sobota, 31 października 2009

na szafot




 


skrzypce i język francuski- to mnie powala!
długonogi pająk alfred przyczajony za sedesem... w normalnych warunkach zrobiłabym mu eksmisję na balkon, ale szkoda mi chłopaka, bo tak zimno na dworze... może jutro, jak wyjdzie słoneczko. o ile wyjdzie...
grzaniec galicyjski i pijana pomarańcza.
zabijam (zapijam?) w sobie siebie sprzed paru godzin. krzyczącą na pracowników mendę. niecierpliwą, wredną sukę. zmęczoną życiem kobietę. przywaloną obowiązkami "panią kierownik". tlenu!!!
przeprosiłam. i co z tego? pokrzyczę sobie i zademonstruję moją irytację, a potem, już po wszystkim, przeżywam i przeżuwam w sobie. bo to nie takie proste- wyjść z kamieniołomu i wyrzucić kilof za siebie... bolą mięśnie, boli głowa. boli serce. no kurwa, czy ja naprawdę jestem złym człowiekiem? bo tracę cierpliwość pod gruzami normalności? bo w tym roku postanowiłam nie spinać się i odpuściłam 1 listopada? bo chcę uniknąć dzikich tłumów na cmentarzu i przypadkowych spotkań z rodziną, którą widzę raz do roku? bo nie chcę odpowiadać na pytanie: co u rodziców? numer telefonu się nie zmienił, w każdej chwili można zadzwonić i zapytać... ja nie chcę ściemniać, że jest kolorowo, zakładając na twarz uśmiech numer osiem... czy jestem winna i na szafot ze mną, bo choć raz postanowiłam pomyśleć o swoich potrzebach i nie spełniać oczekiwań innych osób? moja aspołeczność osiąga apogeum... dość pytań, telefonów, cisza... spokój... jedyne o czym marzę, to pobyć sama ze sobą. albo nawet z kimś, ale żeby ten ktoś niczego ode mnie nie chciał i milczał razem ze mną... wspólne milczenie jest więcej warte niż jakieś naciągane, wymuszone, banalne rozmowy... i niby jestem sama. niby mam ciszę. a w głowie szum. i poczucie winy. że powinnam była... że jestem egoistką. że ...że ...

czwartek, 29 października 2009

o tym, jak to GWIOZDA zeszła do mnie ze sceny...

a propos tego, jakie dźwięki oglądałam jadąc pociągiem, przypomniała mi się historia sprzed roku. zostałam namówiona na koncert keitha caputo, o którym bladego pojęcia nie miałam. dzień był szary, deszczowy, wracałam z pracy i tradycyjnie zepsuł się tramwaj. ze słowiańskiej na most teatralny szłam pieszo, a żeby sobie tę drogę urozmaicić, wrzuciłam muzykę keitha,  coby choć trochę zaznajomić się z jego radosną twórczością. zaczarował mnie. szaruga, woda z nieba, chmara ptaszysk podrywająca się do lotu i jego depresyjna muzyka. trafiła w klimat. zmokłam i zmarzłam, ale jakoś mi się nie spieszyło i przedłużałam spacer idąc powolnym krokiem wzdłuż torów tramwajowych. to był mój pierwszy kontakt.

drugi nastąpił parę godzin później w klubie blue note. chłopcy (bo keith gra ze swoimi muzykami) spóźnili się dobrą godzinę. w końcu wyszli. było bardzo kameralnie, zapewne z racji tego, że artysta raczej  u nas nie jest znany szerokiej publiczności. poleciały kawałki, niektóre nawet kojarzyłam ze swego wcześniejszego spaceru... od znajomych zapaleńców słyszałam wcześniej, że keith jest malutki i prawie go nie widać. faktycznie, może ma z metr pięćdziesiąt wzrostu... siedzieliśmy na końcu sali, sączyliśmy piwko i słuchaliśmy. w pewnym momencie stwierdziłam, że ja go przecież ledwo widzę, więc pójdę do przodu obejrzeć go sobie. pod sceną stało parę osób, więc (jako że jestem dość wysoką dziewczynką) żeby im nie zasłaniać klapnęłam sobie na podłodze. no i wtedy się zdziwiłam, bo keith dokończył piosenkę, po czym wziął krzesełko i mikrofonik i uwalił się z tym wszystkim obok mnie :) śmiać mi się chciało, bo co prawda chciałam go sobie obejrzeć, ale nie musiał od razu schodzić ze sceny :) w każdym razie jego posunięcie wzbudziło ogólną radość i obok nas uformował się od razu wianuszek wiernych fanów. najśmieszniejsze w tej całej historii było to, że GWIOZDA najwyraźniej oczekiwała, że tak zagorzała wielbicielka jak ja będzie z nim śpiewać, a ja ni w ząb :) a jeszcze potem okazało się, że zdjęcia z tego koncertu (z moją skromną osobą w tle) krążą w internecie i jak się uprę, to sama mogę pretendować do roli GWIOZDY (betlejemskiej)  :)

dziękuję za uwagę :) autografy po kolacji ;)

środa, 28 października 2009

"... dźwięki zobaczone"


uwięziona w klatce przedziału kolejowego zakładam na uszy słuchawki. gaśnie światło, nikną obce twarze, zamykam oczy. jestem tylko ja i muzyka, a każdy akord rozkosznie boli. od czasu do czasu pod zaciśnięte powieki dociera plama światła z mijanych latarni. pędzę do tyłu, zatracam się, nie mam ciała, a jedynie świadomość zataczającą łagodne kręgi w rytm melodii, która powoli umiera... otwieram oczy...

wtorek, 27 października 2009

trybik w maszynie

AAAAAAAAAA!!!!!!

wróciłam wczoraj z domu, 500 kilometrów, 7 godzin w samochodzie i do roboty... na nockę. bo się otwierają nowe cuda & atrakcje i przyjadą wszyscy święci, w związku z czym trzeba pomalować trawę na zielono. wróciłam po piątej. nerwowy sen, podczas którego w dalszym ciągu przewalałam tony tych cholernych szmat... ciągnę dwa etaty i nikt mi za to nie płaci. jestem tak nieprzytomna, że zapomniałam, że przywiozłam od mamy bigos, udka z kurczaka i gołąbki i w ramach zatykania żołądka byle czym, poleciałam do sklepu po pierogi. właśnie spaliłam do nich cebulę, bo się w margowy blog zapatrzyłam... śmierdzi przeokrutnie :) ale już drugą porcję smażę, mam jeszcze chwilę, bo lecę na 16.  od kiedy wróciłam z legnicy, mam wrażenie, że czasu nie ma, widzę tylko kurz, który po sobie zostawia w szalonym pędzie. nie nadążam. nie mam kiedy usiąść spokojnie, poczytać (no, wczoraj w samochodzie próbowałam dobrać się do cejrowskiego, ale zakręty mi nie sprzyjały), w pracy młyn, w domu bałagan i brak czasu, brak siły, brak motywacji. a tam, dziś się przemęczę i może jutro jakąś energię z siebie wykrzesam. idę jeść, bo cebula znów zaczyna pachnieć niepokojąco. a może to jeszcze ten pierwszy swąd? :)

poniedziałek, 19 października 2009

poobiednia drzemka





jestem sekretarką w jakiejś firmie. trwa casting. na? w każdym razie w korytarzu tłoczy się mnóstwo dziewczyn. kolejka, a ja zasuwam między nimi dumna, że tu pracuję i... usiłuję zaparzyć kawę. w biurze jakaś ważna narada, trzej panowie prezesi czekają na tę moją kawę, a ja miotam się po kuchni i chcę, żeby wszystko wypadło jak najlepiej. rozpuszczam czekoladę, ubijam z żółtek kogel-mogel, spieniam mleko. w tym czasie kawa stygnie. nalewam do niej tych dodatków, w końcu stawiam filiżanki na plastikową tacę i biegnę do biura. okazuje się, że czekolada zaczyna tężeć, piana z mleka opada, a kawa jest zimna. jeden kubek jest w ogóle pusty. strasznie mi wstyd. do trzech panów prezesów przychodzi jeszcze dwóch gości. oni (ku mej rozpaczy!) też chcą kawę. tym razem nie mogę znaleźć odpowiednich filiżanek. żadne nie spełniają moich oczekiwań lub nie mogę skompletować dwu takich samych. te, które mam do dyspozycji są poobijane, mają infantylne kształty lub są zbyt kolorowe. biegam, szukam. w końcu zaglądam do jakiejś szafki. tam cały skład porcelany! wypatruję odpowiednich filiżanek. nagle okazuje się, że konstrukcja, na której wiszą, to duża pozytywka, która zaczyna wygrywać melodyjkę i kręcić się w kółko. usiłuję dosięgnąć interesujące mnie filiżanki, lecz one uciekają w dzikim pędzie.


mam wrażenie, że mijają całe wieki, odkąd zostało złożone zamówienie na kawę, a panowie prezesi są coraz bardziej zniecierpliwieni...