poniedziałek, 2 lutego 2009

dziwny czas nastał...

wróciła. pani N.
jest we mnie na wylot, każe mojemu sercu bić ze zwielokrotnioną częstotliwością, ręce wprowadza w stan drżenia. sączy przez zwoje mózgowe strumień podstępnego, nieuzasadnionego lęku... jak ja mogłam do tego dopuścić? żeby po raz kolejny znalazła wejście do mojego umysłu i rozgościła się w nim jak u siebie. przecież już kiedyś tu była, wie, z której strony zaatakować, wie, gdzie uderzyć, żeby sprawić największy ból. ból egzystencjalny. to takie banalne, jak się o tym słucha. weź się w garść, terefere...


czuję się jakbym była z drewna. głowę mam nie swoją. otumanioną, zagubioną w niebycie. i serce szalone, reagujące płochliwym trzepotem na każdy najmniejszy hałas i myśl niepotrzebną. i skupienia brak. brak koncentracji. słowa uciekają... łamią się po drodze wyrazy, wypadają im literki...
nienawidzę tego stanu. ma na pewno związek z pracą, której co raz bardziej nie trawię, z moją obsesją, że nie jestem dość dobra, by być ze mną i znajdzie się ktoś lepszy, ze zmianami, które wprowadzają chaos do mojego uporządkowanego życia, które powodują poczucie zagrożenia i ten straszny niepokój...


kontakt fizyczny, przytulenie się do drugiego, ciepłego i dobrego człowieka daje chwilowe poczucie bezpieczeństwa, ale ile można słuchać o tym, że komuś jest źle? nie lubię marudzić, a może lubię, ale nie chcę... żeby nie zrazić do siebie tych, których tak bardzo potrzebuję...

więc żeby nie dusić się w sobie muszę chociaż tutaj wyrzygać siebie z siebie. a potem napić się mięty, żeby brzuch nie bolał... posłodzę ją lekko paroma nutami ukochanych dźwięków, które są tak piękne, że aż bolą... i sen. sen jest dobry na tę przypadłość.

lęk. egocentryzm. nerwicowe błędne koło. objawy osiowe. oto ona. znów triumfuje. ale mam nadzieję, że już niedługo...



co trzeba zrobić, by zabić strach...?





Brak komentarzy: