czwartek, 27 października 2011

gdzie jest mój sweterek?!


ponoć jestem zwierzątkiem, które ma w zwyczaju tworzenie tak zwanych "muld lumpowych". dowiedziałam się o tym przy okazji próby odnalezienia sweterka, którego to nigdzie namierzyć nie mogłam, a po przekopaniu zwały ciuchów na szafce, na kupie z praniem oraz na fotelu (czytaj najbardziej prawdopodobnych miejsc pobytu rzeczonego sweterka), wygłoszeniu monologu na temat ogólnie panującego bałaganu (którego sprawczynią jestem w pięćdziesięciu procentach, no może w trzydziestu trzech koma trzech , bo w końcu pies też robi swoje) oraz stworzeniu z mieszkania dzielnicy czerwonych latarni (z racji ilości zawezwanych kur...tyzan) okazało się, że sweterek najspokojniej na świecie leżał sobie w szafie, czyli tam, gdzie bym się go nigdy nie spodziewała...

osiem. taka ładna cyferka. oby położyła się na boczku i zmieniła w znak nieskończoności :) bo każdy dzień jest jak święto. wczorajszy był taki w szczególności, mimo że żadne z nas nie pamiętało, żeby go jakoś szczególnie uczcić. czciliśmy go po prostu. to się dzieje samo.

a propos rocznic wszelakich- minął rok od czasu, kiedy wszystko przestało być takie samo. a mianowicie odkąd poznałam Magdalenę :) w związku z tym uleciało z mej pamięci kilka sytuacji, w tym dzisiejsza...

porządkujemy okulary przeciwsłoneczne, nagle Magdalena mówi:
- o! mam takie okulary, tylko że czerwone. kupiłam we Włoszech u Murzyna. powiedział mi, że mam ładne buty, bo miałam takie białe i czyste, że się chyba rzucały w oczy. a Murzyn był ubrany na kolorowo i chciałam od niego kupić bębenek...

mój łokieć niefortunnie znalazł się na wysokości głowy Magdaleny:
- ty to byś czasem mogła trochę mięsa mieć na tym łokciu!

Magdalena uczyła się do sesji:
- siedziałam do rana i taka niewyspana jestem, a tu przecież trzeba iść do pracy i jakoś normalnie funkcjonować. i taka na mnie spłynęła refleksja: jak prostytutki sobie z tym radzą? no bo one przecież też po nocach nie śpią...

no i dziś:
- kurczaczki! gardło mnie boli, chyba będę musiała przestać mówić... o nie!!!

czwartek, 20 października 2011

czerwień




nie mogę przestać o tym myśleć. wciąż widzę swoje odrąbane ręce, które usiłuję zawinąć w papier (jak? skoro nie mam rąk?), spod którego wystają pomalowane krwistą czerwienią paznokcie...

i ta myśl: dlaczego to zrobiłam? dlaczego pozbyłam się swoich rąk? a może to się nie stało? może to BYŁ tylko sen? dlaczego znów się nie połapałam, że coś jest nie tak? ręce. senna symbolika. i znów nic.

odurzona zapachem lakieru do paznokci popijam czerwone wino. czerwień wylewa się z buteleczki z lakierem. czerwień wylewa się z mojej głowy. czerwień...

wtorek, 11 października 2011

nieletnio o lecie


zawitała na dobre. czaiła się pomału. udając, że to nie ona, kryła się pod postacią promieni słonecznych, prześwietlających coraz bardziej żółte liście. w końcu zrzuciła kamuflaż i śmieje nam się w twarz opluwając tysiącem kropli deszczu. jesień...

przeszukuję półki w swojej głowie, szukając śladów minionego lata. odkurzam myśli z pajęczyn niepamięci i wpuszczam w nie coraz więcej światła.

widzę łąki i lasy, wsie penetrowane na skuterku, odnalezionego na polu stracha na wróble. biegam boso po podwórku w zielonej tiulowej sukience otoczona rudą psią sforą. 

siedzimy na zwalonym pniu zagubieni gdzieś w borach tucholskich, z daleka od cywilizacji. wtuleni w śpiwory oglądamy gwiazdy. harcujemy obok namiotu rozstawionego na ziemi orków... w drodze powrotnej na chwilę staję się tirówką :) 

wracam do ukochanego miejsca z dzieciństwa. czuję pod stopami trawę i deski pomostu, we włosach wiatr a w sercu szczęście. w lesie przedzieram się przez pokrzywy. odnajduję przewróconą latrynę nacechowaną senną symboliką. płaczę z radości i wzruszenia tuląc do siebie małe kociaki.

łapiemy stopa do wrocławia. słuchamy szlagierów z lat 60. w samochodzie współczesnego polskiego kowboja. zgłębiamy uroki margarity. wylegujemy się na kanapie w graciarni. pijemy ciemnego kozła. pokątnie wynoszę książki z naszpikowanego igłami wrocławskiego baru. wchodzimy w magiczny świat salvadora dali. 

zagrzebuję się w piasku na pustej plaży, pływam półnaga w jeziorze, pozuję do sesji z pomarańczą :)

od czasu do czasu leniwie włóczymy się po mieście i knajpach. nad wartą odkrywamy kontenery.

wyruszamy na górskie szlaki. w dzień krążymy po czeskim skalnym mieście, a wieczorem podczas burz wracamy do namiotu. polska strona wita nas widokiem spadających z nieba motolotniarzy. w bieszczadach stajemy się ludźmi z mgły, rozgrzewamy się cytrynówką i ciepłem ognia, a stara przyczepa kempingowa na tych kilka dni staje się naszym domem...

z zamyślenia wyrywa mnie pies, wyraźnie chcący iść na dwór. zalewają mnie żółcie, pomarańcze i czerwienie. jesień w dalszym ciągu chichocząc pluje deszczem, a ja szeleszczę liśćmi, depczę żołędzie i uśmiecham się do chmur, mając świadomość, że gdzieś za nimi chowa się słońce. i tak uśmiechamy się do siebie- dwa rudzielce- jesień i ja.

pomaluję rzęsy na zielono i pomacham nimi na "do widzenia" odchodzącemu latu...