czwartek, 4 grudnia 2014

[*]


dziś minęły dwa lata...


 

wtorek, 25 listopada 2014

czas




dni naszego życia skapują w dół kroplami, łącząc się w jedną całość. czas jest szemrzącym strumieniem, w którym kąpiemy swe śmiertelne ciała. dzisiaj jest jutrzejszym wczoraj.


piątek, 21 listopada 2014

Gloria


Chwała wam zające na łące
Zakochane w biedronce*



wtorek, 4 listopada 2014

wspomnienie


ot co...




wizyta u dentysty


... chyba najmilsza z możliwych ;)






piątek, 17 października 2014

to jest ten moment


czas połyka kolejne dni, a jeden od drugiego niewiele się różni. ciągle w biegu. zadania do wykonania przepychają się w kolejce. permanentny brak snu, zmęczenie, zniecierpliwienie, rozdrażnienie, czasem brak zrozumienia. bezwzględna codzienność.

 bardzo trudno znaleźć chwilę na relaks. na zadumę. na odpoczynek. na radość. codziennie staram się jednak zatrzymać w czasie to mgnienie... wciskam wtedy pauzę na taśmie życia i myślę sobie: "to jest ten moment".


 na przykład, kiedy na spacerze pcham wózek z Maluniem po względnie wygodnej drodze i uda mi się zagapić na drzewa. albo na kołującego nad nami kruka. słyszę, jak skrzydłami tnie powietrze i krzykiem zagłusza ciszę. albo jak w studnię zaglądam w wielką kałużę i z wody wyłaniają się odwrócone drzewa, niczym gigantyczne gałęzie kopru.


 rzadko mam czas tylko dla siebie. nawet spod prysznica wyrywa mnie często płacz, który trzeba ukoić. chciałam wrócić do malowania. nawet zaczęłam - lustro cierpliwie czeka, pokrywając się coraz grubszą warstwą kurzu. książkę wypożyczoną z biblioteki przedłużam już trzeci miesiąc. chce mi się krzyczeć, kiedy po czterdziestu minutach snu słyszę znajome westchnięcie i kwilenie. proces usypiania dziecka to moja trauma. czasem trwa i trzy godziny z małymi przerwami... są chwile, że po prostu zwyczajnie po ludzku jestem zmęczona.


... ale kiedy idąc lasem po tych nierównościach, krzaczorach i wertepach widzę, że w wózku otwierają się małe ślepia, a na mój widok na buźce pojawia się szeroki uśmiech, odsłaniając szparę między zębami, myślę sobie: "TO JEST TEN MOMENT"...

wtorek, 16 września 2014

synku mój...

... Stefulinku Bambulinku :) 

wiedziałam, że mimo swej ogólnej niechęci do dzieci, trafi mnie, jak pojawisz się TY, ale nie sądziłam, że może być aż tak intensywnie :) pięknie jest obserwować, jak zmienia i rozwija się taki mały człowiek. codziennie fundujesz nam wielką porcję wzruszeń i radości, z każdym dniem jesteś inny. nie ma już tego maleństwa, które wyszło z mojego brzucha, które wiecznie było do mnie przyssane, a kiedy nie było, to płakało. nie ma tego chłopczyka, który czasem puścił nam niepewny uśmiech, by za chwilę znów się zachmurzyć. mimo to Twój Tato mówi, że jesteśmy jak cebula, otuleni kolejnymi warstwami i że nawet jako dorośli ludzie mamy w sobie te wszystkie postacie, którymi wcześniej byliśmy...

co wiem o Tobie do tej pory? z pewnością nie jesteś niejadkiem :) uwielbiasz być podłączony pod Mamusię, którą ubezwłasnowolniłeś w drugiej dobie życia :)

Twoim pierwszym zębem była prawa dolna jedynka.

masz trudności z zasypianiem, lubisz być bujany, zasypiasz w wózku na największych wybojach lub przy matczynej piersi i w zasadzie nie ma innej opcji. no jes t- trampolina, ale to podchodzi pod bujanie.

na początku strasznie płakałeś przy kąpieli, teraz przyjmujesz ją z radością, chlapiesz girkami i robisz na podłodze powódź. dziś nawet przekręciłeś się w wanience na brzuszek. a ledwie się tam mieścisz :) wózek musieliśmy przerobić z gondoli na spacerówkę jak miałeś 5 miesięcy, bo zrobiło się za ciasno :) wszyscy się dziwią, że jesteś taki duuuży. teraz ważysz 10 kilo i powiem Ci, że to się czuje...

z wiecznie kiedyś zapłakanego dzidziusia zmieniłeś się w pogodnego chłopaczka. najkochańszy jesteś rano, kiedy wyspany i najedzony w piżamce przeciągasz się w naszym łóżku. my wygięci walczymy o każdą chwilę snu, ale Ty nie dajesz za wygraną. dziś na przykład klepałeś mnie po plecach, potem szczypałeś tymi swoimi łapkami z dołeczkami, a na końcu strzelałeś mi z ramiączek od stanika :) kiedy nas widzisz na twojej buźce od razu pojawia się uśmiech. czekasz na zaczepki, na myzianie, na wygłupy, czasem rechocząc już na zachętę. mimo zmęczenia i niewyspania, mimo czasem nieprzyzwoicie wczesnej pory uwielbiam te chwile.  kocham leżeć z Tobą twarzą w twarz i z bliska zaglądać Ci w oczy, robić z Tobą "noski eskimoski", głaskać Cię po coraz bardziej gęstych włoskach i całować wszystkie pulchności Twoje. wtulać się w pulaski, gilgotać Cię pod kolankami, masować Twoje milutkie stópki :) :) :) czysta rozkosz. uwielbiam też obserwować Cię, kiedy śpisz. wydymasz wtedy usteczka i zapada Ci się bródka. czasem się marszczysz, a kiedy indziej się uśmiechasz. czasem dobry humor włącza Ci się w środku nocy, co objawia się tym, że gadasz po swojemu albo wyśpiewujesz nam całe arie operowe :)

masz swój własny dowód osobisty. kolor oczu: szare (tak naprawdę taki kolor chyba nie został jeszcze nazwany, to coś między grafitem, brązem a zielenią), wzrost: 80 cm. podany tak trochę na wyrost. płeć mężczyzna. lat: zero :)

boisz się baniek mydlanych. chciałam Ci zrobić radochę, a okazało się, że na ich widok zaczynasz płakać. nic to, spróbujemy za jakiś czas.

lubisz komiksy. zwłaszcza Kajko i Kokosz Ci podchodzi. uwielbiasz obraz namalowany przez Tatę, który przedstawia "Rudą Dziewczynkę" (wyziera z niego pewne podobieństwo do Twojej Mamusi...), na którego widok żywo reagujesz. podobnie cieszy Cię mała mordka po drugiej stronie lustra. w ogóle zrobił się z Ciebie mały śmieszek, czasem wystarczy drobiazg, żebyś zaczął śmiać się do rozpuku, uruchamiając przy tym jakieś mechanizmy naśladujące wodę gotującą się w imbryku :) albo chichrasz się tak, że aż słychać wodogrzmoty Mickiewicza a na końcu dostajesz czkawki :)

jak miałeś cztery miesiące nauczyłeś się robić "E.T." z Mamusią, co polega na tym, że wyciągam do Ciebie swój palec wskazujący i mówię "E.T.", a Ty dotykasz go swoim paluszkiem wskazującym i wtedy słyszysz "go home"... :)

do piątego miesiąca życia żywiłeś się tylko mlekiem Matki swej. przez chwilę mieliśmy małą zawieruchę, ale przywróciliśmy laktację i jako orędowniczka naturalnego karmienia najadałam Cię: w trawie na łące, w lesie siedząc na pieńku, nad niejednym jeziorem, na plaży nad morzem, na pasażu centrum handlowego, w samochodzie, w urzędzie, w bibliotece, w Ikei (w dziale sypialnia), w ruinach zamku, który akurat zwiedzaliśmy... bo musisz wiedzieć, że jesteś małym podróżnikiem. byłeś już na Mazurach, nad morzem, w Wielkopolsce, w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, a nawet na Pustyni Błędowskiej ;)

a wracając do kwestii jedzenia, to jest to Twoja wielka namiętność :) teraz oprócz mleka dostajesz także obiadki i deserki. do tej pory ze zdecydowanym sprzeciwem spotkały się tylko ziemniaczki ze szpinakiem, co być może wynika z tego, że jesteś nieodrodnym wnukiem swojej Babci, która na widok-ba, nawet na samą myśl o szpinaku, dostaje palpitacji... najbardziej oczywiście wchodzą Ci deserki, lubisz gruszki, dziób otwierasz zanim jeszcze zdążę nabrać na łyżeczkę kolejną porcję... za to przestałeś umieć pić z butelki, gryziesz smoczek albo gadasz coś do niego. a dziś pierwszy raz jadłeś jogurt.

teraz rozwalasz się w naszym łóżku, za chwilę wyeksmitujemy Cię do Twojego łóżeczka, żebyś w środku nocy ponownie do nas powrócił. kiedy się budzisz Twój Tato, śpiący na wylocie, wstaje i mi Ciebie podaje do karmienia. rozespana przytulam Twoje ciepłe (a czasem zmarznięte, bo zawsze skopujesz kołderkę!!!) ciałko do siebie, próbuję ignorować zaciskające się na moim sutku zęby i tak już zostajemy do rana...

a jutro znów czeka nas dzień pełen atrakcji. śpij nasz Maluniu, niech Ci się przyśni coś miłego. 

kocham Cię niewymownie.


wtorek, 5 sierpnia 2014

taka sytuacja...





mam zaszczyt ogłosić, że 23.08.2014 w samo południe Ta Co Nigdy Nie Wyjdzie Za Mąż z Tym, Który Nigdy Się Nie Ożeni powiedzą sobie tak...


czwartek, 24 lipca 2014

niewiadoma



nagle świat się mieści w twoich oczach...


środa, 25 czerwca 2014

nie zapomnę


zwyczajny poranek. pobudka przed szóstą rano. ostatnie nadzieje na sen udaremnione przez głośne, radosne okrzyki. cóż robić- nieprzytomna zwlekam się z łóżka i idziemy z synem do ogrodu. tam zwykle siedzimy sobie na huśtawce i w ramach rozrywki śpiewam Małemu piosenki. on jeden potrafi docenić, czym jest sztuka wokalna w wykonaniu mamusi...

i tak przy tej okazji przypomniała mi się piosenka, którą śpiewali moi rodzice na wszelkich zlotach rodzinnych. przeniosłam się na chwilę w czasie. las. drewniana altanka w kształcie sześcianu, na środku stół, a wokół niego rada starszych zgromadzona w celu zakłócania ciszy nocnej. Tata z nieodłączną mandolą i Mama, z lubością zawsze śpiewająca drugim głosem. " w drogę z nami..."

zaśpiewałam Stefankowi. coś na chwilę stanęło mi w gardle. 

po śmierci Mamy bałam się, że Ją zapomnę, że nie będę pamiętać Jej śmiechu, głosu. usłyszałam Ją dziś znowu. te ich piosenki są jak linki podtrzymujące namiot, w którym skrywa się tamta mała dziewczynka, którą kiedyś byłam. a ona ma codzienny kontakt z Mamą. poza tym coraz częściej łapię się na tym, że powielam Mamine zapędy, zachowania, tendencje. oglądając ostatnio wywołane zdjęcia dziwię się swojej twarzy. w ostatnim czasie musiała się zmienić. zaczęłam się uśmiechać Jej uśmiechem. z tych fotografii patrzą na mnie Jej oczy.

nie wiem, czy powodem jest to, że zaczynam się starzeć, czy może to, że teraz sama jestem Mamą. przestałam się jednak bać. nie zapomnę. wystarczy, że spojrzę w lustro...

czwartek, 22 maja 2014

trzy miesiące razem




trzy miesiące nieprzespanych nocy. trzy miesiące brudnych pieluch. trzy miesiące baru mlecznego. trzy miesiące wypełnione skrajnymi emocjami. frustracja, bezradność, radość, szczęście, śmiech.

trzy miesiące razem :) kocham :*

poniedziałek, 12 maja 2014

odpowiadam


pytasz, jak się czuję. patrzę ci w oczy i wzdycham. zasypana lawiną rozkoszy nie umiem ubrać tego stanu w słowa. rozedrganie. lód i ogień w jednym. podrażnione zmysły. wydrążony owoc. 

zadowolona mruczę jak kotka. karmię się ciepłem twojego ciała. zasypiam w kąciku twoich ust.


piątek, 2 maja 2014

wewnątrz


wchodzę w zupełnie inny, odrealniony świat. zostaję wessana do jego środka. chłonę barwy, zapachy i kształty. wewnątrz jest miękko, magicznie i słodko. a czasami strasznie. 









czwartek, 17 kwietnia 2014

młyńskie koło


przytuliłam się do drzewa. w tle stukanie dzięcioła, ptasie trele, szum wiatru i słońce próbujące przebić się przez zamknięte powieki. chwila na naładowanie akumulatorów po kolejnej nieprzespanej nocy.

dostałam bukiet żółtych tulipanów. sernik i szarlotkę.

i syna do nakarmienia. przyprószyłam go przez przypadek cukrem pudrem. i bez tego jest słodki.

koper włoski, anyż, czarnuszka, kozieradka. to wszystko zmieszane ma się równać mleku. u mnie to równanie jest zaburzone. bolą mnie piersi i serce. bo syn ciągle głodny. a ja nie mam wystarczająco dużo pokarmu. każda komórka ciała woła o sen. a w głowie młyńskie koło napędzane zmęczeniem.


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

cellulitis


chyba gdzieś zagubiłam siebie. zapominam, co lubię. nie umiem zainteresować się czymś innym, niż to, co aktualnie na tapecie. to nawet nie to, że stałam się TYLKO mamą. ja przestaję chyba wiedzieć, kim w ogóle jestem. a MAMĄ też nie jestem jeszcze w stu procentach. ostatnio składam się z przeczytanych artykułów i książek na temat noworodków, poczucia winy, permanentnego niewyspania, głodu zaspokajanego w biegu, wrażenia, że ciągle jest coś do zrobienia w stałym niedoczasie, mapy bolących miejsc i cellulitisu na dupie. i jeszcze momentami z czułości nie do opisania. ale to zupełnie inna historia... 

czy ja jeszcze tu jestem? 

środa, 9 kwietnia 2014

tabula rasa


wczoraj przyszła pierwsza wiosenna burza. zelektryzowani jej przybyciem zagapiliśmy się w dachowe okno sypialni. trwający już jakąś chwilę płacz ustał. wielkie oczy patrzyły z ciekawością na krople rozpłaszczające się na szklanej tafli szyby. ich dudnienie działało uspokajająco. czas zwolnił.

co myśli sobie mały Człowiek w takiej chwili? czy gdzieś w podświadomości zachowa ten moment w pamięci? czy zadrukuje rozmytymi przez deszcz literami część swojej tabula rasy? codziennie karmię Go nowymi wrażeniami, drażnię Jego zmysły, dostarczam nowych doświadczeń. przez dziewięć miesięcy byliśmy jednością. teraz, odseparowani, w dalszym ciągu chłoniemy świat razem. mały Człowiek rośnie ponieważ nasiąka nowymi przeżyciami. to wielka odpowiedzialność kształtować taką małą Istotę, malować Jej jestestwo według sobie znanych wzorów i wybranymi przez siebie kolorami. 

kap kap kap

jak kroplówka codzienność sączy się do Jego duchowych żył.

kap kap kap

moje piersi płaczą mlekiem.

niedziela, 16 marca 2014

Pan Bułeczka


nosiłam Go w sobie przez dziewięć miesięcy. czułam jak to dojrzewające życie miota się we mnie. widziałam je na zdjęciach USG. regularnie słuchałam bicia Jego maleńkiego serduszka - a mimo to wciąż nie wierzyłam...

moment, kiedy pierwszy raz Go zobaczyłam, kiedy usłyszałam Jego krzyk i poczułam Jego ciepło na swojej skórze, pamiętam jak przez mgłę. na tym etapie porodu już mało do mnie docierało. pierwszą noc spędziliśmy oddzielnie, bo nie byłam w stanie się Nim zająć. czułam się jak wyrodna matka.

cały czas się ze sobą oswajamy. bałam się, że w dalszym ciągu nie będę wierzyć, że On istnieje, że już jest z nami, że nie będę umiała pokochać Go tak, jak tylko matka potrafi kochać swoje dziecko. 

słucham Jego westchnień, oglądam maleńkie paznokietki, głaszczę po aksamitnych włoskach, studiuję śmieszne mechate, powywijane uszka, całuję cudne stopki, przytulam do siebie Jego kruche ciałko, patrzę Mu w oczy i... nie wydaje mi się, żeby to, co czuję było efektem zalania mojego mózgu oksytocyną, jak to ktoś zasugerował. to jest cud. nie było Go i nagle się pojawił. powołaliśmy do życia nowego człowieka.

są momenty, kiedy ze zmęczenia oboje snujemy się jak zombie, kiedy padamy na pysk, marzymy choć o chwili snu, kiedy nie mamy czasu nawet pójść do toalety, kiedy przestajemy kontrolować ogólnie panujący chaos i bałagan, kiedy potykamy się o własne cienie, nie mamy kiedy zrobić czegoś do jedzenia, bywamy bezradni wobec płaczu, zmagamy się z pierwszymi problemami związanymi z rodzicielstwem, ale... przychodzi taki moment, że leniwiec przelewa się przez ręce, ziewa, mając wszystko w dupce lub w jeszcze niekontrolowany sposób się uśmiecha i wszystko mija. całe zmęczenie, zniecierpliwienie i stres. niedogodności związane z połogiem. ból. permanentny niedoczas. wszystko to oczywiście daje o sobie znać, ale największą nagrodą jest On. Pan Bułeczka, który wiecznie głodnym jest i wisi uczepiony do mamusi przez 3/4 doby :) sytuacja sprzed porodu niewiele się więc zmieniła: mimo, że rozłączeni, wciąż jesteśmy prawie nierozłączni.

kiedyś mój Luby rzekł mi, że mnie kocha, a zapytany, skąd o tym wie, odpowiedział: "bo jak na Ciebie patrzę, to chce mi się płakać." słowa te co prawda różnie interpretować by można ;) jeżeli jednak jest w tym jakaś ukryta mądrość, to znaczy, że moje obawy były bezpodstawne, bo kiedy Pan Bułeczka zasypia przy mojej piersi, kiedy kwili jak ptaszek lub meczy jak koza, kiedy zwisa z moich ramion i czuję Jego rozkoszne ciepełko, to nie tylko chce mi się płakać, ale wyję jak głupia, śmiejąc się przez łzy.

to że Go urodziłam poczytuję za coś niemożliwego, co by się nie stało, gdyby nie pomoc Toma. ale mam też przeświadczenie, że moja Mama była przy mnie i dawała mi siłę. bardzo mi smutno, że nie doczekała wnuka, bo wiem, że oszalałaby na Jego punkcie. ale mam też przeczucie, że gdzieś tam, miała wpływ na to, jaki On będzie i śmieję się, że zwyciężyła Jej miłość do Taty, bo nie wiedzieć dlaczego, kiedy patrzę na swojego syna, widzę... swojego ojca :)

czwartek, 27 lutego 2014

wszystko, co piękne, rodzi się w bólu



trzy dni przed Tym Wielkim Dniem upiekłam Stefanowi ciasto urodzinowe, co by Go zmotywować do wyjścia. chyba będzie z Niego słodki Leonek, bo podziałało :)

tak. mamy Go :)

pamiętna data: 22.02.2014, godzina 14.44, 4130g, 60 cm.

tak wygląda Stefan w liczbach :)

po wielu komplikacjach się udało. jesteśmy najszczęśliwsi na świecie i straaaasznie wiewyspani :)

sobota, 15 lutego 2014

always look on the bright side of life...


znajoma ciężarówka ze szpitala dzwoni do męża:
- ... i przywieź mi jeszcze gumy, ale do żucia!

tę samą pytam o płeć malucha, którego w sobie nosi:
- a ty masz chłopaka?
- nie, męża!

również ona podczas obchodu słyszy nagle od lekarza:
- a pani ma zakażenie płodu tak?
ona z nerwów blada i sina, a lekarz ze stoickim spokojem rzecze:
- a nie, to nie pani, pomyliły mi się karty pacjentek...

chcąc ogarnąć przez telefon sprawy rachunkowe schowałam się pod prysznicem, żeby mieć chwilę spokoju i skupienia. nagle wchodzi położna:
- szukam pani wszędzie, chciałam sprawdzić tętno maluszka.
- a ja się tu wyalienowałam, bo muszę rachunki pozałatwiać...
po chwili spędzonej z pelotą od KTG
- no dobrze, może pani wracać do biura...

słyszę na korytarzu śpiewy, to moja ulubiona położna uprawia sztukę wokalną.
ona: - a to śpiewałam ja, Aneta!
ja: - łubudubu, łubudubu...
salowa, myjąca akurat podłogę: - a gdzie krawat? klient w krawacie jest mniej awanturujący się!

położna podłącza mi KTG i do ręki daje jakiś joystick i mówi: to do ruchów, po czym wychodzi. ja zdezorientowana nie wiem, co z tym zrobić i z lekkim popłochem jeżdżę sobie tym po brzuchu, po czym okazuje się, że mam wciskać przy każdym ruchu Stefana przycisk na końcu tego ustrojstwa...

moja "współwięźniarka" z celi nr 305 z kolei o 6 rano dostaje w biegu jakieś czopki i słyszy: to na rozluźnienie szyjki. idzie więc do toalety zaaplikować sobie ów specyfik w odpowiednie miejsce, przy czym pobyt na oddziale ginekologicznym sugeruje, że znajduje się ono raczej z przodu... nic bardziej błędnego. :) jak poszła do położnych zapytać, czy dobrze zrobiła, spotkała się tylko z pobłażającymi uśmiechami... na szczęście zdołała to jakoś z siebie wydobyć...

codziennie po oddziale chodzi ksiądz i charakterystycznym zaśpiewem obwieszcza:
- komunia święta!
wpadam na niego na korytarzu.
on: - tak patrzę, jak pani to swoje dziecko głaszcze po główce (znaczy po górze brzucha)
ja: - proszę księdza, główkę to on ma tu... (i pokazuję mu dół brzucha)
on: - ja jestem facetem, mogę się nie znać...

jedziemy do szpitala na kontrolne KTG. parkujemy w strasznym błocie, wysiadam  więc wcześniej, żeby w nim nie ugrzęznąć, ale samochód się zakopuje i spod tylnych kół wprost na mnie leci zawartość kałuży. włosy, twarz, płaszczyk, buty, torebkę - wszystko mam srogo zachlapane. idę taka do gabinetu zabiegowego, kładę się na kozetce i mówię do położnej:
- niech pani zobaczy, jak mnie mój własny chłop załatwił!
ona patrzy na mnie i mówi:
- no, w tym to chyba oboje braliście udział...
- ale ja nie o brzuchu mówię, tylko o tych obłoconych spodniach!



tak, to ja... jeszcze w życiu nie miałam tak "kobiecych" kształtów :)

wtorek, 11 lutego 2014

11 lutego


11 lutego. pamiętna data. na wolność wychodzi niejaki Mariusz T. na wolność wyszłam i ja. po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu. kolejny raz. ale to nic, to nic. jeszcze mamy trochę czasu. 

dwa dni temu moje kochanie przemyciło mi kurteczkę i buciki i zabrało mnie na spacer. na powietrze. na słońce. dodatnie temperatury w lutym, mimo zapowiadanych trzydziestostopniowych mrozów. podobno pogoda była kapryśna i dlatego prognozy się nie sprawdziły.

a my? rośniemy. Stefan według wczorajszych szacunków ma około czterech kilogramów. przerażenie me się wzmaga. przy całej mej chudości jedynym elementem wskazującym na ciążę jest brzuch wielkości piłki lekarskiej. poród naturalny?! nigdy w życiu!

ostatnie dwa tygodnie były dziwne. cały ten czas zlewa mi się w jeden długi dzień i przerywaną co trzy godziny noc. wrosłam w krajobraz sali numer trzysta pięć. poza tym wszystko inne co chwilę się zmieniało. zmieniały się kobiety. każda z nich miała do opowiedzenia tysiąc mniej lub bardziej krwawych historii porodowych. czasem słuchając ich wyłam w poduszkę. czasem wypłakiwałam się w ukochaną ciepłą klatkę piersiową. czasem gubiłam słone krople na schodach albo pod prysznicem. a czasem śmiałam się jak głupia, sama już nie wiem z czego. 

teraz jestem w domu. choć na chwilę. trochę siedzę jak na szpilkach, przecież w każdej chwili Stefan może postanowić się wyprowadzić. teoretycznie ma jeszcze tydzień, w praktyce nigdy nic nie wiadomo. nie jestem przygotowana, torba rozpakowana, pranie się suszy. jutro muszę spakować się ponownie. 

ale póki co Mały co jakiś czas wystawia girkę. po lewej stronie mruczy Jego Rudość Kacper, po prawej wtula się we mnie Gustaw. pod ścianą Sajmon macha ogonem przez sen. w eterze Porter i Lipnicka. no i w każdej chwili mogę się znów przytulić...

jeszcze trochę. damy radę. musimy. i czeka nas cudowna nagroda: weźmiemy w objęcia Naszego Synka. 


wtorek, 21 stycznia 2014

stan mało błogosławiony...


2830 gram wierzgającego w brzuchu szczęścia. główka na dole, po prawej stronie plecki i dupka, po lewej co jakiś czas wynurzająca się girka. jestem hipopotamem. i hipochondryczką. w oczach mam przerażenie. może to z niedoboru snu. nocne pielgrzymki do łazienki. nocny psychosomatyczny świąd całego ciała. nocne przewracanie się z boku na bok. poszarpane sny. strzępy dziennych lektur (na tapecie aktualnie skandynawskie kryminały) plus wizje porodu. wałkowane wciąż i wciąż. w różnych konfiguracjach. za każdym razem tak samo straszne. mam dość. fizycznie jest coraz ciężej. psychicznie...szkoda gadać. boję się. bardzo się boję. tego, co za mniej więcej miesiąc i tego, co potem. czy będę dobrą matką?

piątek, 10 stycznia 2014

pamiątka ze szpitala




i w zasadzie nic więcej nie chcę pamiętać, dlatego usunęłam wcześniejsze wpisy...
a Syn rośnie, wczoraj go inwigilowaliśmy i okazało się, że umie ziewać :) to wszystko staje się coraz bardziej realne, a nieubłagany metronom odmierza coraz mniej czasu do godziny "zero"...