sobota, 28 listopada 2009

hasło: ognista kula...



mam 9 lat.
stary dom babci. strome, skzypiące,  drewniane schody prowadzące na górę, otwieram drzwi na zasuwkę i już jestem w środku. strych. przez niewielkie okno wpada promień słońca. oddycham kurzem. wielki kufer pełen skarbów. pewnie był w nim kiedyś posag babci... młynek do kawy na korbkę, w którym my, dzieci, mielimy fasolę :) sterty ubrań. butelki z kapslem. książki. nikt niepowołany nie wejdzie. mamy swoje hasło. wpuszczamy do tego magicznego świata tylko osoby uprawnione.

po podwórzu biegają kury. bawimy się w podróż w kosmos. rysujemy patykiem na piasku rakietę i wsiadamy do środka. startujemy. w ogródku kwitną aksamitki, na które babcia mówi turki. latryna jest na zewnątrz domu. drewniana klitka. w drzwiach otwór, przez który kontempluję przyrodę. muchy. lato to ich żywioł.

kopiemy w ziemi dziurę, zasłaniamy ją dyktą i zasypujemy to piaskiem. czekamy, aż jakiś "dorosły" przyjdzie i nabierze się na naszą pułapkę. bujamy się na bramie. wróżymy sobie z liści akacji... w myśli, w sercu, na ślubnym kobiercu... bawimy się w boże ciało. wyrywamy babci z ogródka róże i sypiemy płatki na drogę, którą idziemy...

któregoś dnia następuje nieszczęście. nasz kot, ciciol, wpada pod samochód. zostaje po nim tylko ogon. postanawiamy go pochować. z dwóch patyków związanych sznurkiem robimy krzyż i wbijamy go w mogiłę kota. przybiega wzburzony wujek i niszczy krzyż. nie rozumiemy tego.

ze stodoły wyciągamy stary motor brata babci. nie pamiętam marki. idziemy na polną drogę, pchamy motor, a dumny kierowca usiłuje złapać równowagę. sąsiadowi wylewa szambo. ewakuujemy się do domu i usiłujemy nie oddychać.

wieczorem padamy z nóg po całym dniu wrażeń. ale resztkami sił planujemy nocny wypad na strych w celu wywoływania duchów. musimy tylko uważać, aby nie przywołać do siebie duchów konopnickiej i curie skłodowskiej, bo są podobno wyjątkowo wredne... rodzice gonią nas do kąpieli. na starym piecu z fajerkami podgrzewają wodę, wlewają ją do plastikowej michy i każde z naszej trójki się pucuje w tej samej wodzie. jedno po drugim. najgorzej ma to ostatnie z nas. w wodzie pływają mydliny, a rodzice mówią, że mamy nogi czarne jak święta ziemia.

tak sobie dziś z rozrzewnieniem wspominam. carlos ruiz zafon twierdzi, że wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło. kiedy jest mi źle, faktycznie tak się dzieje. marzę. ale dziś jest inaczej. dziś wytarte, stare obrazy na nowo odzyskują kolor, przechodzi przez nie słońce, a ich kontury się wyostrzają. dziś znów jestem w rodzinnym domu babci. dziś znów mam 9 lat...

czwartek, 26 listopada 2009

metafizycznie





śmierć nie może być końcem. jakiś pierwiastek człowieka zostaje. gdzieś. czasem wraca, komunikuje się z tymi tu, na ziemi. przekazuje swoją energię. przesyła wiadomość. jestem. wciąż jestem... miałam dziś okazję czegoś takiego doświadczyć. nigdy bym się tego nie spodziewała i jako raczej racjonalnie myśląca osoba próbowałam znaleźć wytłumaczenie. nie potrafię. ktoś tu był. i nie sądzę, żeby był to mój urojony duch, z którego raczej się śmieję niż boję. ciocia Zuzia przyszła się pożegnać. czuję się wyróżniona. nie ma we mnie strachu... co więcej, jestem wdzięczna. i wierzę. wierzę w takie znaki. od dziś...

sobota, 21 listopada 2009

...

boję się, że to co było już nie powróci, a to, co mogłoby się wydarzyć, nigdy nie nadejdzie... boję się pustki w sobie, przepełnienia pragnieniami odkładanymi na potem, którego wiem, że nie będzie. duszę się.

wdycham lakier do paznokci.
kolejna warstwa przykrywająca niedoskonałości. cała ja.

wtorek, 17 listopada 2009

terroromans

...ktoś szarpie struny gitary
idę tam, skąd dobiega głos
podchodzę
czerń i biel
napięcie, zetknięcie warg

wszystko jest bardzo realne, słyszę dźwięki, czuję emocje

"masz w oczach księżyce..."

co to było...?

więc nowocześnie terroryzuj, romantycznie hipnotyzuj mnie...



poniedziałek, 2 listopada 2009

"gdzie tu jest ginekologia?"

                                                


wiedziałam, że obżarstwo przed snem nie skończy się dobrze... na środę umówiłam się do ginekologa, ale mój umysł najwyraźniej postanowił wyprzedzić fakty. już dziś w nocy odwiedziłam panią doktor...

normalnie wizyta przebiega tak, że najpierw rozmawiamy, a potem idę do oddzielnego pomieszczenia, w którym się rozdziewam na tyle, na ile to potrzebne do badania :)  a tutaj, nie wiedzieć dlaczego, najpierw rozebrałam się do naga, a dopiero potem postanowiłam udać się do tego drugiego pokoiku. no i tu się zaczęło! okazało się, że tego pomieszczenia nie ma, a ja goła jak święty turecki wyszłam na korytarz pełen ludzi. na szczęście dorwałam skądś jakąś kołdrę (zapewne tę, pod którą właśnie spałam) i okryłam nią swoje wdzięki. biegałam po całej przychodni, pytając wszystkich, gdzie tu jest ginekologia? korytarze zaczęły się mnożyć, pamiętam miejsce, z którego były trzy odnogi.  jakaś pielęgniarka wskazała mi schody na górę, ale ona zaprowadziły mnie na oddział dla noworodków. jakaś kobieta pokazywała mi swoje dziecko i mówiła, że jest bardzo chore. potem trafiłam do sali szpitalnej, w której leżeli inni pacjenci. nagle znalazłam się w poczekalni pełnej ludzi. kołdra zaczęła mi zjeżdżać, więc postanowiłam uciec gdzieś, gdzie będę mogła się w nią bez świadków szczelnie owinąć. wyjściem ewakuacyjnym wyszłam na dach, ale tam nagle pojawił się jakiś grajek i ściągnął za sobą publiczność. znów musiałam zmienić lokalizację. zapytałam kolejną pielęgniarkę, gdzie znajdę ginekologię, a ona kazała mi iść za sobą. pamiętam uczucie lekkości, jakbym jechała lub leciała, nie musiałam martwić się tym, gdzie jestem, po prostu szłam bezmyślnie za nią. nagle znalazłyśmy się w tym samym miejscu, w którym byłam wcześniej, tym z trzema odnogami korytarzy. wskazała mi jedną z nich i znikła. poszłam tą drogą i znalazłam tam szereg łóżek szpitalnych, a może do masażu, w każdym razie poruszały się, jakby były właśnie testowane (coś na kształt mebli w ikei, które czasem są poddawane mechanicznie takim próbom). miałam niejasne uczucie, że to jakiś projekt objęty tajemnicą i nie powinnam była tego zobaczyć. pamiętam też, że myślałam o czekającej na mnie lekarce, o tym, że na pewno się wkurza, że mnie nie ma (kolejny raz ten motyw!) niestety nie było mi dane stawić się na badanie, bo się przebudziłam. swoją drogą dobrze, że nikt nie zabrał nagiej, owiniętej w kołdrę dziewczyny latającej po szpitalu na oddział psychiatryczny...

niedziela, 1 listopada 2009

gdzie czas stanął w miejscu...


 


stare kamienice.
osypujące się tynki.
historia wyryta w murach.
echo zgiełku miasta.
chłód.
twarze zaklęte w kamieniu.
zadumanie...
ile widziały przez te wszystkie lata?
do kogo należały?
jakie by były, gdyby tchnąć w nie życie?

tu czas stanął w miejscu...
kiedyś tam wrócę...