wtorek, 29 czerwca 2010

od dzisiaj nie ma jutra


potwierdziły się moje przypuszczenia. w "naszym" życiu jest ktoś jeszcze. ten wieczny kocioł miał swoje źródło. we mnie kipi. trzęsą mi się ręce. nie będę płakać.

jest teraz z nią. no i ten mecz, mecz to podstawa. nie może teraz wrócić do domu. są sprawy ważne i ważniejsze. mnie w nich nie ma w ogóle.

zdjęłam pierścionek zaręczynowy.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

popołudniową porą


znów śpię. bo muszę, mój organizm bezczelnie się tego domaga. a podświadomość bezwzględnie sprzedaje mi obrazki, nad którymi się potem długo zastanawiam... tym razem mam na sobie długi, czarny płaszcz i telefonicznie umawiam się na spotkanie z nieżyjącą przyjaciółką. zamiast na nią natykam się na mojego trzynastoletniego chrześniaka, który jest w wysokiej ciąży... budzi mnie burza.

nie poszłam dziś do pracy. pół nocy nie spałam, gardło boli mnie jak nigdy przedtem. no, może raz było podobnie, wtedy, kiedy rodzice na siłę zaciągnęli mnie do laryngologa, a ten zajrzawszy mi przez nos, stwierdził, że mam czerwone migdałki :)

chciałabym coś stworzyć. płaską kartkę papieru zmienić w trójwymiarową rzeczywistość. chodzi to za mną, plącze się pod nogami. ale czuję się jak dziecko, które chce ulepić świat od nowa, a nie ma plasteliny. mam ogólny zarys, konwencję, ale nic ponad to. chcę ożywić fikcyjnych bohaterów, pokierować ich losami, pobawić się w siłę, która o nich decyduje. i nie umiem.

a tak poza tym bardzo chcę zrobić serię zdjęć strachom na wróble. podczas ostatnich spacerów po ogródkach działkowych nie natknęłam się na żadnego. czy ktoś jeszcze robi strachy a wróble? 

niedziela, 6 czerwca 2010

bladym świtem




kolejny raz dzwoni budzik. włączam drzemkę. mija 10 minut i znów słyszę znienawidzony dźwięk.
leżę w ciemności i nie mogę się ruszyć. nagle przez moją głowę przepływa myśl:
wstań, bo TERAZ twoje życie składa się z szeregu następujących po sobie śmierci klinicznych...

otwieram oczy.

sobota, 5 czerwca 2010

tak sama nie wiem...


tak sobie tu zaglądam. naczytałam się znów murakamiego i tak mi jakoś w sobie. muszę się zaopatrzyć w nowy tom, ale to po wypłacie...

przyjaciółka, zwana w pewnych kręgach dzieciokiem, jest już na ostatnich nogach. w sensie, że brzucho jej urosło porządnie i całkiem niedługo coś się powinno z niego wykluć. byliśmy wczoraj na spacerze, poszliśmy na pole, poleżałam sobie w trawie i powdychałam zapach słońca. mało mi, wciąż mi mało... w pewnym momencie dzieciok mi komunikuje, że pan mąż, sprawca wyrośniętego brzucha, będzie musiał się oddalić służbowo do innego miasta i w razie, gdyby brzucho chciało się pomniejszyć i pozbyć swej zawartości, to ja mam brać urlop na żądanie, rzucać wszystko w cholerę i przyjeżdżać na polną, bo ona tam sama nie ma zamiaru tak...

aż mi się gęba uśmiechła. poczułam się zaszczycona. nigdy jeszcze nie rodziłam, ani sama, ani z kimś. pani B. miała cesarskie cięcie i byłam gdzieś za drzwiami, ale to nie to samo...

Albertyna wlazła na swój kawałek drewna i obgryza kolbę miodowo-orzechową. hałasuje przy tym okrutnie, ale przynajmniej wiem, że nie jestem sama :) bo oprócz niej w domu pusto i ciemno, boję się, że mnie jakiś dusiołek znów nawiedzi :)

byłam na rozmowie o pracę. pani headhunterka w ogłoszeniu nie zawarła wszystkich istotnych informacji z zakresu obowiązków i wydawało się to fajne. osobiście mnie trochę uświadomiła, że jakieś analizy ekonomiczne, bilansy, raporty, marże, rentowności... a w cholerę jasną z czymś takim! niby ma moja kandydaturę podać dalej, ale jakoś nie jestem przekonana, że chciałabym to robić. robię to teraz w niewielkim zakresie i głowa ma wyrzuca w kosmos wszelkie informacje, które są zaszyfrowane w postaci rzędów cyferek. nie chcę się męczyć. nie umiem przerabiać świata na kod zero- jedynkowy, choć znam takie osoby i wydaje mi się, że mają łatwiej w życiu. ja postrzegam świat barwami, czuję kształty, słyszę zapachy, widzę dźwięki... żyję w świecie liter.

ostatnio wpadłam na to, że z moja aspołecznością i wstrętem do wyścigu szczurów, do struktur wszelakich, do wielkich firm i bycia trybikiem, najszczęśliwsza byłabym uprawiając jakiś wolny zawód. nęci mnie świat bohemy, ciągnie mnie do podziemia, chciałabym móc w dzień powłóczyć się po knajpach, oglądać promienie słońca przez zakurzone szyby baru, albo zejść do piwnicy i sączyć cuba libre zmieszane z nutami smooth jazzu... marzy mi się wydanie książki, taki złoty strzał, jak w przypadku pani od "zmierzchu", której cała historia o wampirach się rzekomo przyśniła. kobieta nigdy wcześniej nie miała nic wspólnego z pisarstwem, popełniła sagę, jest ustawiona do końca życia, nie musi pracować dla kogoś, robi to, co lubi... żyć, nie umierać.

a ja muszę się zwijać, bo jutro na 8. uśmiech numer pięć i kolejny weekend w pracy. pogoda się poprawiła, wszyscy normalni ludzie uciekają na łono, a ci mniej normalni latają po sklepach. i dla nich właśnie przepieprzam czas. i dzięki nim właśnie mam co jeść i za co kupować książki. o ironio!

dobranoc.