czwartek, 29 kwietnia 2010

mycha :)


ciężko tę cholerę złapać w bezruchu, a co za tym idzie, zrobić jej zdjęcie, ale parę razy się udało...
oto Albert :)





środa, 28 kwietnia 2010

albert


mój kolega z pracy, Szu, posiada w tejże w swoim gabinecie grozy pająka. ptasznika. wielkiego, owłosionego potwora, którego wczoraj chciał nakarmić biedną, małą białą myszką. żywą myszką. przyniósł ją w tekturowym pudełku z kilkoma otworami do oddychania. żeby przypadkiem nie zdechła i była żywa podczas bycia pożeraną. co chwilę w którymś z tych otworów pojawiał się różowy nosek lub pazurki rozpaczliwie szukające drogi ewakuacyjnej. tatentychmiast zorganizowałyśmy z koleżankami szeroko zakrojoną akcję ratunkową. zamknęłam na klucz drzwi, za którymi czaił się potwór i wyrwałam z rąk oprawcy niedoszłą ofiarę. pojawił się problem, co z nią zrobić. w przekonaniu, że została zakupiona w sklepie zoologicznym na dole, poszłyśmy ją zwrócić. okazało się, że tam mają tylko szczury i inne gryzonie dziwacznej natury, ale myszka nie pochodzi stamtąd. miła pani z zoologicznego stwierdziła, że coś może wymyśli i ją zabierze. wyjęła ją z tego nieszczęsnego pudełka i wtedy po raz pierwszy zobaczyłam alberta :) wkulnął mi się na rękę i już nie zamierzał z niej zejść. stwierdziłam, że on na pewno chce zostać ze mną, ale nie mieszkam sama, więc musiałam wziąć  pod uwagę zdanie M. dla niego cała ta sytuacja była oczywiście niedorzeczna, mam sobie wybić z głowy myszkę, to nie jest dobry pomysł, a co z nią zrobimy, jak gdzieś wyjedziemy, a w ogóle to mam robić, jak uważam... ale chyba potrzebował czasu na przemyślenie i  po jakimś czasie odczytałam smsa o treści :jak bardzo chcesz, to ją weź... dziewczyny biorące udział w akcji ratunkowej aż piszczały z radości, ja zresztą też. i tym oto sposobem kierowana emocjami i kompletnym brakiem rozumu, wróciłam wczoraj do domu z albertem. dziś kupiłam mu nowy domek, oswajamy się ze sobą, boimy się siebie chyba w równym stopniu, ale myślę, że damy radę. w życiu bym nie przypuszczała, że będę mieć  mysz, która się źle kojarzy i nie jest jakoś szczególnie lubianym zwierzątkiem. myślałam, że będę się brzydziła wziąć ją na ręce, ale im dłużej przyglądam się temu szkrabowi, tym więcej sympatii do niego czuję. najsłodszy jest, kiedy śpi. zwija się w kulkę i opiera się na główce. przekomicznie to wygląda. ma białe, milutkie futerko, łysy ogonek i czerwone oczka  :) M. początkowo nie chciał nawet na nią patrzeć, ale potem do niej gadał i dziś zapowiedział, że zrobi jej sesję zdjęciową, bo jest śmieszna. podzielę się jej efektami na pewno :)

czwartek, 22 kwietnia 2010

make up, make down...



płatki do demakijażu 
płatki śniegu 
nie ma dwóch identycznych
a po uważnym obejrzeniu ślady rzęs na skrawku bawełny...







wtorek, 20 kwietnia 2010

wirtualny fryzjer


instrukcja obsługi jest taka:

-założyć słuchawki na uszy
-usiąść wygodnie
-zamknąć oczy
-poddać się Luigi'emu


miłej zabawy! :)



niedziela, 11 kwietnia 2010

dziwny to naród

to był trudny dzień. pozostawi swe engramy na długo. byłam w pracy, z lekka odcięta od świata rzeczywistego. przyspawały mnie do niego trzy telefony. katastrofa. wciąż nie wierzę...


co robi naród pogrążony w żałobie? widziałam dwa obrazki. jeden w telewizji, drugi na żywo. i coś we mnie puchnie, rośnie, chce się wydostać na zewnątrz. ten obrazek z telewizji można by oprawić w ramki. wszyscy smutni, zgromadzeni przed Pałacem Prezydenckim, zapalają znicze, modlą się, płaczą... ja widziałam coś innego.


dzikie tłumy w cudach i atrakcjach. stumilowe kolejki. zasapana gawiedź. robiąca syf. robiąca zamęt. kupująca szmaty na potęgę. niby powinnam się cieszyć, bo utargi zajebiste,ohohoho. tylko z całym szacunkiem, może chociaż czasem jakaś chwila zadumy? postoju. kasa to nie wszystko. jutro centrum zamknięte, ale taki werdykt wcale nie był dla osób decyzyjnych oczywisty. bo kasa. kasa. kasa... 


dziewczyna około 15 lat. ochrona zwinęła ją za kradzież trzech par kolczyków za jakąś śmieszną kwotę. siedzi na zapleczu, zapłakana czeka na przyjazd policji. przychodzi jej ojciec, którego powiadomiła, że ma ją odebrać, pyta, co się stało. jako jeden z hersztów bandy muszę go uświadomić. jest w szoku. "jak to ukradła? mamy taki zwyczaj, że idziemy razem do centrum handlowego, ja siedzę i piję kawę, a ona biega po sklepach. ona jest jedynaczką, niczego jej nie brakuje, po co miałaby to robić?" co mam powiedzieć takiemu ojcu? w całej tej sytuacji jego najbardziej było mi szkoda.


jadę tramwajem. wpada czterech chłopaczków mniej więcej dwunasto- trzynastoletnich. rzucają kurwami. "-włączyć ci radio? - nie, cały dzień o tym trąbią, już kurwa nie chcę tego słuchać" dzieci. ze swoją wpisaną w ich istnienie niewinnością. jaka ja jestem naiwna! albo się już starzeję...


jadę dalej. nagle pod wpływem "energicznego" sposobu prowadzenia motorniczego odłupia się numer tramwaju. laska siedząca pod tymże i znienacka zaatakowana, chyba z nerwów dostaje ataku głupawki, a towarzysząca jej koleżanka wygłasza kwestię: "twój szczęśliwy numerek to...16!" uśmiecham się mimowolnie.


jestem już pod klatka schodową. panowie z administracji osiedla mocują biało-czerwone flagi. wśród tych dwóch kolorów przebija się niepozorna cienka czarna wstążka... 


co tak naprawdę zapamiętam z tego dnia? szczątki samolotu, czy to, że jadłam penne z sosem bolońskim zapiekane z serem pleśniowym? abstrahując od wszelkich sympatii i antypatii politycznych, niezaprzeczalnie jest to jeden z najsmutniejszych dni w historii Państwa Polskiego. nie wiem, czy jestem patriotką. ale wiem, że jestem zwykłym człowiekiem. Ci, Którzy Zginęli, oprócz piastowanych stanowisk też byli tylko ludźmi. kiedy dowiedziałam się, że Prezydent nie żyje, od razu pomyślałam o jego żonie, o tym, że jej bardzo współczuję. i może komuś wyda się to dziwne, ale ulżyło mi, kiedy okazało się, że ona zginęła razem z nim. najgorzej bowiem mają ci, którzy zostają...




zaczęłam z większą uwagą patrzeć pod nogi. ze zdumieniem stwierdzam, że jest to czynność pasjonująca. uwielbiam tworzyć w głowie nowe historie na podstawie tego, co widzę. a znalazłam już wsuwkę do włosów,   dwa fleczki zgubione zapewne w pośpiechu przez jakąś kobietę, kawałek łańcuszka na szyję, 20 groszy, ziemniaka w pobliżu sklepu (i już mam gotowy scenariusz, skąd się tam wziął...) oraz buty. buty są dość powszechne, zaraz po pustych butelkach,  zwłaszcza na łące obok mojego osiedla, która niebawem zostanie zrównana z ziemią i zamieniona w kolejną betonową oazę. ale to są wszystko oznaki życia. życia, które trzeba chwytać garściami, bo nigdy nie wiadomo, co komu pisane...

sobota, 10 kwietnia 2010

10.04.2010




kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że jesteśmy tylko pionkami na szachownicy wieczności...

[*]


piątek, 9 kwietnia 2010

o miłości nieidealnej



- Trudno o idealną miłość?
- Nie. Nawet ja nie chcę aż tyle. Chciałabym tylko móc zachowywać się jak zwykła egoistka. Prawdziwa egoistka. Na przykład mówię, że chcę ciastko biszkoptowe z truskawkami, ty rzucasz wszystko i biegniesz je kupić. Wracasz zziajany i podajesz mi je: "Proszę, Midori, oto ciastko z truskawkami", a wtedy ja mówię: "Nie mam już na nie ochoty" i wyrzucam je przez okno. Czegoś takiego potrzebuję.
- Zdaje mi się, że to nie ma żadnego związku z miłością- powiedziałem lekko zdumiony.
- Ma. Tylko ty tego nie wiesz. Są okresy w życiu dziewczyny, kiedy to jest nieprawdopodobnie ważne.
- Wyrzucanie przez okno ciastek z truskawkami?
- Tak. Chcę, żeby mój chłopak powiedział: "Zrozumiałem, Midori. myliłem się. Powinienem był się domyślić, że stracisz ochotę na to ciastko. Jestem głupi jak osioł i gruboskórny. W ramach przeprosin polecę jeszcze raz i kupię ci coś innego. Co byś chciała? Mus czekoladowy? A może sernik?"
- I co wtedy?
- Wtedy będę go kochać, bo na to zasłużył. 
- Myślę, że to kompletny nonsens.
- A dla mnie to jest miłość. Mimo, że nikt tego nie rozumie- powiedziała Midori, lekko potrząsając głową opartą o moje ramię.- Dla pewnego rodzaju ludzi miłość zaczyna się od czegoś zupełnie drobnego, od głupstwa. Albo nie zaczyna się wcale.


H. Murakami- "Norwegian wood"

czwartek, 8 kwietnia 2010

wszystko, czego potrzebujesz w tobie jest...


zawsze niech cię strzeże pozytywna moc :)


wtorek, 6 kwietnia 2010

dzienne Polaków rozmowy ...



Starszy pan grzebie w koszu z damską bielizną, losuje sobie gatki z kwiatkiem i zadaje następujące pytanie:

ON: - Czy to będzie dobre?
JA:- To zależy, jakiego rozmiaru Pan poszukuje...
On wyciąga z kieszeni karteluszkę złożoną na dwa i na dwa i z trudnością odczytuje:
ON: No taki rozmiar eM A iX, made in... (myśli intensywnie) ... ci co ich tak dużo jest!
JA: Chińczycy...?
ON: Tak! em a iks, made in China! (czytane tak, jak się pisze)
JA: U nas nie ma oznaczenia rozmiaru: max...
ON: Ale czy to będzie dobre?
JA: Ciężko mi doradzić, jak nie wiem, na kogo ma być dobre...
ON: No jak na kogo? Na mnie!

***

Podchodzi do mnie Pani Rycząca Pięćdziesiątka i pyta, czy mamy biustonosze w rozmiarze 105 E.

JA: Niestety nie, u nas miseczka kończy się na rozmiarze C.
ONA: Niemożliwe, bo sobie w waszym sklepie u nas kupiłam! Taki sobie kupiłam! 
Pani na środku sklepu przy innych klientach bez zastanowienia podnosi bluzkę i prezentuje mi swój obfity biust w rozmiarze 105 E odziany w jakąś czarną siatkę...
JA lekko zbita z tropu: A co to znaczy u nas?
Ona: No u nas, w NRD!

***

Do kasy podchodzi łysy pan w dresie, rzuca mi na ladę bluzę

JA: 69 złotych poproszę
ON zalotnie: A z czym się pani kojarzy liczba 69?
JA: Jest to iloraz inteligencji, od którego zaczyna się upośledzenie umysłowe...




niedziela, 4 kwietnia 2010

świąteczne feng - shui :)




czas refleksji i rozmyślań. też mi się z tej okazji coś odblokowało. jadąc samochodem miałam tyle głosów w głowie, że szkoda mi się zrobiło, że jeszcze nie ma możliwości nagrywania swoich myśli. bo zapisać nie zawsze jest jak, a to są czasem tak krótkie refleksy, że błysną i gasną niezapamiętane...

i tak sobie rozmyślałam nad skłonnością murakamiego do umieszczania studni w swoich książkach. może to hasło klucz? zastanawiałam się, jak to by było, gdyby zamiast siedzieć na dnie studni i nie móc się wydostać, można było przekierować siłę grawitacji w drugą stronę, tak aby wypychała na zewnątrz. i czy to by oznaczało, że chodzilibyśmy stopami po niebie, ciągnąc głową po ziemi? (with your feet on the air and your head on the ground...)


i o tym, jak wszystko się zmienia. jak przeszłość miesza się z teraźniejszością, przechodząc w przyszłość... o miejscach, które były, a już ich nie ma i o miejscach, których nie było, a są teraz. o tym, że jedynie za pomocą pamięci i aparatu fotograficznego możemy zatrzymać czas. o tym, że kiedyś gdzieś była dziewicza łąka, a teraz stoi osiedle betonowych wieżowców...

będąc na cmentarzu zatrzymałam na chwilę wybuchowe działanie hormonów, które atakowały przez cały dzień mój mózg. uspokoiłam się. zadumałam się na maleńkimi grobikami, z tłustymi aniołkami składającymi ręce do modlitwy, pilnującymi dzieci, którym było dane żyć tylko przez kilka dni. i nad kamiennymi tablicami na rodzinnych grobowcach, z których jedna była opatrzona imieniem i nazwiskiem, a druga czysta, jakby wciąż czekała na wyrycie na niej tego drugiego imienia... i nad tym, czy widnieje już tam jakaś niewidoczna data, czy już zostało gdzieś przez kogoś postanowione, jaka ona będzie...

myślałam też nad tym, jak się to dzieje, że czasem kilka razy spotkani ludzie mają na mnie lepszy wpływ niż ci teoretycznie  najbliżsi , których widuję na co dzień. i nad tym, jak to działa, że z niektórymi osobami nie widzę się przez dwa lata i czujemy się, jakby minęła chwila, mamy o czym rozmawiać i jest to bardzo naturalne, a z innymi osobami nie mam wspólnych tematów i robię się sztywna w środku, jak zostajemy sam na sam i muszę udawać, że jest zajebiście, a w rzeczywistości mam ochotę uciec jak najdalej...

ze mną jest chyba coś nie tak. nie potrafię bez bólu żyć w tym świecie w sposób, w jaki się tego wymaga. wkurzają mnie normy społeczne, wkurza mnie to, że coś wypada zrobić, że jakoś należy się zachować... że trzeba się śmiać z głupawych dowcipów, aby kogoś nie urazić, że należy się ubrać w określony sposób, że nie można komuś w twarz powiedzieć, że jest irytujący... coraz bardziej odkrywam w sobie kocią naturę, mam coraz większą ochotę pójść swoją własną ścieżką, z której nie będę musiała schodzić, bo komuś nie podoba się mój kierunek, bo ktoś mi narzuca lub oczekuje, że pójdę szybszym lub wolniejszym tempem, albo zboczę tam, gdzie on chciałby mnie zabrać. boje się tylko samotności. ale czymże jest samotność w tłumie, jeśli nie moim zamglonym spojrzeniem na otaczający świat, do którego chyba już nie pasuję...? może lepsza jest samotność w pojedynkę, sama już nie wiem. na pewno nie jest tak smutna jak ta niesamotność udawana...

...bo brak wtedy negatywnego feng-shui.

 i chuj :)


czwartek, 1 kwietnia 2010

nowy bakcyl?



coś mnie się zdaje, że go połknę niedługo... lomografia. "sztuka" improwizowana, nieprzewidywalna, odjechana. może to jest jakaś alternatywa dla idealnego, ostrego, równo wykadrowanego świata fotografii cyfrowej? powrót do korzeni czy profanacja? dla doświadczonych fotografików być może amatorszczyzna. mnie jednak zafascynowała. bez specjalistycznej wiedzy i bez zadęcia uzyskać można niezrównane efekty, być może w dużej mierze  przypadkowe, ale za to niepowtarzalne. chropowatość i niedoskonałość fotografii wabi. do tego powrót do czasów dzieciństwa, kiedy to z zapartym tchem czekało się na wywołanie 36 zdjęć, z których kilka było prześwietlonych, gdzieś w rogu pojawiał się palec lub ktoś został pozbawiony głowy i nie było miejsca na pomyłki i powtórki, na kilka podejść do jednego tematu i wybieranie najlepszej opcji a usuwanie pozostałych.  fotografia cyfrowa jest wygodna, użyteczna, ale nic nie zastąpi tego dreszczyku emocji, gdy odbiera się od fotografa kopertę z długo oczekiwanymi obrazami... jeżeli do tego obrazy te są na swój sposób magiczne i zniekształcone, czegóż chcieć więcej? czytając wiele lat temu "sklepy cynamonowe" miałam wrażenie, że oglądam świat przez kawałek brązowego, wygiętego szkła. patrząc na fotografie robione tą techniką mam podobne odczucia. rzeczywistość jest cudownie zdeformowana, przestaje być zwykła, nabiera nowego wymiaru... chcę go w sobie poszukać.