przed wejściem do tego ogrodu byłam już wiele razy. nieśmiało spod rzęs spoglądałam na jego ogrodzenie, zastanawiając się w duchu, jak je przekroczyć. nie potrafiłam się przemóc i zapytać o wskazówkę. nie wiedziałam, gdzie szukać wejścia. nie chciałam się wdzierać do środka nieproszona.
nigdy nie zapomnę tej nocy, kiedy zrezygnowana stanęłam w końcu przed jego furtką, a ona z cichym skrzypnięciem otworzyła się przede mną. stało się to, na co tak długo czekałam. zostałam wciągnięta do środka i dałam się ponieść panującej wewnątrz magii.
oszołomiona kolorami i zapachami oddycham głębiej. w cieple słońca rozpraszam energię. mrucząc cicho kąpię się w strumieniu. zlizuję z liści krople rosy. poleguję na miękkiej trawie. nocą zadzieram głowę i przyglądam się niebu. dla śmiechu podejmuję próby policzenia gwiazd. niewyspana ze szczęścia rano piorę skrawki snów. jak białe prześcieradła wieszam je na sznurku rozwieszonym między pniami drzew. strząsam z rąk tęsknotę.
czasem zdarza mi się zapuścić w nieznane rejony. bywa, że gubię drogę w labiryncie z ostrokrzewu. moje stopy zaplątują się w wystające z ziemi pnącza. drogę zachodzą mi chaszcze. drżę ze strachu. żeby się nie bać kładę się w pozycji embrionalnej i zamykam oczy.
każdy ogród ma swoje mroczne zakamarki. nie moją rolą jest oswajać to, co dzikie. nie moim prawem jest karczować to, co rosło w nim od zawsze.
mogę stanąć z boku i przyglądać się tym niedostępnym terenom lub któregoś dnia schylić głowę i powoli zacząć przedzierać się przez zarośla, uważając, aby się zanadto nie podrapać i nie zgubić drogi powrotnej.