piątek, 20 maja 2011
podczas burzy
znów grzmi i błyska. dzwoniła właśnie rodzicielka ma, aby poinformować mię niefrasobliwie, jakoby jutro miał nastąpić koniec świata. o osiemnastej. i jeszcze o tym, że właśnie konsumuje chlebek z rzodkiewką. przynajmniej zdrowo się odżywia przed zagładą ludzkości. bardzo dobrze.
a ja żem zamarła w rozkroku między jednym miejscem zamieszkania a drugim i nijak się z tego szpagatu nie umiem podnieść. ale dam radę. zaparłam się. a upartam z natury. tyle, że motywacja mi siada. a potem wstaje. i przykuca z lekka czasami też.
no i jak ja mam się nie denerwować?! bo jak można zgubić telefon?! chociaż z ostatnich doświadczeń wiem, że można zapodziać nawet bardziej egzotyczne rzeczy... i nawet zła nie jestem na sprawcę. bardziej na sytuację, bo włochy daleko, a ja wyobraźnię bujną jako ten wijący się bluszcz posiadam.
ale nic to. może ten koniec świata nasz mały, atomowy światek łaskawie ominie. pójdę chyba umyć zęby. może milej mi się wtedy zrobi w sobie. i do sklepu może. coby w tej desperacji dzikiej trunek jaki nabyć, a następnie obalić. i po deszczu się przebiec. oczywiście sama! ...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz