niedziela, 22 maja 2011
po pierwszej stronie lustra
odurzona słońcem, czerwonym winem i zapachem terpentyny wdycham świeże powietrze. przechadzam się leniwie brzegiem rzeki ścigana przez pożądliwe spojrzenia mężczyzn, omiatające moje spowite cienkim materiałem sukienki pośladki.
przystaję na moście. patrzę w dół. widzę na wodzie kręgi niepokojąco podobne do tych, które dziś sama tworzyłam na lustrze. przypomina mi to scenę sprzed jakiegoś czasu. wtedy też tak stałam wpatrzona w czarną toń, pragnąc żeby pochłonęła mnie razem z całym bólem.
odganiam wspomnienie tamtej nocy i ruszam dalej brodząc wśród wysokich traw rysujących moje łydki i nabierając piasku w sandały. szukam wzrokiem miejsca do kontemplacji. widzę zwalony pień drzewa ukryty w cieniu. mam ochotę przykryć się patchworkową narzutą uszytą z ostatnich skrawków słońca, więc idę dalej, w stronę czegoś bardziej cywilizowanego, co przypomina ławkę. okazuje się ona fatamorganą. konstrukcją ze stali i betonu stworzoną przez człowieka. nie chcę tam zostać.
siadam na ziemi i przytulam plecy do szorstkiej kory drzewa. patrzę w górę. niebo pocięte przez samoloty zasnuwają ciemniejące chmury. powoli gaśnie światło dnia dzisiejszego.
wdycham zapach lipy. tęsknię...
czas nie istnieje. jest tylko "tu" i "teraz"...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz