jako mała dziewczynka jeździłam z rodzicami na każde wakacje do babci. kawał drogi, do pokonania pół kraju, przesiadka, czekanie na kolejny pociąg, najlepszy na świecie bigos zjedzony w dworcowej knajpie. potem lata studenckie i mały wypad do kuzynki. bo był zlot garbusów, na które wówczas chorowałam. włóczęga po knajpach, z których można było zabrać widokówki, film wyświetlany na kawałku prześcieradła i rosnące przy torach tramwajowych mirabelki, z których zrobiłyśmy kompot... sentymenty.
tak, takie mniej więcej powody mną kierowały, kiedy postanowiłam, że chcę zamieszkać właśnie TAM. okoliczności przeprowadzki trudne, łzy i wyrzuty sumienia. wiem jednak, że gdybym tego wtedy nie zrobiła, zwariowałbym. to więcej niż pewne.
tam uczyłam się na nowo uśmiechać. oddychać pełną piersią. kochać. ufać. tam dostałam po dupie. tam smakowałam dorosłego życia. tam znalazłam bratnie dusze, tam też wiele straciłam. zasypiałam przy stukocie kół tramwajowych, tam się gubiłam, by odnaleźć to, co niewidoczne dla wiecznie zabieganego tłumu. tam odkryłam wiele miejsc, które sobie na zawsze ukochałam. tam spotkałam Tego, na którego zawsze czekałam. tam powstało nowe życie, które nosiłam w sobie przez dziewięć miesięcy, a teraz codziennie pielęgnuję...
utkane z marzeń, spełnionych obietnic, niezrealizowanych nadziei, z szumu samochodów, z zimnego wiatru znad rzeki, z zapachu mięty, z przesyconych miłością kolorów, z wrażeń, z bezsenności, z łez, samotności, kurzu i lęków. "ze światła poczęte - moje miasto..." *






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz