sobota, 28 sierpnia 2010
bezsenność w poznaniu
umysł ludzki jest jest niesamowity. nie jest prawdą, że nie można być w kilku miejscach jednocześnie. przynajmniej prawdą dosłowną. jestem tutaj fizycznie, ale chwilami odpływam gdzie indziej. w ciągu dnia, w wirze zdarzeń dopada mnie to nader często. jest to tak nieprzewidywalne... jestem w pracy i nagle PSTRYK...jakaś drobnostka kojarzy mi się z przeszłością i jakiś poryw powietrza nie z tego świata przenosi mnie TAM i WTEDY... dźwięki, zapachy, słowa, światło, deszcz... ale czasem nawet bez tak wyraźnych stymulatorów znajduję się w miejscach, które pozornie nie mają dla mnie znaczenia, o których nie pamiętam na co dzień... i będąc tutaj, jestem jednocześnie tam... uciekam tam sama lub bywam bez udziału świadomości porywana. wierzę, że istnieje świat równoległy, alternatywna rzeczywistość. a co ze snami? leżąc w łóżku jestem jednocześnie na tyłach podwórza należącego do starych kamienic i przyglądam się fontannie z rzeźbą anioła, któremu w związku z awarią woda tryska spod pach... a propos wody i snu: może bezsenność minie, gdy woda popłynie z głośników...
czwartek, 26 sierpnia 2010
popołudnie w kolorze blueberry
idzie jesień. czuć jej zapach w powietrzu, widać jej ślady na niebie. korzystając z wolnego dnia szwendałam się dziś po rynku z aparatem chcąc upolować ulotne chwile. pogoda nie sprzyjała. deszczało. schroniłam się w knajpie, do której mam sentyment i przy wywarze z jagód, zatopiona w fotel, chwytałam skrawki rozmów toczonych na dole i wczytywałam się w książkę o dziełach gaudiego. kiedyś pojadę do barcelony. wiem to na pewno. samotne popołudnie bywa czasem bardzo przyjemne...
czwartek, 19 sierpnia 2010
wernisaż...
gdzieś na usteckiej plaży porzuciłam swe trampiszony i zapomniałam o nich zaaferowana okolicznościami przyrody. po jakimś czasie mi się na nie spojrzało i wzruszyłam się rzewnie. bo takie kochane one :) mam jakieś takie podejście sentymentalne do niektórych swoich rzeczy.
kiedyś zrobiłam czystki w swojej garderobie i powyrzucałam ciuchy, w których już nie chodzę. poskładałam je, włożyłam do toreb i wyniosłam na śmietnik. po jakimś czasie idę do sklepu, mijam śmietnik, patrzę a moje rzeczy elegancko porozwieszane na kontenerach... strasznie dziwne wrażenie. nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś sobie jeszcze skorzystał z tego, co mi nie potrzebne, ale taka wystawka mnie zamurowała. poczułam się, jakbym z boku patrzyła na jakiś wycinek swojego życia, jakby ktoś kawałek mnie wystawił na widok publiczny, jakbym była na wernisażu przedstawiającym fragment mojego świata. nie umiem tego wytłumaczyć, sama nie wiem, skąd się to wzięło. dziwne, dziwne uczucie.
wtorek, 17 sierpnia 2010
powroty
dużo we mnie po urlopie. napiszę, z czasem na pewno.
kolega mi dziś pokazał filmik nagrany komórką, w roli głównej jakiś stwór bliżej niezidentyfikowany, najprawdopodobniej będący gąsienicą jakąś. no boskie to było, zielone takie. najbardziej mnie rozwalił sposób przemieszczania się tego czegoś. zwijało się toto i rozplątywało, i szło sobie tak, jak sprężynką napędzane. spytałam kolegę, co się ze stworem stało, a on na to: jak to co? wypuściłem go. i za to go lubię :)
co byście zrobili, gdybyście chcieli wziąć prysznic, a na mokrym brodziku skrzydełkami do dołu leżałaby ćma?
ja wyjęłam ją na tekturkę i podmuchałam na jej skrzydełka a potem położyłam ją na parapecie za oknem. rano jej nie było, więc mam nadzieję, że nie zwiał jej wiatr, tylko odleciała o własnych siłach.
no tak już mam, że wszelkie żyjątka wzruszają mnie niemożebnie. oprócz rybików w łazience może... a Albertynka była na Mazurach :) dziś cała noc ją słyszałam, lata w swoim kołowrotku jak szalona, aż zaczął skrzypieć :) zrobiłam jej plac zabaw z kartonu i łazi po jego krawędzi, chyba mnie kocha, bo szuka mojego zapachu i tam, gdzie idę ja, tam idzie i ona. ja w prawo, Albertyna w prawo, ja zakręcam w lewo, ona za mną :) a dziś mi dwa razy spierniczyła i schowała się pod łóżkiem... bałam się, że nie wylezie i coś jej się stanie, ale jakoś udało mi się ją złapać...
a pierwszy dzień w pracy po urlopie jest straszny. a w urlopie najlepsze jest czekanie na niego. to taka refleksja na dziś. a w ogóle to zeżarłam już trzy nurofeny ultra forte fast czy jakieś inne świństwo a łeb jak bolał tak boli. już se nie radzę. nigdy w życiu nie miałam migren, a tu proszę. a propos migren- ostatnio przejrzałam jakieś swoje stare notatki i znalazłam taki oto ciąg skojarzeniowy:
świat--> globus--> ból głowy-->nad Niemnem--> Niemen-->dziwny jest ten... świat
Subskrybuj:
Posty (Atom)



