wtorek, 12 kwietnia 2011

opowieść o błaźnie i pożarze



- ja przyszłam z reklamacją!
- słucham panią
- materiał spodni jest do niczego! dziury mi się robią! o! o! niech pani patrzy!!! ja pani mogę to podrzeć, jak pani tylko chce!
- ale ja wcale nie chcę, żeby pani to darła...


po raz kolejny dochodzę do wniosku, że gatunek ludzki hurtowo jest nieposkromiony i nieprzewidywalny. straszny jest momentami. aż nadto mam go dzisiaj. o tym, jak na ludzi działa słowo "rabat", można by książkę napisać. nie wątpię zresztą, że już niejedna takowa powstała :) mogłabym dołożyć do niej parę spostrzeżeń. 


kiedyś dzikie tłumy przy kasie, a w eterze komunikat o ewakuacji. wszyscy słyszą, nikt nie reaguje. bo przecież oni muszą zakupy zrobić, drugi raz w tej kolejce stać nie będą. bez tych szmat stąd nie wyjdą. a to na pewno jakaś ściema jest. wylecą w powietrze i się spalą trzymając w zębach torby z zakupami, z których już nigdy nie przyjdzie im skorzystać.


przypomniała mi się przy tej okazji opowieść Sørena Kierkegaarda o błaźnie i pożarze. 


„Zdarzyło się w pewnym teatrze, że wybuchł pożar za kulisami. Pajac wyszedł przed kurtynę, aby powiadomić o tym publiczność. Myślano, że to żart, i klaskano w dłonie; pajac powtórzył wiadomość; bawiono się jeszcze bardziej. Tak właśnie myślę – koniec świata nastąpi przy ogólnym śmiechu i oklaskach dowcipnisiów, którzy będą myśleli, że to żarty”. 


i tym optymistycznym akcentem o północnej godzinie się udobranocniam, bo na twarz padam...

2 komentarze:

Marta pisze...

Bo to już taki gatunek mas - dla siebie. W dziwnych czasach przyszło mi żyć.

lotnica pisze...

Mam wrażenie, że Kierkegaard miał rację i w jakiś sposób to już się dzieje.
Wow, optymistka ze mnie dzisiaj:-))