko z tego, że mi w brzuchu burczało. a on, siedemdziesięcioletni dziadek, uczony, mnie tak objął i przytulił i powiedział, że on mnie rozumie, bo mu też burczało! i będę miała nowego znajomego na fejsbuka!"

to kolejna historia magdaleny, oczywiście. zdumiona, że tak jeszcze umiem, na chwilę odcięłam się od rzeczywistości i bałam się, że powrót będzie ciężki. dzięki magdalenie zderzenie z codziennością nie było takie złe :) a swoją drogą widzę, że tu się zaczyna powoli tworzyć Jej fanklub ;) no jest cudna, nie da się zaprzeczyć :) a ja, słuchając jej, jakoś nie mogę się powstrzymać, aby choć w tak nieudolny sposób nie przekazywać tego dalej. toż to się nie może zmarnować...

piątek, 19 listopada 2010

ratunku!


temat magdaleny powraca. nie sposób przejść obok niej obojętnie, sama o sobie mówi, że kochają ją tysiące, a nienawidzą miliony... i myślę, że coś w tym jest. ja osobiście ją uwielbiam i uważam za ewenement na skalę światową, a jak tak dalej pójdzie, to naprawdę jakaś nowela co najmniej powstanie... oto magdaleny monologów ciąg dalszy:

***
...jak miałam 6 lat to pozazdrościłam bratu, że jeździ na motorze, a miał takiego starego rometa, i poprosiłam go, żeby mi też pozwolił poprowadzić. a że nie miałam kasku, to założyłam taki górniczy. i dobrze, że go miałam, bo jak dojeżdżałam do bramy, to zamiast zahamować, to dodałam gazu i poleciałam na tą bramę i aż się tym motorem nakryłam...

***

...a pierwszą jazdę na kursie miałam nocą i z naprzeciwka jechał samochód i mnie te jego światła poraziły, to zamknęłam oczy... a na egzaminie miałam skręcić w lewo i ja miałam zielone a przechodnie też mieli zielone, no to ja jadę a oni mi wychodzą na pasy, prosto pod koła! tak gwałtownie zahamowałam, że aż egzaminatora w szybę wmontowało. jeszcze nie zdążył dojść do siebie, a ja go zagaduję: no widzi pan, ile ludzi? jak w chinach! i zdałam! ale jakbym nie dostała kartki z napisem "egzamin zdany pozytywnie" to do dziś bym nie wiedziała!

***

...a jak pojechałam do domu na święta, ale nie święta zmarłych, tylko te nasze, to kierowca autobusu mnie nie zabrał, bo się krzywo uśmiechnęłam. a miałam wtedy na rano do pracy, więc stwierdziłyśmy z koleżanką, że weźmiemy taksówkę z radomia do warszawy (!!!), w tym samochodzie tak telepało, no niby był w porządku, ale czegoś mu brakowało, a fajnie było, bo się przynajmniej wyspałam. za kurs zapłaciłyśmy 300 złotych, ale to na pół, to jeszcze nie tak źle wyszło... z warszawy miałyśmy pociąg do poznania o 20.20 a na dworzec dotarłyśmy 10 minut za późno! bo za wolno jechał! a następny pociąg o trzeciej rano. no to poszłyśmy do knajpy z kebabami. a tam był pakistańczyk, który robił tureckie kebaby, nielogiczne to, ale prawdziwe... a ja miałam dwa i pół kilograma cukierków marcepanków, które dostałam od wujka i go poczęstowałam, a on nam zrobił kawę za darmo!

***

...kiedyś jak też wracałam z domu autobusem, to kierowca był pijany. ja zasnęłam, więc nie czułam, że jedzie slalomem, ale się obudziłam, jak zaczęło szarpać, a ludzie krzyczeli: panie, zatrzymaj się pan, bo nas pozabijasz! ktoś krzyknął, że on jest pijany, a ja mówię: a może zmęczony, dajcie mu kawy! ale w końcu któryś z pasażerów zadzwonił po policję. kazali mu dmuchać w balonik a ja z ciekawości zapytałam, ile miał i wyszło coś koło promila! no to nie mógł dalej prowadzić, więc poszedł spać do autobusu. a my czekaliśmy na następny autobus w środku w jakimś hotelu na recepcji. ale przyszedł kierownik i powiedział, że jak nie wynajmujemy pokoju, to nie możemy tam zostać i musieliśmy czekać na dworze, a tak zimno było. w końcu przyjechał ten drugi autobus, a ja nie chciałam martwić rodziców tym pijanym kierowcą, więc im powiedziałam przez telefon, że autobus się zepsuł i wykrakałam! bo ten drugi, co nas zabrał, zaczął się palić! zatrzymaliśmy się w lesie, żeby zobaczyć, co się dzieje. kierowca coś sprawdzał, a ludzie grzyby zbierali...

***

...mój tata to jest taki krejzol! jak był młody to jeździł na motorze i laski wyrywał! mnóstwo ich miał podobno! ale kiedyś się z jedną umówił, a jej odpadł od bluzki guzik. bluzka była zielona i guzik też, a ona w pośpiechu przyszyła go czarną nitką. tata po nią przyjechał i jak zobaczył tę czarną nitkę, to się tak zdenerwował, że sobie pojechał i ją tam zostawił! i pomyśleć, że jakby ona sobie ten guzik zieloną nitką przyszyła, to mogłoby mnie na świecie nie być!

***

a u nas jest taki stary organista, co sobie lubi wypić. i kiedyś był pogrzeb babci mojej koleżanki, a on zamiast marsza pogrzebowego zaczął grać marsz weselny! koleżanka nie wytrzymała, idzie do niego i mówi: panie, co pan robisz?! przecież to pogrzeb mojej babci! a on jej na to: ja mam w dupie twoją babcię! ...

***

a kiedyś byłam u kolegi ze studiów i zostawiłam u niego parasolkę. no to chciałam po nią pojechać, ale nie mogłam trafić. on mi podał adres ale mi się pomylił numer bloku z numerem mieszkania i chodzę, szukam, nie ma! no to pytam jakąś staruszkę, gdzie blok 176 a ona stanęła, myśli, i w końcu mówi: ja tu tyle lat mieszkam, ale takiego bloku to nie znam... i się spóźniłam, ale ja zawsze przychodzę później, żeby zrobić wrażenie i wychodzę wcześniej, żeby wszyscy żałowali, że już mnie nie ma...

***

...a jak ktoś będzie taki wiesz, nudny, to możesz mu powiedzieć: ja to jestem na swojskich jajkach, a ty jesteś taki dziwny, bo jesteś na jajkach z biedronki! no, kurczaczki... (magdalena nie przeklina, w charakterze przerywnika pojawia się u niej tekst: no, kurczaczki...) a ten twój kolega to przeganiał kogoś, kto nas podsiadł a ja mu mówię: ty to jesteś taki twardy, jak chleb z biedronki! :)

***

zjeżdżamy z magdaleną na dół schodami ruchomymi, które są dosyć strome i wysokie, magdalena się zamyśliła i mówi: ja to jak jadę tymi schodami na dół, to się czuję jak taka gwiazda filmowa! bo w górę to już nie... aż na tych schodach usiadłam...



środa, 17 listopada 2010

o niepamięci


no... poszło. awariat nato znaczy. zajrzałam do swoich notatek w telefonie i aż się uśmiechłam :) bo połowy z nich nie rozumiem. mam taki zwyczaj, że jak coś mnie zaintryguje, zastanowi, to sobie zapisuję takie hasła do sprawdzenia na później. to później zwykle nie następuje lub następuje duuużo później. nastąpiło dziś. otóż (tu umieszczam duży dwukropek)

awariat nato, który mnie zbił z pantałyku okazał się być jakąś kapelą punkową, którą najprawdopodobniej gdzieś musiałam usłyszeć.

kolejny piękny termin: solpadeina :) sprawdziłam i nawet zdołałam sobie skojarzyć, skąd to wzięłam. moja kosmetyczka mi to kiedyś polecała jako lek na całe zło, a zwłaszcza na ból głowy...

albo Indra Sproge... a ta pani po wpisaniu w google mi się objawiła na facebooku. aczkolwiek pewna nie jestem, czy o tę Indrę chodziło... coś mi się po głowie kołacze, że znajoma na podstawie jej radosnej twórczości pisała pracę o liberaturze... ręki sobie uciąć nie dam, ale mogło tak być.

najbardziej mnie rozwalił enigmatyczny zapis o treści: 16161 pl aqua spar, który zawiera w sobie ni mniej ni więcej tylko przesłanie dotyczące modelu pralki:)

natomiast za diabła nie mogę dociec, kim może być alfred b. undgren :) jeżeli już google tego nie dźwiga, to ja tym bardziej nie wiem... :)

podobnie jest z numerami telefonów. sporej części osób w kontaktach zupełnie nie kojarzę, jakby ich sylwetki wyblakły na kliszy mojej pamięci.

ale to jeszcze nic, bo ostatnio zajrzałam do jednego ze swoich kajecików, w których zapisywałam kiedyś myśli nieposkromione i znalazłam coś takiego:


domniemuję, że to jakiś mój słowo- lub skojarzenio- tok, ale za boga nie wiem, o co mi chodziło... może to jakieś słowa- klucze miały być, cholera wie :)

to release me na końcu przywodzi mi na myśl tylko jedną rzecz: kawałek oh laura pod tym tytułem. kręte są meandry niepamięci...





wtorek, 16 listopada 2010

brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś...


cholera. zagrzebałam się w pościeli w krowy i nie mogę się ruszyć. sparaliżowało mi układ życiowy. zawsze się cieszę, kiedy mam dzień wolny, ale ostatnio zauważam, że chyba mi one nie służą.
nie chce mi się wyjść z łóżka.
nie chce mi się zrobić nic do jedzenia.
nie chce mi się posprzątać.
zmusiłam się do pójścia pod prysznic. jest progres:)
jedyne, co mi się chce, to spać. a po przebudzeniu chciałabym okazać się jakąś alternatywną wersją siebie.

strasznie to banalne, jak tak obiektywnie na to spojrzeć. wręcz chce się krzyknąć: nie dramatyzuj, rusz tyłek!
i wiem, że w końcu to wykonam. dziś jest tylko słabszy dzień. ale to minie, minie kiedyś.





a jak słucham grabażowego fałszu, od razu cieplej mi się robi na sercu :) więcej słońca, słońca mi potrzeba...

niedziela, 14 listopada 2010

magdalena


miałam do wyboru kilka cv, pośród których znalazłam magdalenę. już po rozmowie telefonicznej wiedziałam, że będzie śmiesznie. magdalena szczęśliwie przeszła rozmowę z królem julianem i została u nas zatrudniona. codziennie dostarcza mi wielkiej dawki rozrywki. jest po cholerze, gęba jej się nie zamyka, a ja jak ją widzę, to już z daleka się śmieję. dlaczego?

no choćby dziś. magdalena przychodzi do mnie i pyta:

- a jak zrobię sobie zamiast pół godziny piętnaście minut przerwy, to będę mogła wyjść wcześniej o tych piętnaście minut?
- teoretycznie tak. a gdzie ci się tak spieszy?
- bo ja taka niedospana jestem... a piętnaście minut to dużo czasu!
- a co robiłaś?
- a bo były u mnie koleżanki i odprowadziłam je na dworzec, a potem pomyliłam tramwaje. to znaczy wsiadłam do dobrego, tyle że jechał w przeciwnym kierunku... a potem to zrobiło się późno i musiałam nocnym wracać i zanim dojechałam do domu i położyłam się spać, to już musiałam wstawać
- a trzeźwa chociaż byłaś cholero?
- trzeźwa, trzeźwa. ja w ogóle nie piję, bo nie mogę. bo jakoś tak się potem dziwnie czuję. no, wiadomo, czasem jak wychodzimy gdzieś z ludźmi ze studiów, to coś tam wypiję, ale maksymalnie jedno piwo, bo więcej nie mogę. i piję przez dwie słomki. przez dwie, żeby było szybciej, a przez słomki, żeby było kulturalnie... i wtedy jeszcze więcej gadam, niż normalnie...
- matko świnto, to możliwe...?
- możliwe! a w ogóle to ja to mam po babci krysi, bo moja babcia też tyle gada. i jest artystką i pisze wiersze! a kiedyś był konkurs w szkole i babcia za mnie wiersz napisała i wygrałam i wszyscy myśleli, że ja taka utalentowana jestem! ale ja nie oszukiwałam! podpisałam ten wiersz tylko nazwiskiem, a babcia jest mamą mojego taty, więc nazywa się tak samo! no, a kiedyś jej powiedziałam, że z całej rodziny to do niej jestem najbardziej podobna, a ona na to: "oj wnusiu, żebyś ty jeszcze rządziła tak jak ja!"... a ona to jest taka, że czasem jej się nie chce odebrać telefonu. i kiedyś ten telefon dzwoni i dzwoni, a ja jej mówię, że ja odbiorę i powiem: "tu kancelaria hitlera!"

albo:

- ostatnio przyszedł klient i się kłócił, że powinien dostać rabat na skarpetki (mamy teraz rabaty na bieliznę). a ja mu tłumaczę, że skarpetki to nie bielizna. a on mi na to, że zależy jak na to spojrzeć. no to ja nie wytrzymałam, to było silniejsze ode mnie i mu odparowałam, że chyba raczej zależy od tego, gdzie je będzie nosił... a on się chwilę zastanowił i mnie pyta...oj nie, bo aż się wstydzę...czy ja mu sugeruję, żeby on te skarpetki założył na, za przeproszeniem, penisa??? no to ja musiałam jakoś wybrnąć i mówię mu, że nie i czy oglądał takie bajki, w których dzieci zakładały sobie skarpetki na uszy...?

ratunku!

jeszcze było coś o murzynie bez zęba, który pod starym kinem zaczepiał ją i jej koleżanki, a któremu nieopatrznie rzekła, że w tej ciemności zlewa jej się z otoczeniem...

aż się boję, co wymyśli jutro. jedno jest pewne: słuchając jej paplaniny nabieram w płuca dużo gazu rozweselającego...

'79


pierwsze cyfry w peselu. mój szczęśliwy numerek. poród pośladkowy. śmieję się, że już na wstępie pokazałam światu, gdzie go mam... od początku inaczej. ciężko się tak żyje.

"jesteś cyborgiem?"

możliwe. nawet do mojego języka zakradły się, nie wiadomo skąd, takie stwierdzenia, jak: rejestruję, generuję, jestem mniej lub bardziej kompatybilna.

mimo kuracji pomidorowej obcy we mnie jeszcze mocniej zacisnął supeł. oczywiście, że nie ma miłości.


sobota, 13 listopada 2010

przy torach


chłopcy sikali
dziewczynka czekała
teraz wracają ku niej rozjaśnieni




taki oto wiersz popełnił swego czasu Marcin Świetlicki. urzekł mnie nim bardzo. raz dlatego, że lubię patrzeć, jak chłopcy sikają (a zwierzeniem takim zwykle powoduję mieszane reakcje wśród...hmm, jak to nazwać w stronie biernej? :) będących zwierzanymi?) dwa, ponieważ owo "uczucie rozjaśnienia" po pozbyciu się zbędnego balastu jest, uważam, pięknym określeniem i pewnie sama bym na nie nie wpadła. trzy z powodu miejsca akcji. przy torach. 

tory wzbudzają we mnie specyficzne odczucia. są piękne, kiedy lśnią w słońcu. ich krzywizny zawierają w sobie niewiadomą. nie można przewidzieć, dokąd nas zaprowadzą. dlatego dla mnie są symbolem wolności. usłyszałam kiedyś antytezę w formie pytania: czym były tory dla ludzi wiezionych pociągami do obozów koncentracyjnych? faktycznie, daje do myślenia.

dla mnie jednak mimo to pozostaną kluczem do rozwiązania zagadki, czym jest wolność. z jednej strony iść środkiem torów i sprawdzić, gdzie skończą swój bieg. z drugiej usiąść przy torach i patrzeć na przejeżdżające pociągi. 

jest takie miejsce w mieście, z którego pochodzę, zwane (nomen omen) górką poznańską. tam kiedyś, w pierwszy dzień wiosny uciekliśmy całą klasą na wagary. siedzieliśmy w lesie i chwytaliśmy nieśmiałe promienie słońca. nazbierałam wtedy muszelek porzuconych przez ślimaki, aby móc później wyżyć się plastycznie robiąc z nich naszyjniki. taki flashback. uczucie wolności. jakiś dziadek, który mieszkał w lesie i przeszkadzały mu krzyki dzieciaków, wyskoczył na nas z siekierą, powodując popłoch i koniec imprezy :)

chciałam tam kiedyś wrócić. miałam wszystko, czego do szczęścia potrzeba: wymarzone towarzystwo i dobrą pogodę. pogubiliśmy się w tych chęchach. nie umiem już tam trafić. zawsze, kiedy wyjeżdżam od rodziców, spoglądam w tamtą stronę z okna pociągu. i tak sobie myślę, że może jeszcze kiedyś się uda. może gdzie indziej, może z kimś innym. posiedzieć i pogapić się na przejeżdżające pociągi...

czwartek, 11 listopada 2010

obcy


jest we mnie od dwóch tygodni. musiał zakraść się którejś nocy. obcy. rośnie i się rozpycha. początkowe uczucie, jakby ktoś zawiązał mi przełyk na supeł zostaje wyparte przez wrażenie, że ktoś przygniata mi klatkę piersiową nogą obutą w glana. czasami budzę się w środku nocy bo nie mogę oddychać. kurczowo trzymam się kołdry i usiłuję przypomnieć sobie, w jaki sposób łapie się powietrze. coraz bardziej boję się zasypiać.

wtorek, 2 listopada 2010

zabawy z ogniem


kolejny raz zadeptuję ten pożar. już nie staram się włożyć w ramy to, co niedefiniowalne. nie nazywam tego, o czym myślę tylko szeptem. dzisiaj jestem milcząca jak zdmuchnięta świeczka. nie chcę świecić odbitym światłem. już nie mam w oczach księżyców... pożar zażegnany. a jednak coś jeszcze się tli...