środa, 14 września 2011

po pełni popełniła...


jest dziś niesamowity. towarzyszył mi przez całą drogę do domu. przechodził z prawej strony na lewą, dublował się w szybie autobusu, nadawał do mnie morse'm. jego poczciwa, łysa głowa pochylała się nade mną.

a ja w zadumie zaglądałam ludziom w okna. zadziwiające, ile historii rozgrywa się za tymi żółtymi prostokątami. jadę. wodzę oczami za mijanymi obrazami. zbyt szybko się zmieniają. wyłapuję tylko szczegóły, które zlewają się w jedno świetliste wrażenie. zjawisko. tu lampa, tam żyrandol. zasłony jak kurtyna w teatrze. migające za nimi cienie. szafa. plakat na ścianie. zimne światło. ciepłe światło. mi się marzy czerwone.

czerwone, półsłodkie w szkle. zlizuję je z warg. usta winne czego...?


must be the season of the with...

ulatuję więc na swojej miotle w stronę niespełnionego. równie niespełniona... odliczam dni.

1 komentarz:

tom pisze...

albo to był meteor, albo widziałem Cię wczoraj jak przelatywałaś nad lasem