przebiłam się drewnianym patyczkiem przez opakowanie z długopisami jak niecierpliwy kochanek otwierający zębami paczkę prezerwatyw. żeby pisać.
długopisy znaleźliśmy pod supermarketem.
powietrze gęste, że można je kroić w kostkę. miękkie kontury. rozmyte przebłyski światła. zanurzenie, rozleniwienie, błogość. wrażenie, że to film. pomarańcze i bursztyny. słońce przedzierające się przez rudość psiego łba.
niepokój, że to wszystko to iluzja albo zaklęta w lepkiej kropli żywicy chwila, której już nie ma albo za chwilę nie będzie.
***
surrealizm nocnego koncertu w muzeum. oniryzm rozpływający się niczym papierosowy, kawiarniany dym. w tle postacie zwiedzających jak szablony wycięte z tektury, jak część scenografii będącej projekcją śpiącego mózgu. nic nie znaczące kukiełki, mające jednocześnie tak dopracowane szczegóły ubioru i fryzur. kolorowy kontrast plam.
ich dwóch: klawisze imitujące dźwięk szklanych kulek opadających w dół i obijających się o siebie i kontrabas, pochłaniający do pudła rezonansowego dudnienie po to, aby za chwilę przekształcić je w smyczkowy skowyt.
okulary. mogą zakłócić nasiąkanie muzyką. gdy zasłuchana głowa spada w dół, okulary wprost po ścieżce z potu spływającego po nosie uparcie przemieszczają się na sam jego czubek. wystarczy na szczęście jeden zdecydowany ruch palca i na chwilę znów wracają na swoje miejsce.
***
śmierć. czy w obliczu samotności może stać się najlepszym powiernikiem i kompanem? czy bywa dowcipna, czy w jej istnienie wpisana jest jedynie powaga? czy wypada śmiać się ze spraw ostatecznych?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz