niedziela, 11 grudnia 2011

jingle bells


wczoraj na szybko zrobiłam sobie małą psychoanalizę. wyszło mi, że mam w sobie perforację, którą bardzo łatwo przedrzeć. naddarłam ją lekko niepotrzebnymi myślami. myśli wzięły się ze złych doświadczeń, z poharatanej kobiecości i niskiego poczucia własnej wartości. nie umiem żartować w pewnych kwestiach. mam upośledzoną sferę społeczną. brak mi dystansu. mam poczucie zagrożenia. żeby nie być czyimś utrapieniem kulę się w sobie. zwijam się do środka. jestem samoskręcającą się spiralą. wymyślam światy, które pewnie nie istnieją. milczę. 

chyba znów mimowolnie przygarnęłam obcego. pętla poniżej przełyku zaczyna się zaciskać. obawiam się też, że dzikie zwierzątko, wystukujące tylną nogą nerwowe rytmy w okolicach serca, powróciło z zimnych krajów.

a śniegu jak nie było, tak nie ma. jingle bells, jingle bells, jingle all the way...



czwartek, 8 grudnia 2011

buuuu


bym se popsioczyła, ale po co? niczego to nie zmieni. zacisnę zęby, jeszcze 2 tygodnie. święta przyjdą i pójdą. i znów będzie odrobina spokoju. może. na chwilę.

a tu? kwiaty w wazonie i śniadanie do łóżka. czego chcieć więcej... :)

sobota, 26 listopada 2011

porządki...?


chyba każdy proces twórczy jest nierozerwalnie związany z destrukcją. czasem lepiej zedrzeć farbę, niż zamalowywać nieudany fragment kolejną warstwą. nawet, jeśli ten moment boli i jest nieprzyjemny, ostatecznie prowadzi do oczyszczenia i ukojenia.

zastanawiam się, czy dojrzałam już, aby zajrzeć w głąb siebie i wymieść śmieci spod dywanu. może już czas zmierzyć się z własnymi cieniami?

póki co, zacznę od porządków w szafie... ;)

czwartek, 24 listopada 2011

drzemka


byłam szamanką, węzłem, od którego odchodziły cztery źródła mocy. jednym z nich był pies, który samowolnie wlazł do łóżka, zaczął lizać mnie po twarzy i piszczeć do ucha: "nuuudzi mi się, wstawaj!" :)


poniedziałek, 21 listopada 2011

refleksJa




dzisiejszego poranka rzeka zniknęła. w jej miejscu pojawiła się wielka, biała chmura, mgła tak gęsta, że można ją było kroić nożem. po bokach jedynie ciemne zarysy krzaków i drzew, a po jej parującej powierzchni ślizgał swój czarny brzuch lecący kruk. coś niesamowitego. miałam wrażenie, że jadę przez most podniebnym tramwajem.

a wieczorem pies wyciągnął mnie na dwór. lubię te nasze spacery. dzięki nim doświadczam ciągle nowych impresji. dziś po raz pierwszy stanęłam na granicy dwu pór roku. taka hybryda, zimsień. zima zatrzymała w sieni i czeka. już przebiera nogami z niecierpliwości. chce się wygodnie rozsiąść na fotelu w pokoju gościnnym. póki co zdjęła płaszcz i sypnęła z rękawa srebrnym brokatem na jesienne liście.

znalazłam między nimi refleks własnego Ja. 

sobota, 19 listopada 2011

zapach szczęścia



alfabetyczne bzdury na kolację. niespokojna noc. lęki i burza w głowie. bolący poranek. grzane wino przeciekające przez roztrzęsione palce.

jeszcze trochę wisi mgłą nad miastem. przechodzi. rozprasza się w świetle dziś odkrytej latarni. cień drogi donikąd i snop żółtego światła, które uwydatnia kolor dywanu z liści na chodniku.

świeczki i zdesperowany napój na bazie chmielu. drobinki pomelo pływające wannie. szorstki, psi język zlizujący z nóg resztki specyfiku z pomarańczową skórką w tle. ciepłe łóżko i lektura czekająca na penetrację. psychodeliczne lata 70. w eterze. dwie pary ciemnych oczu. tak dzisiaj brzmi zapach szczęścia.

środa, 16 listopada 2011

"jutro na śniadanie chcę omleta!"


leżąc w ciemności wpatrywałam się w ogniste refleksy rzucane przez świeczkę. dwie plamy ułożyły się w przednie lampy jadącego samochodu, miękki cień omiatał ścianę jak światło lustrującej teren latarki. bałam się tej wizji. pomyślałam, że być może widzę za ostro. że powinnam posłuchać głosu natury i choć na ten krótki czas wyjść spod błony korygującej wzrok. że wada wzroku jest dokładnie taka, jaka być powinna, żebym mogła ZOBACZYĆ...

... blaszki liści, ich szkielet, łodygi rozgałęziające się we wszystkie strony. gwiazdki śniegowe zadziwiające symetrią kryształów, z których powstały. wielobarwne, tęczowe warstwy światła tańczące w ciemności.

to był cudowny czas. odpoczęłam jak nigdy. uśmiałam się w wyobraźni wessana w sesję zdjęciową "w strojach z epoki rocococo albo inne barocco na temat: średniowieczna, schizofreniczna wizja (p)rusałki... i tak dalej". ty też jesteś moim ulubionym szkieletem... dziękuję ci za te dni :)

wtorek, 8 listopada 2011

bardzo tego nie lubię


chce mi się coś stworzyć. chyba skończyłam chrząszcza. boję się go ruszać, żeby nie przedobrzyć, jak to było z jaszczurkami. czytam nowego Murakamiego. pożeram go łapczywie z niepokojem obserwując malejącą ilość stron pozostałych do końca. im dalej jestem, tym bardziej mam ochotę nadać kształt tej bezładnej treści przelewającej się w mojej głowie. okiełznać ją. stworzyć historię, pociąć ją na skrawki i rozrzucić te kawałki łamigłówki. nadać jej nowy sens.

