nosiłam Go w sobie przez dziewięć miesięcy. czułam jak to dojrzewające życie miota się we mnie. widziałam je na zdjęciach USG. regularnie słuchałam bicia Jego maleńkiego serduszka - a mimo to wciąż nie wierzyłam...
moment, kiedy pierwszy raz Go zobaczyłam, kiedy usłyszałam Jego krzyk i poczułam Jego ciepło na swojej skórze, pamiętam jak przez mgłę. na tym etapie porodu już mało do mnie docierało. pierwszą noc spędziliśmy oddzielnie, bo nie byłam w stanie się Nim zająć. czułam się jak wyrodna matka.
cały czas się ze sobą oswajamy. bałam się, że w dalszym ciągu nie będę wierzyć, że On istnieje, że już jest z nami, że nie będę umiała pokochać Go tak, jak tylko matka potrafi kochać swoje dziecko.
słucham Jego westchnień, oglądam maleńkie paznokietki, głaszczę po aksamitnych włoskach, studiuję śmieszne mechate, powywijane uszka, całuję cudne stopki, przytulam do siebie Jego kruche ciałko, patrzę Mu w oczy i... nie wydaje mi się, żeby to, co czuję było efektem zalania mojego mózgu oksytocyną, jak to ktoś zasugerował. to jest cud. nie było Go i nagle się pojawił. powołaliśmy do życia nowego człowieka.
są momenty, kiedy ze zmęczenia oboje snujemy się jak zombie, kiedy padamy na pysk, marzymy choć o chwili snu, kiedy nie mamy czasu nawet pójść do toalety, kiedy przestajemy kontrolować ogólnie panujący chaos i bałagan, kiedy potykamy się o własne cienie, nie mamy kiedy zrobić czegoś do jedzenia, bywamy bezradni wobec płaczu, zmagamy się z pierwszymi problemami związanymi z rodzicielstwem, ale... przychodzi taki moment, że leniwiec przelewa się przez ręce, ziewa, mając wszystko w dupce lub w jeszcze niekontrolowany sposób się uśmiecha i wszystko mija. całe zmęczenie, zniecierpliwienie i stres. niedogodności związane z połogiem. ból. permanentny niedoczas. wszystko to oczywiście daje o sobie znać, ale największą nagrodą jest On. Pan Bułeczka, który wiecznie głodnym jest i wisi uczepiony do mamusi przez 3/4 doby :) sytuacja sprzed porodu niewiele się więc zmieniła: mimo, że rozłączeni, wciąż jesteśmy prawie nierozłączni.
kiedyś mój Luby rzekł mi, że mnie kocha, a zapytany, skąd o tym wie, odpowiedział: "bo jak na Ciebie patrzę, to chce mi się płakać." słowa te co prawda różnie interpretować by można ;) jeżeli jednak jest w tym jakaś ukryta mądrość, to znaczy, że moje obawy były bezpodstawne, bo kiedy Pan Bułeczka zasypia przy mojej piersi, kiedy kwili jak ptaszek lub meczy jak koza, kiedy zwisa z moich ramion i czuję Jego rozkoszne ciepełko, to nie tylko chce mi się płakać, ale wyję jak głupia, śmiejąc się przez łzy.
to że Go urodziłam poczytuję za coś niemożliwego, co by się nie stało, gdyby nie pomoc Toma. ale mam też przeświadczenie, że moja Mama była przy mnie i dawała mi siłę. bardzo mi smutno, że nie doczekała wnuka, bo wiem, że oszalałaby na Jego punkcie. ale mam też przeczucie, że gdzieś tam, miała wpływ na to, jaki On będzie i śmieję się, że zwyciężyła Jej miłość do Taty, bo nie wiedzieć dlaczego, kiedy patrzę na swojego syna, widzę... swojego ojca :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz