piątek, 24 lipca 2015

wakacje


nosiło mnie. doszliśmy do wniosku, że matka też człowiek i może zrobić sobie wakacje. już byłam spakowana, poumawiana, wydawało mi się, że gotowa i... wzięłam szkraba na kolana, pogłaskałam po tych cudnych loczkach i wszystko wzięło w łeb :) siedziałam na walizkach, ryczałam jak głupia i odkręcałam telefonicznie całą akcję. oczywiście potem trochę żałowałam, ale na szczęście nadarzyła się druga szansa i tym razem zamknęłam oczy i skoczyłam, jak radził mi mój tatuś ;) 

tym oto sposobem znalazłam się na chwilę w Moim Mieście. utęsknionym, wyidealizowanym, zanurzonym w hałasie. na cztery godziny rzuciłam się w ramiona konsumpcjonizmu. potem spotkanie z dawno nie widzianymi bliskimi ludźmi. a jeszcze później czas sam na sam z brukiem starego rynku, stukotem kół tramwajowych, murami ulubionych knajp.

niby nic się nie zmieniło, a jednak... zwiedzanie w pojedynkę tego, co kiedyś dzieliliśmy razem nie ma większego sensu. tęsknota, samotność i poczucie straty. zgubiłam gdzieś znaczenia i sensy. już nie czuję się tam u siebie. również tutaj nie udało mi się jak dotąd zapuścić korzeni i nic nie wskazuje na to, by się to zmieniło. wszystko jest nijakie. nie mam swojego miejsca na ziemi. 

utwierdziłam się za to w przekonaniu, że istnieją bratnie dusze. właścicielka jednej z nich zapakowała mnie do pociągu, cierpliwie wysłuchiwała paplania matki spuszczonej ze smyczy i dała schronienie :)
dlatego mimo rozczarowania Moim Miastem cieszę się, że odważyłam się jednak zostawić Dziecię i pobyć przez chwilę z kimś innym, ale także sama ze sobą...


Brak komentarzy: