zwyczajny poranek. pobudka przed szóstą rano. ostatnie nadzieje na sen udaremnione przez głośne, radosne okrzyki. cóż robić- nieprzytomna zwlekam się z łóżka i idziemy z synem do ogrodu. tam zwykle siedzimy sobie na huśtawce i w ramach rozrywki śpiewam Małemu piosenki. on jeden potrafi docenić, czym jest sztuka wokalna w wykonaniu mamusi...
i tak przy tej okazji przypomniała mi się piosenka, którą śpiewali moi rodzice na wszelkich zlotach rodzinnych. przeniosłam się na chwilę w czasie. las. drewniana altanka w kształcie sześcianu, na środku stół, a wokół niego rada starszych zgromadzona w celu zakłócania ciszy nocnej. Tata z nieodłączną mandolą i Mama, z lubością zawsze śpiewająca drugim głosem. " w drogę z nami..."
zaśpiewałam Stefankowi. coś na chwilę stanęło mi w gardle.
po śmierci Mamy bałam się, że Ją zapomnę, że nie będę pamiętać Jej śmiechu, głosu. usłyszałam Ją dziś znowu. te ich piosenki są jak linki podtrzymujące namiot, w którym skrywa się tamta mała dziewczynka, którą kiedyś byłam. a ona ma codzienny kontakt z Mamą. poza tym coraz częściej łapię się na tym, że powielam Mamine zapędy, zachowania, tendencje. oglądając ostatnio wywołane zdjęcia dziwię się swojej twarzy. w ostatnim czasie musiała się zmienić. zaczęłam się uśmiechać Jej uśmiechem. z tych fotografii patrzą na mnie Jej oczy.
nie wiem, czy powodem jest to, że zaczynam się starzeć, czy może to, że teraz sama jestem Mamą. przestałam się jednak bać. nie zapomnę. wystarczy, że spojrzę w lustro...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz