zawitała na dobre. czaiła się pomału. udając, że to nie ona, kryła się pod postacią promieni słonecznych, prześwietlających coraz bardziej żółte liście. w końcu zrzuciła kamuflaż i śmieje nam się w twarz opluwając tysiącem kropli deszczu. jesień...
przeszukuję półki w swojej głowie, szukając śladów minionego lata. odkurzam myśli z pajęczyn niepamięci i wpuszczam w nie coraz więcej światła.
widzę łąki i lasy, wsie penetrowane na skuterku, odnalezionego na polu stracha na wróble. biegam boso po podwórku w zielonej tiulowej sukience otoczona rudą psią sforą.
siedzimy na zwalonym pniu zagubieni gdzieś w borach tucholskich, z daleka od cywilizacji. wtuleni w śpiwory oglądamy gwiazdy. harcujemy obok namiotu rozstawionego na ziemi orków... w drodze powrotnej na chwilę staję się tirówką :)
wracam do ukochanego miejsca z dzieciństwa. czuję pod stopami trawę i deski pomostu, we włosach wiatr a w sercu szczęście. w lesie przedzieram się przez pokrzywy. odnajduję przewróconą latrynę nacechowaną senną symboliką. płaczę z radości i wzruszenia tuląc do siebie małe kociaki.
łapiemy stopa do wrocławia. słuchamy szlagierów z lat 60. w samochodzie współczesnego polskiego kowboja. zgłębiamy uroki margarity. wylegujemy się na kanapie w graciarni. pijemy ciemnego kozła. pokątnie wynoszę książki z naszpikowanego igłami wrocławskiego baru. wchodzimy w magiczny świat salvadora dali.
zagrzebuję się w piasku na pustej plaży, pływam półnaga w jeziorze, pozuję do sesji z pomarańczą :)
od czasu do czasu leniwie włóczymy się po mieście i knajpach. nad wartą odkrywamy kontenery.
wyruszamy na górskie szlaki. w dzień krążymy po czeskim skalnym mieście, a wieczorem podczas burz wracamy do namiotu. polska strona wita nas widokiem spadających z nieba motolotniarzy. w bieszczadach stajemy się ludźmi z mgły, rozgrzewamy się cytrynówką i ciepłem ognia, a stara przyczepa kempingowa na tych kilka dni staje się naszym domem...
z zamyślenia wyrywa mnie pies, wyraźnie chcący iść na dwór. zalewają mnie żółcie, pomarańcze i czerwienie. jesień w dalszym ciągu chichocząc pluje deszczem, a ja szeleszczę liśćmi, depczę żołędzie i uśmiecham się do chmur, mając świadomość, że gdzieś za nimi chowa się słońce. i tak uśmiechamy się do siebie- dwa rudzielce- jesień i ja.
pomaluję rzęsy na zielono i pomacham nimi na "do widzenia" odchodzącemu latu...
1 komentarz:
Jesień rozsypała wór wspomnień?
Pozdrawiam!
Liadan
Prześlij komentarz