skrzypce i język francuski- to mnie powala!
długonogi pająk alfred przyczajony za sedesem... w normalnych warunkach zrobiłabym mu eksmisję na balkon, ale szkoda mi chłopaka, bo tak zimno na dworze... może jutro, jak wyjdzie słoneczko. o ile wyjdzie...
grzaniec galicyjski i pijana pomarańcza.
zabijam (zapijam?) w sobie siebie sprzed paru godzin. krzyczącą na pracowników mendę. niecierpliwą, wredną sukę. zmęczoną życiem kobietę. przywaloną obowiązkami "panią kierownik". tlenu!!!
przeprosiłam. i co z tego? pokrzyczę sobie i zademonstruję moją irytację, a potem, już po wszystkim, przeżywam i przeżuwam w sobie. bo to nie takie proste- wyjść z kamieniołomu i wyrzucić kilof za siebie... bolą mięśnie, boli głowa. boli serce. no kurwa, czy ja naprawdę jestem złym człowiekiem? bo tracę cierpliwość pod gruzami normalności? bo w tym roku postanowiłam nie spinać się i odpuściłam 1 listopada? bo chcę uniknąć dzikich tłumów na cmentarzu i przypadkowych spotkań z rodziną, którą widzę raz do roku? bo nie chcę odpowiadać na pytanie: co u rodziców? numer telefonu się nie zmienił, w każdej chwili można zadzwonić i zapytać... ja nie chcę ściemniać, że jest kolorowo, zakładając na twarz uśmiech numer osiem... czy jestem winna i na szafot ze mną, bo choć raz postanowiłam pomyśleć o swoich potrzebach i nie spełniać oczekiwań innych osób? moja aspołeczność osiąga apogeum... dość pytań, telefonów, cisza... spokój... jedyne o czym marzę, to pobyć sama ze sobą. albo nawet z kimś, ale żeby ten ktoś niczego ode mnie nie chciał i milczał razem ze mną... wspólne milczenie jest więcej warte niż jakieś naciągane, wymuszone, banalne rozmowy... i niby jestem sama. niby mam ciszę. a w głowie szum. i poczucie winy. że powinnam była... że jestem egoistką. że ...że ...