brak czasu.
brak weny.
brak siły.

jest mi zimno. bardzo tego nie lubię. nie znoszę też fałszywych ludzi, wścibskości i latających po domu moli. i jak boli mnie głowa. i jak brzęczy mi mucha, kiedy usiłuję zasnąć. i rozmawiać z kimś przez szybkę/okienko (np. bank, poczta itp.) i hip-hopu. i szukać czegoś w pośpiechu. śpieszyć się też nie lubię. i nie lubię nie lubić.

napisz w kilku zdaniach, czego ty nie lubisz. zrób sobie taką krótką analizę. czy tobie TEŻ tak trudno na poczekaniu przypomnieć sobie o wszystkich tych rzeczach, które doprowadzają cię do szewskiej pasji? rzeczach z tak wielu dziedzin, że łatwo jakąś pominąć. zastanawiam się, skąd ja wiem o sobie to, co wiem. i czego jeszcze nie wiem? jak dobrze siebie znam? może w ogóle? może stworzenie czegoś byłoby obrazem, z którego mogłabym dopiero siebie odczytać?

a ramę od obrazu najchętniej bym spaliła. żeby się ogrzać. zimno mi. bardzo tego nie lubię...


czwartek, 27 października 2011

gdzie jest mój sweterek?!


ponoć jestem zwierzątkiem, które ma w zwyczaju tworzenie tak zwanych "muld lumpowych". dowiedziałam się o tym przy okazji próby odnalezienia sweterka, którego to nigdzie namierzyć nie mogłam, a po przekopaniu zwały ciuchów na szafce, na kupie z praniem oraz na fotelu (czytaj najbardziej prawdopodobnych miejsc pobytu rzeczonego sweterka), wygłoszeniu monologu na temat ogólnie panującego bałaganu (którego sprawczynią jestem w pięćdziesięciu procentach, no może w trzydziestu trzech koma trzech , bo w końcu pies też robi swoje) oraz stworzeniu z mieszkania dzielnicy czerwonych latarni (z racji ilości zawezwanych kur...tyzan) okazało się, że sweterek najspokojniej na świecie leżał sobie w szafie, czyli tam, gdzie bym się go nigdy nie spodziewała...

osiem. taka ładna cyferka. oby położyła się na boczku i zmieniła w znak nieskończoności :) bo każdy dzień jest jak święto. wczorajszy był taki w szczególności, mimo że żadne z nas nie pamiętało, żeby go jakoś szczególnie uczcić. czciliśmy go po prostu. to się dzieje samo.

a propos rocznic wszelakich- minął rok od czasu, kiedy wszystko przestało być takie samo. a mianowicie odkąd poznałam Magdalenę :) w związku z tym uleciało z mej pamięci kilka sytuacji, w tym dzisiejsza...

porządkujemy okulary przeciwsłoneczne, nagle Magdalena mówi:
- o! mam takie okulary, tylko że czerwone. kupiłam we Włoszech u Murzyna. powiedział mi, że mam ładne buty, bo miałam takie białe i czyste, że się chyba rzucały w oczy. a Murzyn był ubrany na kolorowo i chciałam od niego kupić bębenek...

mój łokieć niefortunnie znalazł się na wysokości głowy Magdaleny:
- ty to byś czasem mogła trochę mięsa mieć na tym łokciu!

Magdalena uczyła się do sesji:
- siedziałam do rana i taka niewyspana jestem, a tu przecież trzeba iść do pracy i jakoś normalnie funkcjonować. i taka na mnie spłynęła refleksja: jak prostytutki sobie z tym radzą? no bo one przecież też po nocach nie śpią...

no i dziś:
- kurczaczki! gardło mnie boli, chyba będę musiała przestać mówić... o nie!!!

czwartek, 20 października 2011

czerwień




nie mogę przestać o tym myśleć. wciąż widzę swoje odrąbane ręce, które usiłuję zawinąć w papier (jak? skoro nie mam rąk?), spod którego wystają pomalowane krwistą czerwienią paznokcie...

i ta myśl: dlaczego to zrobiłam? dlaczego pozbyłam się swoich rąk? a może to się nie stało? może to BYŁ tylko sen? dlaczego znów się nie połapałam, że coś jest nie tak? ręce. senna symbolika. i znów nic.

odurzona zapachem lakieru do paznokci popijam czerwone wino. czerwień wylewa się z buteleczki z lakierem. czerwień wylewa się z mojej głowy. czerwień...

wtorek, 11 października 2011

nieletnio o lecie


zawitała na dobre. czaiła się pomału. udając, że to nie ona, kryła się pod postacią promieni słonecznych, prześwietlających coraz bardziej żółte liście. w końcu zrzuciła kamuflaż i śmieje nam się w twarz opluwając tysiącem kropli deszczu. jesień...

przeszukuję półki w swojej głowie, szukając śladów minionego lata. odkurzam myśli z pajęczyn niepamięci i wpuszczam w nie coraz więcej światła.

widzę łąki i lasy, wsie penetrowane na skuterku, odnalezionego na polu stracha na wróble. biegam boso po podwórku w zielonej tiulowej sukience otoczona rudą psią sforą. 

siedzimy na zwalonym pniu zagubieni gdzieś w borach tucholskich, z daleka od cywilizacji. wtuleni w śpiwory oglądamy gwiazdy. harcujemy obok namiotu rozstawionego na ziemi orków... w drodze powrotnej na chwilę staję się tirówką :) 

wracam do ukochanego miejsca z dzieciństwa. czuję pod stopami trawę i deski pomostu, we włosach wiatr a w sercu szczęście. w lesie przedzieram się przez pokrzywy. odnajduję przewróconą latrynę nacechowaną senną symboliką. płaczę z radości i wzruszenia tuląc do siebie małe kociaki.

łapiemy stopa do wrocławia. słuchamy szlagierów z lat 60. w samochodzie współczesnego polskiego kowboja. zgłębiamy uroki margarity. wylegujemy się na kanapie w graciarni. pijemy ciemnego kozła. pokątnie wynoszę książki z naszpikowanego igłami wrocławskiego baru. wchodzimy w magiczny świat salvadora dali. 

zagrzebuję się w piasku na pustej plaży, pływam półnaga w jeziorze, pozuję do sesji z pomarańczą :)

od czasu do czasu leniwie włóczymy się po mieście i knajpach. nad wartą odkrywamy kontenery.

wyruszamy na górskie szlaki. w dzień krążymy po czeskim skalnym mieście, a wieczorem podczas burz wracamy do namiotu. polska strona wita nas widokiem spadających z nieba motolotniarzy. w bieszczadach stajemy się ludźmi z mgły, rozgrzewamy się cytrynówką i ciepłem ognia, a stara przyczepa kempingowa na tych kilka dni staje się naszym domem...

z zamyślenia wyrywa mnie pies, wyraźnie chcący iść na dwór. zalewają mnie żółcie, pomarańcze i czerwienie. jesień w dalszym ciągu chichocząc pluje deszczem, a ja szeleszczę liśćmi, depczę żołędzie i uśmiecham się do chmur, mając świadomość, że gdzieś za nimi chowa się słońce. i tak uśmiechamy się do siebie- dwa rudzielce- jesień i ja.

pomaluję rzęsy na zielono i pomacham nimi na "do widzenia" odchodzącemu latu...

środa, 28 września 2011

placki ziemniaczane




przysunęłam sobie do okna fotel i zapatrzyłam się w dal. po co mi telewizor i zmasowany atak reklam? po co seriale o życiu zamiast jego kwintesencji? na co mi bełkot polityków i informacje o kolejnych wojnach, zamachach, wybuchach...?

moim oknem na świat jest... szyba, za którą rozgrywają się najpiękniejsze podniebne historie podsumowujące dzień. a był on momentami dziwny. bogaty w przeżycia i doświadczenia, mimo że pozornie zbyt wiele się nie wydarzyło. wsłuchałam się w siebie. kolekcja zapachów i innych wrażeń sensorycznych zgromadzonych na piętnastu piętrach każdego z czterech wieżowców porwała mnie w głąb czasu i zdarzeń przeszłych, przywołała dawno zapomniane obrazy, uruchomiła wyobraźnię.

zapach zupy w przedszkolu sprawił, że zobaczyłam małą dziewczynkę, stojącą nad zlewem w łazience, usiłującą połknąć ohydny płyn lugola. spod innych drzwi poczułam kruche, maszynkowe ciasteczka. przeniosły mnie one do pewnego domu, w którym ściany wyłożone były dywanami, a klapa od sedesu powleczona robioną na szydełku ociepliną. gdzieś poczułam świeże pranie. w tym samym momencie znalazłam się z mamą w suszarni, w której biegałam między wiszącymi na sznurkach ubraniami i chowałam się za schnącymi prześcieradłami, obserwując świat z perspektywy okienka piwnicznego. zapach gabinetu weterynaryjnego. zapach baniek mydlanych. zapach lakieru do drewna. odgłosy dalekich rozmów, jadącej windy, trzasku drzwi. słońce wpadające w sieć żółtej ściany z pleksiglasu. nie wiem już, które to piętro, skąd właśnie wróciłam i dokąd znów mnie za chwilę porwie. tysiące myśli i wspomnień.

czy to sen...?

a na obiad placki ziemniaczane przyprawione szczyptą curry i podlane zieloną herbatą. zamiast cukru rozpuściłam w niej czułość. drzewa gubią żółte liście. idzie jesień.

piątek, 16 września 2011

klub ss


zimne twarze. podoklejane rzęsy. sztuczne włosy. nagie pośladki i piersi. dumnie wypięte torsy. namalowane uśmiechy. fantomy realnych postaci  zamknięte w swoich światach. ich zdemontowane ręce nikogo nie przytulą.

dyskotekowy blichtr i przygodny szał ciał. samotność zakrzykiwana wściekłymi dźwiękami muzyki. alkoholowy trans. rozmazany makijaż.

plastikowy klub samotnych serc...






środa, 14 września 2011

po pełni popełniła...


jest dziś niesamowity. towarzyszył mi przez całą drogę do domu. przechodził z prawej strony na lewą, dublował się w szybie autobusu, nadawał do mnie morse'm. jego poczciwa, łysa głowa pochylała się nade mną.

a ja w zadumie zaglądałam ludziom w okna. zadziwiające, ile historii rozgrywa się za tymi żółtymi prostokątami. jadę. wodzę oczami za mijanymi obrazami. zbyt szybko się zmieniają. wyłapuję tylko szczegóły, które zlewają się w jedno świetliste wrażenie. zjawisko. tu lampa, tam żyrandol. zasłony jak kurtyna w teatrze. migające za nimi cienie. szafa. plakat na ścianie. zimne światło. ciepłe światło. mi się marzy czerwone.

czerwone, półsłodkie w szkle. zlizuję je z warg. usta winne czego...?


must be the season of the with...

ulatuję więc na swojej miotle w stronę niespełnionego. równie niespełniona... odliczam dni.

niedziela, 11 września 2011

na połoninach spokój...


wiatr we włosach, szmer strumieni i głos ciszy. cykanie świerszczy. zapach słońca i lasu. mleczny kokon. spacer w chmurach. deszcz. mgła. zieleń traw i rudość połonin. trzask palonych gałęzi i rozkoszne ciepło ognia.

zmęczenie, przyspieszony puls i ból mięśni. możliwość pobycia sam na sam z dudnieniem swojego serca.

złączone dłonie. nasze bieszczady. wrócimy tam jeszcze...?






















sobota, 27 sierpnia 2011

myśli nieposkładane


co łączy podartą taśmę magnetofonową, kasetę VHS i winylową płytę Dvoraka z dziewiątą symfonią? dwoje wariatów (w tym jeden płci żeńskiej w za dużych męskich klapkach i drugi, płci męskiej w odmiennym stanie percepcji) skradających się pod osłoną nocy przez trawy pokryte rosą do mostu św. rocha. dwoje wariatów z głowami nabitymi romantycznymi wizjami o możliwych treściach zawartych na tych analogowych nośnikach... dwoje wariatów angażujących znajomych w zdobycie sprzętu potrzebnego do odtworzenia obrazów i dźwięków...


leżąc w wannie stałam się bezwolnym manekinem. pustym w środku, ze zwiotczałymi rękami. nie mającym czucia w płucach, spanikowanym, że przestał umieć oddychać.

***

smutno mi. przykre jest to, że ktoś cierpi, by szczęśliwym mógł być ktoś. wiem, czym jest ból. wiem, jak chce się wyć i walić głową o ścianę. swoją prawie roztrzaskałam. ale warto było czekać. jestem szczęśliwa i zamierzam to szczęście chłonąć każdą komórką ciała, każdym skrawkiem umysłu, w każdej sekundzie, która jest mi dana...

***
dwoje wariatów poszło na spacer podczas burzy. było bardzo blisko, gorąco i głośno. i cudnie. jak zawsze.


niedziela, 21 sierpnia 2011

ech, to pech!


wszystko zaczęło się od brakującego elementu garderoby.

po pokonaniu drogi na przystanek i z przystanku, po przejechaniu połowy miasta, będąc już prawie w drzwiach pracy, w lewej stopie poczułam niejaki dyskomfort. natychmiast skojarzyłam ów fakt z ostatnim obrazem zakodowanym w domu, przedstawiającym moją skarpetkę leżącą na stoliku. pamiętam mgliście, że nawet mnie ten widok przez chwilę zastanowił, jako że wyciągałam przecież z bieliźniarki zawiniątko zawierające parę, ale jakoś tak bezrefleksyjnie pomyślało mi się wtedy, że może przez przypadek zaplątała się tam jakaś trzecia sztuka. swoją drogą uodporniłam się w ostatnim czasie na krajobraz z pojedynczymi skarpetkami w tle, jako że po pierwsze primo w tym lokalu mieszkaniowym grasuje skarpetkowy potwór, a po drugie primo często bywają tu stosowane tak zwane "patenty na skarpetki", o czym może kiedy indziej, albo lepiej w ogóle zachowam milczenie...

w pracy z radością odkryłam pozostawione tam wczoraj resztki grzanek czosnkowych i postanowiłam czem prędzej, po uprzednim podgrzaniu je spożyć. w tym samym momencie zamiarem moim stało się także wprowadzenie do ogólnie panującego chaosu choć namiastki pozytywnego feng-shui i wyrzucenie do śmietnika pustego słoika po kawie. skurczybyk nagle ożył mi w ręku, wyrwał się i z trzaskiem uderzył w podłogę. gdyby w tym momencie udało mi się go okiełznać, uniknęłabym zapewne tego, co się wydarzyło. słoik jednak odbił się od podłogi, spadł na nią raz jeszcze i roztrzaskał się w drobny mak. zaaferowana wydarzeniem pobiegłam po zestaw do usunięcia szkody. a grzanki się piekły...

po dziesięciu minutach w końcu sobie o nich przypomniałam. otworzyłam mikrofalówkę i w tym momencie w kuchni rozległ się upojny zapach spalenizny... wszystko działo się przed dziewiątą rano i stwierdziłam wtedy, że jeszcze cały dzień przede mną i przy takim starcie dla dobra swego i ludzkości raczej powinnam zaniechać działań wszelakich. niestety nie było to możliwe.

reszta służbowego czasu minęła w miarę spokojnie. po opuszczeniu przybytku niewoli udałam się na przystanek. jasną sprawą było dla mnie to, że słyszany z daleka tramwaj będzie moim. oczywiście się nie pomyliłam. co gorsza, gdy już dopadłam go w dzikim pędzie, on z lubością zamknął przede mną swe wrota i z majestatem odjechał w siną dal. wsiadłam w następny, którego trasa przez kilka przystanków pokrywała się z moją. tyle, że kiedy już przestała się pokrywać, pojazd skręcił, a ja oczywiście tego nie zarejestrowałam, tkwiąc zanurzona po czubek nosa w lekturze. jako, że uprowadzona zostałam na trasę nie zawartą w bilecie liniowym, brakowało tylko, żeby dorwały mnie kanary. nadrobiłam kawał drogi, a gdy już docierałam, gdzie trzeba i ucieszona zauważyłam kolejny tramwaj, przyblokowały mnie czerwone światła na przejściu i znów nie zdążyłam...

do domu dobiłam na raty, czterema tramwajami i trochę  na nogach, z których tylko jedna odziana była w skarpetkę.

w ostatniej chwili udało mi się złapać windę, którą już odjeżdżał pan roznoszący pizzę. zostałam nakarmiona i przytulona. dotleniona na spacerze z psem. a na końcu biały kot przebiegł mi drogę. wiszące nade mną od samego rana fatum w końcu spadło i skręciło sobie łeb.

jutro nie muszę nic. nadchodzi noc. pewnie znów będę spać w środku i czuć ciepło z obu stron. oto kwintesencja szczęścia. i niestraszny mi żaden pech!!! :):):)

sobota, 13 sierpnia 2011

impresje piątkowe


powietrze wypełnione balonami z uwięzioną parą wodną. napięcie. pierwszy grzmot. rozgniewane niebo. mokra skóra. mokre włosy. mokre rzęsy. rozpłaszczone krople wody na pleksiglasowym dachu przystanku. duszność i ocieranie obcych ciał w tramwaju. poczucie dyskomfortu uciszane wsłuchiwaniem się w przypadkowe rozmowy. nieznani sobie pan i pani mizdrzą się do siebie. ona tapirowany blond, wróciła  właśnie z sanatorium a jako dzwonek telefonu ma ustawione "bailando". on z pokaźnym wąsem i obrączką na serdecznym palcu najwyraźniej w owym "bailando" pławi swój muzyczny gust. "mówię do widzenia, choć chętniej powiedziałbym dobranoc, a nawet dzień dobry".

drobna refleksja na temat zmienności zdarzeń i biegu rzeczy. bywa. podobno jedyne, co w życiu pewne, to zmiany. czy boli? bardziej ćmi- niby nic takiego, a jednak dokucza...

idę z psem na spacer. on zmysłem węchu obserwuje trawę, ja zmysłem wzroku wyczuwam zachmurzony księżyc. wczoraj była pełnia. wciąż czuć jej oddech. wracamy. ślady psich łap na kanapie. ich właściciel leży na moich porozrzucanych snach. jeden jest o zjeżdżaniu na brzuchu z ośnieżonej górki, oswajaniu wiewiórki i mrożonych truskawkach.

szklane jaszczury zbyt długo ślizgają się po gładkiej, lustrzanej powierzchni. ich zemstą za tę niedogodność była krwawiąca szrama na ukochanym przedramieniu. wtapiam je pomiędzy wyimaginowane liście pachiry. wypełniam je życiem w kolorze zielonym. do mokrej jeszcze powierzchni przykleja się muszka. zdmuchuję ją na podłogę.

sięgam do lodówki po chłodny smak Czech.

uśmiecham się na myśl o nadchodzącej nocy. kształt mojego podbródka został wyrzeźbiony tak, aby pasował do kształtu łopatki powleczonej aksamitną skórą. czekam na moment, kiedy te dwa puzzle stworzą kolejną nocną  historię...

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

z dialogów przed zaśnięciem


- umyłeś się?
- w jakim sensie?
- no, czy byłeś pod prysznicem?
- nie, umyłem tylko zęby i ręce.
- a ja umyłam nawet nogi!
- no widzisz: ja umyłem zęby i ręce, ty umyłaś nogi i pewnie zęby- to już prawie cały człowiek!
- taaa, człowiek składa się z rąk, nóg i zębów...

(chwila milczenia, trybiki pracują)

- ale moja droga, jakby nie patrzeć, to nogi zawsze łączą się z dupą, więc skoro umyliśmy nogi...

ratunku! :)

niedziela, 7 sierpnia 2011

o lękach odważne dywagacje


wczoraj cofnęłam się w czasie. znów miałam cztery lata i byłam przerażonym dzieckiem, które spadło ze stromych, drewnianych schodów w domu babci. znów nie byłam w stanie zapanować nad strachem i zamiast iść w pionie na roztrzęsionych nogach, poddałam się regresowi i wróciłam do pozycji naszych pierwotnych przodków.

gdybym wiedziała, jaką trasę sobie wybraliśmy, w życiu bym tam nie poszła... strome zbocza, drewniane deseczki tworzące prowizoryczne schody z prześwitami. w górę i w dół. sama nie wiem, co gorsze... powstrzymywany atak paniki, poczucie uwięzienia w środku, świadomość tego, że nie ma już odwrotu. pewnie dlatego poszłam dalej.

całe życie się czegoś boję. a jednocześnie jestem spragniona nowych doświadczeń. rzadko z wyboru podejmuję wyzwania. jednak często okazuje się, że jeśli los postawi je przede mną, jakoś, może obiektywnie patrząc dziwnie i na swój pokrętny sposób, ale jednak- daję radę. i mam potem dużą radochę, że nie do końca dałam się strawić swojemu lękowi.

ktoś kiedyś chyba zaszczepił mi niskie poczucie własnej wartości. może to dobrze, bo dzięki temu bardziej cieszę się wygraną w walce z samą sobą.

a Góry Stołowe pikne są, że hej! :)



sobota, 30 lipca 2011

myślałam...


...że jak tu sobie przycupnę i wyleję emocje razem z wodą z nosa, to coś pomoże. ale nawet nie wiem, co mam napisać. takie banały, że nie przypuszczałabym nigdy, że mały stworek może dać tyle radości? że pokochałam to małe, włochate zwierzątko? że było ze mną, kiedy było mi naprawdę bardzo źle i że być może dzięki niemu nie zwariowałam mroźną, samotną, zimową porą? że był czas, że tylko dla niej zwlekałam się z łóżka? że tylko ona trzymała mnie do kupy, bo wiedziałam, że nie miałby się kto nią zaopiekować, gdybym przestała chcieć ...?

maleńka moja.

tak tu pusto.

piątek, 15 lipca 2011

piątek piętnastego


a najśmieszniejsze jest to, że wcale mi nie przechodzi :)

dawno nie było mi tak dobrze.

50 tequilli
30 likieru pomarańczowego
20 soku z cytryny
wymieszać w shakerze, uzupełnić sprite'm



takie bezeceństwa w biały dzień! zdemontowaliśmy meble z wystawki i ukradliśmy dwa wąskie acz duże lustra.
najbardziej ucieszył się z nich Sajmon. bawił się ze swoim odbiciem i dawał sobie buzi. uwieczniłam ten moment.
będę malować. już mam wizję. i bardzo się cieszę, tak ogólnożyciowo.

nawet mnie teraz bawi to, że jechałam dziś ponad godzinę do pracy. bo rozkopy i remonty. i tramwaj nr 17 od któregoś momentu na trasie zmienia się w tramwaj nr 1. zakleja se tą siódemkę plastrem i starą gazetą, czy jak?

i mam olbrzymią ochotę raz jeszcze stać się szafą pełną brudnych okularów. pamiętam moment, w którym do niej weszłam i zatraciłam się na amen.


23. 26
idę do łóżka :)

sobota, 9 lipca 2011

:)

 co ja tu robię o prawie drugiej w nocy? słucham francuskiej piosenki (o żurze), drapię się po prawym łokciu, zastanawiam się, co tym razem zżera Sajmon i myślę o plackach ziemniaczanych. udało mi się jakimś cudem zdjąć z palca drewniany pierścionek. ewidentnie pachniał mi plackami. czem prędzej założyłam go z powrotem, co by nie został skonsumowany. niezdrowo bowiem (tak się mnie przynajmniej wydaje) jest pożerać drewno w środku nocy. być może, że bardziej cywilizowana pora bardziej służyłaby wyżej wspomnianemu procederowi.

o. jakaś muszka tu lata. albo łazi.w dół głównie podąża.

w zasadzie to ja jednakowoż może udam się na spoczynek. miałam jeszcze usmażyć kotlety, ale nie będę już zakłócać ciszy nocnej.

cieszę się, że to wino już się skończyło. idę do łóżka. i już na samą myśl o tym się uśmiecham.

dobrze jest być szczęśliwą :)

niedziela, 3 lipca 2011

po


uwielbiam patrzeć na horyzont, poruszany twoim oddechem, z poszarpaną trawą morską linią brzegową ramienia, rysujący się na tle jaskrawego okna...

sobota, 2 lipca 2011

bydgoskie retrospekcje



a propos ostatniego wpisu i okoliczności przyrody, w których powstała pierwotna wersja Projekttora, przypomniał mi się pobyt w Bydgoszczy, do której jakiś czas temu pojechałam służbowo.


 z reguły nie cierpię wyjeżdżać. kocham podróże, ale nie te związane z pracą, rozłąką z bliskimi, niechcianą i przymusową integracją z zupełnie obcymi osobami.


jest jednak jeden aspekt takich podróży, z którego czerpię wielką radość: kocham być w nieznanym mieście i zgłębiać jego, często na pierwszy rzut oka niewidoczne, uroki.


uwielbiam snuć się po uliczkach, w których zwykle nie błąkają turyści, zaglądać do podwórkowych bram, chodzić po starych, mrocznych kamienicach, chłonąć atmosferę nowych miejsc.


zatapiam się wtedy w innym wymiarze, czas zwalnia swój puls, a ja na chwilę wchodzę do innego świata, słucham skrzypienia drewnianych schodów pod stopami, odgłosów ulicy, łapię na twarz rozleniwione słońce.


zatracam się w błądzeniu. lubię się zgubić w obcym mieście i nie wiedzieć, gdzie jestem. lubię odkrywać dziwne miejsca, na które prawdopodobnie ich codzienni bywalcy nie zwracają uwagi.


podziwiam architekturę.


patrzę na rzeczywistość przez zupełnie inne filtry.


odnajduję starą, zamkniętą w metalowej  klatce windę...


...z wielkim lustrem i witrażami,


która zabiera mnie w magiczną podróż przez kolejne poziomy bez poczucia realności.


trafiam na most, na którym nowożeńcy zakładają kłódki na znak wiecznej miłości.


zachwycam się pięknem starego młyna, który stoi opuszczony i bardzo żałuję, że nie mam możliwości wniknięcia wewnątrz i spenetrowania jego mrocznych zakamarków...

w każdym mieście, nawet powszechnie uznawanym za brzydkie, można odnaleźć coś cudownego. wystarczy dobrze popatrzeć...

czwartek, 30 czerwca 2011

anatom przedstawia




wracałam z delegacji. za oknem przewalało się coś szalonego, podobnego z lekka do tornada. położyłam się na ławce w pociągu i z lubością obserwowałam to, co uwielbiam: tańczące na wysokości wzroku druty. postanowiłam je uwiecznić, ale niestety sprzęt zakończył swoją doraźną żywotność i się wyłączył. coś jednak udało się zarejestrować. reszta to czysta abstrakcja. fajnie jest tworzyć coś razem :)

ps. a zaraz po tym, jak wysiadł sprzęt, dosiadł się do mnie niejaki Jarosław z Wilna, masażysta, który koniecznie chciał złożyć swe ręce, które leczą w różnych rejonach mojego ciała celem jego relaksacji. następnie wymyślił sobie, że będę jego przewodnikiem po poznaniu, z racji tego, że ma parę godzin do przesiadki na następny pociąg. potem usilnie acz bezskutecznie częstował mnie na wpół rozpuszczonymi czekoladkami (z nadzieniem alkoholowo-wiśniowym). nie pobiłam go tylko dlatego, że mamusia mnie zbyt dobrze wychowała. natomiast gdyby wzrok mógł zabijać Jarosław już dawno leżałby martwy.

...a spojrzenie musiałam mieć srogie, sądząc po popłochu na twarzy Tego, Który Czekał. na jego widok przeszło mi natentychmiast, a różowy gerber nieśmiało trzymany przezeń w dłoni całkowicie mnie spacyfikował.

środa, 29 czerwca 2011

chmiel & magnolia


siedzę w wannie i sączę piwo. spieniony płyn spływa mi  po brodzie, szyi i piersiach aż do pępka. pławię się w nim. rozleniwione zmysły bezwolnie wyłapują zapach magnolii. łydki obmywa ciepła woda. kontempluję plamkę pieprzyka nad kolanem.

z zamyślenia wyrywa mnie widok drugiego szkła z piwem. poziom wody w wannie nieznacznie się podnosi i robi się ciaśniej. czuję znajomą miękkość pośladków pod stopami. delikatne palce gładzą moje plecy. ogarnia mnie błogość.

zaczynam zmieniać się w modliszkę, jednak tym, co mam ochotę odgryźć, bynajmniej nie jest głowa…
cała zanurzam się w wodzie. postanawiam pomalować paznokcie.

może na czerwono…?

sobota, 18 czerwca 2011

była sobie żaba...




żaba wędrowniczka. nabyta drogą kupna zamieszkała z nami. początkowo przyozdabiała malutką metalową doniczkę z papryczkami chilli, ale ta została zamieniona na większą, ceramiczną i żaba nie miała jak się jej złapać. sekretem żaby jest bowiem to, że utrzymuje się jedynie w miejscach, które zdołają przyciągnąć do siebie jej magnetyczny brzuszek :)

żaba zamieszkała zatem w łazience. ilekroć do niej zaglądałam, znajdowała się w innym miejscu niż to, w którym ją ostatnio umieściłam. i tak oto z szafki nad zlewem przeskakiwała kolejno na rury ogrzewające łazienkę, framugę od drzwi, lampę nad kibelkiem, pralkę, a ostatnio w akcie desperacji osunęła się była na nogę od wanny, jako że było to ostatnie miejsce lubiące jej brzuch.

dziś znalazłam ją na lodówce. lodówka nie stoi w łazience. żaba wędrowniczka z powodu braku metalowych przedmiotów, których mogłaby się złapać, wyniosła się do kuchni. pomogłam jej się przemieścić dalej. jutro pewnie pomacha mi łapką z innej lokalizacji. taka to już z niej żaba :)

wtorek, 24 maja 2011

siła kobiet


zostały resztki. ciężkie kartony. miało być tego mało. wbrew pozorom nie było. znów była ze mną. jak zawsze, kiedy Jej potrzebuję. wsparła mnie siłowo i emocjonalnie, kiedy przez przypadek natknęłam się na coś, czego myślałam, że już nigdy nie zobaczę. przeszłość stanęła mi przed oczami. zapadłam się w nią i rozbiłam  na tysiąc kawałków.

muszę przestać dłubać w skórkach przy palcach i czytać tablice rejestracyjne, bo oszaleję.

taka jestem dzisiaj, że chyba mnie nie ma.



niedziela, 22 maja 2011

po pierwszej stronie lustra


odurzona słońcem, czerwonym winem i zapachem terpentyny wdycham świeże powietrze. przechadzam się leniwie brzegiem rzeki ścigana przez pożądliwe spojrzenia mężczyzn, omiatające moje spowite cienkim materiałem sukienki pośladki.

przystaję na moście. patrzę w dół. widzę na wodzie kręgi niepokojąco podobne do tych, które dziś sama tworzyłam na lustrze. przypomina mi to scenę sprzed jakiegoś czasu. wtedy też  tak stałam wpatrzona w czarną toń, pragnąc żeby pochłonęła mnie razem z całym bólem.

odganiam wspomnienie tamtej nocy i ruszam dalej brodząc wśród wysokich traw rysujących moje łydki i nabierając piasku w sandały. szukam wzrokiem miejsca do kontemplacji. widzę zwalony pień drzewa ukryty w cieniu. mam ochotę przykryć się patchworkową narzutą uszytą z ostatnich skrawków słońca, więc idę dalej, w stronę czegoś bardziej cywilizowanego, co przypomina ławkę. okazuje się ona fatamorganą. konstrukcją ze stali i betonu stworzoną przez człowieka. nie chcę tam zostać.

siadam na ziemi i przytulam plecy do szorstkiej kory drzewa. patrzę w górę. niebo pocięte przez samoloty zasnuwają ciemniejące chmury. powoli gaśnie światło dnia dzisiejszego.

wdycham zapach lipy. tęsknię...


czas nie istnieje. jest tylko "tu" i "teraz"...

piątek, 20 maja 2011

podczas burzy



znów grzmi i błyska. dzwoniła właśnie rodzicielka ma, aby poinformować mię niefrasobliwie, jakoby jutro miał nastąpić koniec świata. o osiemnastej. i jeszcze o tym, że właśnie konsumuje chlebek z rzodkiewką. przynajmniej zdrowo się odżywia przed zagładą ludzkości. bardzo dobrze.

a ja żem zamarła w rozkroku między jednym miejscem zamieszkania a drugim i nijak się z tego szpagatu nie umiem podnieść. ale dam radę. zaparłam się. a upartam z natury. tyle, że motywacja mi siada. a potem wstaje. i przykuca z lekka czasami też.

no i jak ja mam się nie denerwować?! bo jak można zgubić telefon?! chociaż z ostatnich doświadczeń wiem, że można zapodziać nawet bardziej egzotyczne rzeczy... i nawet zła nie jestem na sprawcę. bardziej na sytuację, bo włochy daleko, a ja wyobraźnię bujną jako ten wijący się bluszcz posiadam.

ale nic to. może ten koniec świata nasz mały, atomowy światek łaskawie ominie. pójdę chyba umyć zęby. może milej mi się wtedy zrobi w sobie. i do sklepu może. coby w tej desperacji dzikiej trunek jaki nabyć, a następnie obalić. i po deszczu się przebiec. oczywiście sama! ...


czwartek, 19 maja 2011

prezent :)




z albertynką na ramieniu i burzą za oknem. samotnie...


środa, 27 kwietnia 2011

zadyma





Różane kadzidełko. Żar, zapach, dym. Niewielkie obłoczki - od źródła do nieskończoności. Sinusoidy dymu, esy - floresy, zygzaki, kłębiące się, załamujące, rozwarstwione linie. Wiatr je porywa w górę, ulatują przez uchylony lufcik okna, tańcząc zalotnie wydostają się z pokoju, szybują do nieba, w przestrzeń kosmiczną. Rozmywają się po drodze, ale nie giną. Zapachem śpiewnych różanych ogrodów opowiadają swą historię. Odwieczne zjawisko dyfuzji. Ból głowy...

czerwiec 2003 ...zanim zawalił się świat

wtorek, 19 kwietnia 2011

wewnątrz


przed wejściem do tego ogrodu byłam już wiele razy. nieśmiało spod rzęs spoglądałam na jego ogrodzenie, zastanawiając się w duchu, jak je przekroczyć. nie potrafiłam się przemóc i zapytać o wskazówkę. nie wiedziałam, gdzie szukać wejścia. nie chciałam się wdzierać do środka nieproszona.

nigdy nie zapomnę tej nocy, kiedy zrezygnowana stanęłam w końcu przed jego furtką, a ona z cichym skrzypnięciem otworzyła się przede mną. stało się to, na co tak długo czekałam. zostałam wciągnięta do środka i dałam się ponieść panującej wewnątrz magii.

oszołomiona kolorami i zapachami oddycham głębiej. w cieple słońca rozpraszam energię. mrucząc cicho kąpię się w strumieniu. zlizuję z liści krople rosy. poleguję na miękkiej trawie. nocą zadzieram głowę i przyglądam się niebu. dla śmiechu podejmuję próby policzenia gwiazd. niewyspana ze szczęścia rano piorę skrawki snów. jak białe prześcieradła wieszam je na sznurku rozwieszonym między pniami drzew. strząsam z rąk tęsknotę.

czasem zdarza mi się zapuścić w nieznane rejony. bywa, że gubię drogę w labiryncie z ostrokrzewu. moje stopy zaplątują się w wystające z ziemi pnącza. drogę zachodzą mi chaszcze. drżę ze strachu. żeby się nie bać kładę się w pozycji embrionalnej i zamykam oczy. 

każdy ogród ma swoje mroczne zakamarki. nie moją rolą jest oswajać to, co dzikie. nie moim prawem jest karczować to, co rosło w nim od zawsze. 

mogę stanąć z boku i przyglądać się tym niedostępnym terenom lub któregoś dnia schylić głowę i powoli zacząć przedzierać się przez zarośla, uważając, aby się zanadto nie podrapać i nie zgubić drogi powrotnej.

czwartek, 14 kwietnia 2011

tryp- pstryk








tak objawia się u mnie parcie na szkło...  ;)

wtorek, 12 kwietnia 2011

opowieść o błaźnie i pożarze



- ja przyszłam z reklamacją!
- słucham panią
- materiał spodni jest do niczego! dziury mi się robią! o! o! niech pani patrzy!!! ja pani mogę to podrzeć, jak pani tylko chce!
- ale ja wcale nie chcę, żeby pani to darła...


po raz kolejny dochodzę do wniosku, że gatunek ludzki hurtowo jest nieposkromiony i nieprzewidywalny. straszny jest momentami. aż nadto mam go dzisiaj. o tym, jak na ludzi działa słowo "rabat", można by książkę napisać. nie wątpię zresztą, że już niejedna takowa powstała :) mogłabym dołożyć do niej parę spostrzeżeń. 


kiedyś dzikie tłumy przy kasie, a w eterze komunikat o ewakuacji. wszyscy słyszą, nikt nie reaguje. bo przecież oni muszą zakupy zrobić, drugi raz w tej kolejce stać nie będą. bez tych szmat stąd nie wyjdą. a to na pewno jakaś ściema jest. wylecą w powietrze i się spalą trzymając w zębach torby z zakupami, z których już nigdy nie przyjdzie im skorzystać.


przypomniała mi się przy tej okazji opowieść Sørena Kierkegaarda o błaźnie i pożarze. 


„Zdarzyło się w pewnym teatrze, że wybuchł pożar za kulisami. Pajac wyszedł przed kurtynę, aby powiadomić o tym publiczność. Myślano, że to żart, i klaskano w dłonie; pajac powtórzył wiadomość; bawiono się jeszcze bardziej. Tak właśnie myślę – koniec świata nastąpi przy ogólnym śmiechu i oklaskach dowcipnisiów, którzy będą myśleli, że to żarty”. 


i tym optymistycznym akcentem o północnej godzinie się udobranocniam, bo na twarz padam...

środa, 30 marca 2011

truskawka i groszek, czyli anatomia słów


- nie lubię aniołów
- dlaczego?
- bo śmierdzi, jak im się skrzydła opala

                            ***

- śniłaś mi się dzisiaj, byłaś Chinką
- i co robiłam?
- leżałaś przy ognisku
- po chińsku?
- nie, na wznak


                      
                            ***

- ja pierdolę, a jak by się okazało, że te karty się rzuca i to się dzieje...?!
- co???
- wszystko...

                            ***

-... ona się nazywa Ida Delf
- to ta, co pojechała do sanatorium?
- nie, ona jest cały czas w ogrodzie i zbiera świeżą miętę do ciasta wiśniowo- miętowego. nie ma takiego ciasta? to będzie, ja ci to mówię...

                            ***

- jakiś róg mi rośnie na prawym brzegu czoła
- i co? drugi ci urośnie, czy będziesz unicornem?
- czym?
- no jednorożcem. on się unicorn nazywa. uni od jednego...
- ...a corn od kukurydzy...

piątek, 18 marca 2011

anachrom *


podobno punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. może dlatego już na wstępie pojawia się spirala przywodząca na myśl źrenicę, a w niej krąży jak zły duch krzesło: umowny punkt obserwacyjny.

zostaję sprowadzona do poziomu drosophila melanogaster. widzę świat jak owady: dziesiątki małych oczek  rejestrują rzeczywistość pod różnymi kątami, układając ją w spójną, trójwymiarową mozaikę. czasem jadąc tramwajem oklejonym z zewnątrz reklamami, oglądam świat przez pojedyncze piksele ich struktury i odnoszę wrażenie bycia muchą. natrętną, bzyczącą, brudną. uwalaną w łajnie.

ciekawski z natury człowiek rozbiera codzienność na czynniki pierwsze, obserwuje, bada, analizuje. ogranicza wszystko do suchych danych, wykresów, systemu binarnego. wydziera naturze jej tajemnice. zagląda do łona matki, wkłada wszędzie swoje brudne paluchy, penetruje.

a tymczasem sam może znajdować się pod czyimś mikroskopem. zastanawiasz się czasem, czyje oko na ciebie patrzy? pomijając nasilającą się "permanentną inwigilację" człowieka przez człowieka, kto wie, pod czyją jeszcze obserwacją się znajdujemy? a co się stanie, jeśli ten ktoś przez nieuwagę strąci i zbije fiolkę z podpisem: ziemia?

* nieudolność interpretacji polega na tym, że mając swój własny filtr rzeczywistości, nie da się w stu procentach ocenić, "co autor miał na myśli". z drugiej strony to właśnie jest w sztuce najpiękniejsze, że każdy może ją odebrać na swój niepowtarzalny sposób. a anachrom jest szTuką przez wielkie T. 


zainteresowanych odsyłam do oryginału:
 http://www.youtube.com/user/salvadordiv#p/a/u/1/wvOriK7UsFw

czwartek, 17 marca 2011

galeria osobliwości



samotność

odbicie

drzwi donikąd

opuszczone schronienie

żeliwne spojrzenie

kontrasty