sobota, 15 lutego 2014

always look on the bright side of life...


znajoma ciężarówka ze szpitala dzwoni do męża:
- ... i przywieź mi jeszcze gumy, ale do żucia!

tę samą pytam o płeć malucha, którego w sobie nosi:
- a ty masz chłopaka?
- nie, męża!

również ona podczas obchodu słyszy nagle od lekarza:
- a pani ma zakażenie płodu tak?
ona z nerwów blada i sina, a lekarz ze stoickim spokojem rzecze:
- a nie, to nie pani, pomyliły mi się karty pacjentek...

chcąc ogarnąć przez telefon sprawy rachunkowe schowałam się pod prysznicem, żeby mieć chwilę spokoju i skupienia. nagle wchodzi położna:
- szukam pani wszędzie, chciałam sprawdzić tętno maluszka.
- a ja się tu wyalienowałam, bo muszę rachunki pozałatwiać...
po chwili spędzonej z pelotą od KTG
- no dobrze, może pani wracać do biura...

słyszę na korytarzu śpiewy, to moja ulubiona położna uprawia sztukę wokalną.
ona: - a to śpiewałam ja, Aneta!
ja: - łubudubu, łubudubu...
salowa, myjąca akurat podłogę: - a gdzie krawat? klient w krawacie jest mniej awanturujący się!

położna podłącza mi KTG i do ręki daje jakiś joystick i mówi: to do ruchów, po czym wychodzi. ja zdezorientowana nie wiem, co z tym zrobić i z lekkim popłochem jeżdżę sobie tym po brzuchu, po czym okazuje się, że mam wciskać przy każdym ruchu Stefana przycisk na końcu tego ustrojstwa...

moja "współwięźniarka" z celi nr 305 z kolei o 6 rano dostaje w biegu jakieś czopki i słyszy: to na rozluźnienie szyjki. idzie więc do toalety zaaplikować sobie ów specyfik w odpowiednie miejsce, przy czym pobyt na oddziale ginekologicznym sugeruje, że znajduje się ono raczej z przodu... nic bardziej błędnego. :) jak poszła do położnych zapytać, czy dobrze zrobiła, spotkała się tylko z pobłażającymi uśmiechami... na szczęście zdołała to jakoś z siebie wydobyć...

codziennie po oddziale chodzi ksiądz i charakterystycznym zaśpiewem obwieszcza:
- komunia święta!
wpadam na niego na korytarzu.
on: - tak patrzę, jak pani to swoje dziecko głaszcze po główce (znaczy po górze brzucha)
ja: - proszę księdza, główkę to on ma tu... (i pokazuję mu dół brzucha)
on: - ja jestem facetem, mogę się nie znać...

jedziemy do szpitala na kontrolne KTG. parkujemy w strasznym błocie, wysiadam  więc wcześniej, żeby w nim nie ugrzęznąć, ale samochód się zakopuje i spod tylnych kół wprost na mnie leci zawartość kałuży. włosy, twarz, płaszczyk, buty, torebkę - wszystko mam srogo zachlapane. idę taka do gabinetu zabiegowego, kładę się na kozetce i mówię do położnej:
- niech pani zobaczy, jak mnie mój własny chłop załatwił!
ona patrzy na mnie i mówi:
- no, w tym to chyba oboje braliście udział...
- ale ja nie o brzuchu mówię, tylko o tych obłoconych spodniach!



tak, to ja... jeszcze w życiu nie miałam tak "kobiecych" kształtów :)

Brak komentarzy: