piątek, 29 listopada 2013

the most romantic love confession ever... ;)



"napisałem jej >>kocham<< na nodze i se zrobiła zdjęcie, głupia"


...ale teraz muszę jechać na męską wyprawę rowerową :)


bez komentarza... ;)


wtorek, 26 listopada 2013

koło



spadł pierwszy śnieg. wielkie, białe płatki unoszą się w powietrzu, otulając puchową kołdrą zmarznięte drzewa. cudownie jest patrzeć na nie stojąc w oknie, mając za plecami ogień buzujący w kominku.

w zeszłym roku śnieg pierwszy raz pojawił się czwartego grudnia. to był dzień, w którym ostatni raz rozmawiałam z Mamą. to był dzień Jej śmierci.

dziś dostałam wiadomość, że czwartego grudnia zaczynamy lekcje w szkole rodzenia. w rocznicę odejścia Mamy zacznę się uczyć, jak dać początek nowemu życiu, zacznę poznawać tajniki bycia Mamą.

czas zatoczył koło. narodziny i śmierć- odwieczny cykl. samsara.

Mamuniu moja, wiem, że się cieszysz naszym szczęściem. gdziekolwiek jesteś. w czymkolwiek jesteś. może jesteś właśnie w tych białych płatkach spływających z nieba...


poniedziałek, 18 listopada 2013

spowiedź, czyli kiedy niemożliwe staje się możliwe


ile to już czasu, odkąd mnie oślepiło? jak dziś pamiętam tamten dzień... nasza pierwsza wymiana słów.

-"zapalisz?"
-"ja jestem grzeczną dziewczynką i nie umiem palić..."

jezioro, las i "Again" dobiegające z głośników samochodu. rozwiane włosy i ciemne okulary, przez które czułam się na wskroś przewiercona TYM wzrokiem powodującym, że skóra płonie. wtedy jeszcze nie umiałam spojrzeć Ci w oczy. przy najmniejszej próbie czułam się, jakbym patrzyła prosto w słońce. 

kolejne przypadkowe spotkanie gdzieś w knajpianych labiryntach. zaróżowione policzki. najpiękniejszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam. jesteś zjawiskowa. dwa proste słowa, które wbiły mnie w krzesło. opowieści o LD , ilustrowane twoimi palcami przebiegającymi wzdłuż mojego kręgosłupa. ciarki na plecach. 

zdaje się, że to wtedy zaczęła się moja mała obsesja. a w międzyczasie było zwykłe, codzienne życie i z rzadka jakieś wieści o Tobie. czasem jakaś drobna myśl. czasem niespodziewany sen. kilka rozrzuconych w czasie krótkich zetknięć. przy jednym z nich pomogłam przypadkowi :) wtedy już zaistniałeś na dobre w mojej świadomości. ot, taka platoniczna, niewinna znajomość. na nic więcej jednak nie mogłam liczyć. i nawet nie chciałam. w końcu na moim serdecznym palcu błyszczał pierścionek, a wierność zawsze była dla mnie rzeczą świętą. 

a potem zaczęło dziać się źle. mój, wydawałoby się poukładany świat, zaczął chwiać się w posadach. ciągłe kłótnie o nic. brak zainteresowania i zrozumienia. rozbieżność zainteresowań i priorytetów. frustracja. chłód. niemoc. jakkolwiek źle nie było, nigdy bym jednak nie przypuszczała, że REALNIE może pojawić się ktoś trzeci. a jednak. wtedy byłam zraniona, zrozpaczona, wściekła. dziś jestem wdzięczna. kto wie, gdyby się to wszystko nie wydarzyło, być może nadal tkwilibyśmy w matni, zawieszeni w próżni, rozpaczliwie próbując wzniecić to, co już się wypaliło. 

w tym właśnie momencie nadarzyła się kolejna okazja do spotkania z Tobą. i wtedy już wiedziałam. to było jak wybuch uśpionego wulkanu. wcześniej bałam się to nazwać po imieniu. wtedy nie było już odwrotu. pamiętam, jak strasznie ryczałam uświadomiwszy sobie tę rzecz. przecież to nie miało racji bytu. ja, tkwiąca w sześcioletnim związku, czekająca na decyzję banku w sprawie wspólnego kredytu na mieszkanie i Ty uwikłany w skomplikowaną znajomość... nie znałam szczegółów, ale druga strona usilnie starała się o to, aby Wasze relacje wyglądały na poważne. dlatego szanując Twój wybór nie śmiałam zrobić nic, co mogłoby zostać odebrane za próbę zniszczenia tego, co było między Wami. z drugiej strony podjęłam bardzo ciężką decyzję, że czas zrobić porządki z własnym życiem i przestać odgrywać rolę, z której już dawno oboje wyszliśmy. ostre cięcie. dużo łez. nie mogłam dłużej oszukiwać siebie i człowieka, z którym spędziłam jedną piątą swojego życia. to byłoby nieuczciwe. wolałam być sama, niż okłamywać bliską mi osobę. nie chciałam być z kimś tylko ze strachu przed samotnością.

pozostała mi pustka. głucha cisza. zima i mróz. i ogromna, potężna, niewymowna tęsknota za Tobą. Ty znikałeś i wiedziałam, że jesteś z Nią gdzieś na drugim końcu świata. bolało. ale myślałam, że jesteś szczęśliwy i cieszyłam się Twoim szczęściem. czasem tylko chciałam Cię zobaczyć. nie wiem po co. chyba po to, żeby utwierdzić się w tym, jakie wszystko jest beznadziejne. i żeby ogrzać się przez chwilę w blasku Twoich oczu, żeby jakoś przetrwać kolejne tygodnie, zanim może znów z daleka na Ciebie popatrzę...

nie wiem, co by się ze mną dziś działo, gdyby nie tamta lutowa noc. mocno przytuleni chłonęliśmy nawzajem swoje ciepło, słuchając dzikiego wrzasku naszych serc. to wtedy wszystko się zmieniło. okazało się, że moja perspektywa patrzenia na nasze relacje była błędna. Ty też mnie chciałeś dla siebie. 

a potem wściekle głodni siebie zaczęliśmy nadrabiać stracony czas...

po prawie dwóch latach przyszedłeś do naszego łóżka ubrudzony sadzą z pieca i zaprezentowałeś mi swój uśmiech zwycięzcy :) czy będziesz ze mną na zawsze? czerwone pudełeczko w kształcie serducha, a w nim... to jesteś ty, a to jestem ja. a teraz będzie z nami Ktoś jeszcze :)

niemożliwe stało się możliwe. tak bardzo, tak niepojęcie mocno tego chciałam. mimo, że pozornie nie było na to żadnych szans, to się dzieje. to tak, jakby cała energia kosmosu zamknęła się w tym jednym pragnieniu i pulsowała na nie jasnym światłem mocy. połączyliśmy nasze byty, żeby stał się nowy, niezależny byt. stworzyliśmy Nowego Człowieka. 

piszę Ci to wszystko, bo czasem nie umiem pewnych rzeczy powiedzieć. chcę, żebyś wiedział. bez Ciebie nie byłoby mnie. kocham Cię, Ryju. nawet, a może zwłaszcza wtedy, kiedy się na mnie wściekasz, że przy pełni Księżyca nie śpię i leżąc po cichu z otwartymi oczami Cię budzę... :)


poniedziałek, 4 listopada 2013

Stefan


jesteśmy już dalej niż w połowie, a mimo wszystko cały czas się dziwię, kiedy przechodzę obok lustra i widzę sylwetkę Muminka... pomału przyzwyczajam się do tego cudownego kotłowania w swoim brzuchu. czekam na nie i cieszę się z każdego ciosu bokserskiego, bo wtedy wiem i czuję namacalnie, że mam w sobie małego lokatora. tego uczucia nie da się porównać z niczym innym. jest niesamowite.

wiemy już, że w środku siedzi "chłop na schwał", a "ta kuleczka to penis" :) nie wiem, skąd, ale od razu to wiedziałam. kobieca intuicja, czy cóś... nasze Maleństwo od samego początku zostało mianowane "Stefanem" (na cześć ojca NIEchrzestnego, czyli przyjaciela domu), mimo że jeszcze nie znaliśmy Jego płci, w sumie bardziej dla śmiechu, a teraz się okazuje, że nie umiemy już inaczej do Niego mówić i obawiam się, że to imię już z Nim zostanie, tym bardziej, że tak zacytuję Magdalenę, "Stefan jest mężczyzną"...

korci mnie czasem, żeby do Niego zajrzeć, zwłaszcza że technika poszła do przodu i usg 3 czy nawet 4d nie stanowi żadnego problemu. ale jakoś uważam to za fanaberię i wolę cierpliwie poczekać do dnia, kiedy będę mogła Go przytulić. radość ze spotkania też chyba będzie większa - takie podglądactwo to trochę jak wcześniejsze zaglądanie ukradkiem do leżącego pod choinką wymarzonego prezentu, na który się czekało cały rok.

dziwnie mi tylko ze świadomością, że w tym przypadku to ja jestem opakowaniem :)

czwartek, 10 października 2013

"muchomorowy bór"



ostatnimi czasy wydawało mi się, że zaczynam trochę dziczeć. powoli się chyba jednak oswajam z nową odsłoną życia. czas płynie wolniej, już dawno go tyle nie miałam. cudnie jest mieć pod nosem las, do którego w każdej chwili można wyruszyć. i morze godzinę drogi od domu. i psią gromadkę, która tylko czeka, żeby ją poduśdać. i starego kocura pławiącego się w swojej niezależności, co to zmrużonymi ślepiami obserwuje świat, a mimo to  czasem włazi na kolana i mruczy głośniej niż tygrys :) najlepsze jest jednak to, że w każdej chwili mogę się przytulić i chłonąć ciepło swojego mężczyzny. 



ostanie dni są bardzo słoneczne. jak co roku o tej porze Ruda rozgościła się już na dobre. w naszym lesie aż czerwono od muchomorów. wczoraj przypadkiem odkryliśmy, że to (jak się nam zdawało) nie jedyne grzyby rosnące w okolicy. 

długie wieczory znów spędzam pochylona nad szkłem, któremu dodaję barw i nowych znaczeń. zapomniałam już, ile daje mi to radości. poza tym w głowie pomysły na stworzenie fafołkowego świata. może z czasem...

codziennie obserwuję zmiany zachodzące w moim ciele. to się dzieje samo, poza czyjąkolwiek kontrolą i jest dla mnie jednocześnie zadziwiające i przerażające. są momenty, kiedy wydaje mi się, że czuję to nowe życie zamknięte w moim pęczniejącym brzuchu, ale jeszcze nie mam pewności.

słońce znów oblewa swym blaskiem okolicę. idę je powdychać, zanim zniknie na pół roku :)





niedziela, 15 września 2013

na końcu świata


zwierzakoterapia to najlepsze lekarstwo na wszelakie stresy. kucyk Adaś, osioł Maniek, dwie kozy: Kozucha Kłamczucha i Koziołek Matołek, perliczki Zenio i Henio, gęś Pelagia, indyk zwany Jendykiem, króliki, których imion nie poznałam i psy Bambo, Placek i Emi wykonały dobrą robotę :)








oprócz tego grzybobranie



i wycieczka do Kowna


więcej obrazów niż słów. tak chcę zapamiętać ten czas.


wtorek, 10 września 2013

czas na zmiany


nieustane podróże. pakowanie. sprzątanie. wyrzucanie zakurzonych fragmentów przeszłości. plany.wyobrażenia. przeprowadzka. otwarcie kolejnych drzwi. niepokój, obawy, zmęczenie, złość, radość i miłość. wszystko się we mnie miesza jak nowo powstający drink w shakerze :)

w pracy konkretne zawirowania. zdaje się, że ewakuowałam się w idealnym momencie, bo teraz nie wiem, czy będę miała jeszcze do czego wracać. ale może to dobrze? może taki kop popchnie mnie w końcu gdzie indziej.

we wspomnieniach majaczą jeszcze płomienie ognisk z przyjaciółmi. trzy różne spotkania, w innych okolicznościach przyrody. włóczęga po miasteczku, w którym urodziła się Mama. dom Babci, nie do poznania, a jednak wciąż ten sam, ten adres, te mury, to podwórko, które pamięta moje dzieciństwo. i łzy wzruszenia. i tęsknota za tymi czasami i za ludźmi, których już nie ma. poszukiwanie drzewa morwowego zakończone sukcesem. smak tamtych dni.

i noc pełna gadulstwa, które próbowałam powstrzymać, coby główny zainteresowany mógł odbyć swą długo oczekiwaną podróż. bezskutecznie. "dziewczyna szamana nie zazna nigdy snu..."

i dialog, który wbił mi się w pamięć:
- co tam robisz?
- czekam na naszego dzidziusia.

ja też czekam. czekamy razem.

czwartek, 8 sierpnia 2013

"nogi ma, łapi ma, nie ma skalpetów"




wczoraj je widzieliśmy. ma 5 centymetrów, rączki, nóżki i całą cudowną resztę. i jest straszną wiercipiętą :) chyba w końcu zacznę wierzyć, że to się wszystko dzieje naprawdę.
to jest coś niesamowitego. prawdziwy cud.

:)

środa, 10 lipca 2013

o rany boskie...


głupia jestem i się zamartwiam. a mi nie wolno. miesiąc mam czekać, żeby się dowiedzieć, co dalej. przecież się wykończę. w ramach rozrywki po nocy spędzonej w pracy przespałam 4 godziny i dokończyłam myć okna. na te umyte wczoraj zdążyło już narobić jakieś ptaszysko. pod oknem koszą trawę - i tak nie pośpię. zresztą skołatane nerwy na to nie pozwolą. coby wprowadzić się w lepszy nastrój, zapodałam sobie muzykę z ukochanego filmu Dirty Dancing. pomogła. na chwilę. bo żeby zrobić sobie odpoczynek, obejrzałam scenę finałowego tańca. i on na nią tak patrzył. i ją pocałował. i podniósł do góry. i siedzę i sobie pochlipuję, bo to takie ładne było. a ja tu sama. do tej pory dziarsko się trzymałam. no ale ile można? czemu dawanie komuś wolności musi pobolewać? jeszcze muszę posprzątać łazienkę. i odkurzyć. i zmienić pościel. i... końca nie widać. a już znów głodna jestem. ile można ciągle żreć?! :) i mi z podwórka czymś pomidorowym zapachniało. a wcześniej miałam ochotę na mizerię. i już teraz nie wiem, czego mi się chce. cholera jasna, chyba się zaczyna. rzekomo najpiękniejszy etap w życiu kobiety :) aż się boję, co będzie dalej :)

niedziela, 7 lipca 2013

miraż


wanna bez Ciebie jest zbyt duża. ciepła woda otula moją nagość, zmywa trudy dnia. kubek herbaty z cytryną przyjemnie ogrzewa dłonie. od brzegu wanny odbija się płomień świecy tworząc miraż. dwa sznury złotych świateł przywodzą na myśl port gdzieś na południu Europy. tętniące życiem miasto i jego rozmyta przez wodę, odwrócona kopia. wzrok grzęźnie w tym obrazie. rozpływa się moje jestestwo. 

woda w wannie stygnie, herbata przestaje parować, a ja wciąż tam jestem. światła tańczą, wzbijając tumany złotego pyłu. jest tylko ta wizja i drżące w powietrzu dźwięki muzyki. wyciągam korek. spływam kanałami, faluję, wpadam w wir, który wyrzuca mnie w samym środku miejsca, które widziałam dotąd z oddali. ciepły wiatr bawi się moimi włosami. światła powoli gasną. zamykam oczy.

a gdzieś tam w głębi mnie pulsuje maleńkie serduszko. mój brzuch pęcznieje. dobranoc koniku morski. niech Ci się przyśni skąpany w świetle księżyca śródziemnomorski port. kiedyś Cię tam zabierzemy...

tajemnica


świat, w którym żyjemy, opiera się na dualizmie. w nieskończoność można mnożyć przeciwstawne sobie pary. ich części składowe są jak elementy układanki tworzące kompletny obraz. światło i mrok. kobieta i mężczyzna. życie i śmierć.

buddyści wierzą, że śmierć nie jest końcem. umieramy po to, aby odrodzić się na nowo. zanim jednak to nastąpi, przebywamy w stanie zawieszenia. bardo trwa siedem tygodni, a więc 49 dni. po tym czasie świadomość istoty, która ma się odrodzić jako człowiek, zagnieżdża się w łonie przyszłej matki. 

czy przypadkiem jest to, że w tym samym czasie, w siódmym tygodniu ciąży, tworzą się zawiązki organów pozwalających określić płeć - najważniejszy czynnik różnicujący ludzkość? jednocześnie staje się widoczna szyszynka, która według Kartezjusza jest cielesną siedzibą duszy, pośrednikiem między tym, co namacalne, a tym, co nieuchwytne. ten maleńki gruczoł, zwany naszym "trzecim okiem", znajdujący się w mózgu, wytwarza substancję o potężnym działaniu psychodelicznym: DMT. paradoksalnie (jako, że występuje naturalnie w wielu organizmach roślinnych i zwierzęcych) jest ona wpisana w rejestr najbardziej nielegalnych substancji świata. dlaczego? dlatego, że poszerza świadomość, wprowadza w niezbadane stany duchowe, obdarowuje wiedzą, sięga do najskrytszych zakamarków umysłu. a to jest przecież  z punktu widzenia tzw. "władz"zbyt niebezpieczne.

siódmy tydzień. tyle się teraz dzieje! zostałam sama i mam czas, żeby wsłuchać się w siebie. cisza i cykanie zegara. szalone ćmy obijające się o lampę.

czy faktycznie jestem sama...? chyba nie do końca, ponieważ już wiem, że noszę w sobie najważniejszą  na świecie tajemnicę: tajemnicę życia...

wtorek, 25 czerwca 2013

czekając na...


niedowierzanie. roztrzęsienie. wzruszenie. radość. strach. śmiech i łzy. czekamy na wieści. jeśli się potwierdzą, nic już nie będzie takie samo...

środa, 19 czerwca 2013

morza szum, ptaków śpiew


nadmorskie impresje. ku pamięci.


                                                   





piątek, 19 kwietnia 2013

kamień z serca


znalazłam go parę dni temu. wyraźnie wyczuwalny na prawej piersi obok mostka. pani doktor nic nie wyjaśniając, na skierowaniu na usg napisała "pilne". chyba dopiero wtedy mną zatrzęsło. na szczęście udało się znaleźć termin i moja niepewność trwała tylko dwa dni. jaka niepewność zresztą? ja już wszystko wiedziałam. to jest straszne, że kreatywność ludzka w stronę czarnych scenariuszy gna niczym nie okiełznanym galopem.

stanęły mi przed oczami sceny sprzed dziesięciu lat. a potem jeszcze sprzed kilku miesięcy. ten gnój zeżarł najpierw moją M., a następnie Mamę. napatrzyłam się na ich cierpienie. były w nim tak dzielne. obie. nie jestem pewna, czy ja też bym tak umiała.

tych parę chwil sprawiło, że stałam się drżącym ze strachu, zaszczutym zwierzątkiem. patrzyłam na wszystko, co mnie otacza, jak na krajobrazy oglądane przez okno pędzącego pociągu. jakoś tak mi wszystko uciekało. po raz kolejny uświadomiłam sobie, jaką, mimo poniesionej niedawno ogromnej straty, jestem szczęściarą. to nie tak, że nie myślę o tym na co dzień, że nie doceniam. codziennie patrząc w ukochane czarne ślepia zadziwia mnie to, co z nich wyczytuję. teraz jednak, kiedy dotarło do mnie, że to wszystko, na co czekałam przez całe życie i czym chcę się cieszyć przez jego resztę, mogłoby się skończyć, przepadłam. do tej pory mam przełyk zawiązany na supeł. stres jest wykańczający.

zmiana niegroźna, jednak najlepiej upewnić się u specjalisty, czy zostawić to w spokoju, czy wyciąć. mam się jednak nie martwić, bo to nic niepokojącego. łzy same wylazły na wierzch. niebawem będę znała decyzję. na dziś jednak dosyć wrażeń. jeśli ktoś gdzieś usłyszał wielki huk, to był to kamień spadający mi z serca.