poniedziałek, 18 listopada 2013

spowiedź, czyli kiedy niemożliwe staje się możliwe


ile to już czasu, odkąd mnie oślepiło? jak dziś pamiętam tamten dzień... nasza pierwsza wymiana słów.

-"zapalisz?"
-"ja jestem grzeczną dziewczynką i nie umiem palić..."

jezioro, las i "Again" dobiegające z głośników samochodu. rozwiane włosy i ciemne okulary, przez które czułam się na wskroś przewiercona TYM wzrokiem powodującym, że skóra płonie. wtedy jeszcze nie umiałam spojrzeć Ci w oczy. przy najmniejszej próbie czułam się, jakbym patrzyła prosto w słońce. 

kolejne przypadkowe spotkanie gdzieś w knajpianych labiryntach. zaróżowione policzki. najpiękniejszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam. jesteś zjawiskowa. dwa proste słowa, które wbiły mnie w krzesło. opowieści o LD , ilustrowane twoimi palcami przebiegającymi wzdłuż mojego kręgosłupa. ciarki na plecach. 

zdaje się, że to wtedy zaczęła się moja mała obsesja. a w międzyczasie było zwykłe, codzienne życie i z rzadka jakieś wieści o Tobie. czasem jakaś drobna myśl. czasem niespodziewany sen. kilka rozrzuconych w czasie krótkich zetknięć. przy jednym z nich pomogłam przypadkowi :) wtedy już zaistniałeś na dobre w mojej świadomości. ot, taka platoniczna, niewinna znajomość. na nic więcej jednak nie mogłam liczyć. i nawet nie chciałam. w końcu na moim serdecznym palcu błyszczał pierścionek, a wierność zawsze była dla mnie rzeczą świętą. 

a potem zaczęło dziać się źle. mój, wydawałoby się poukładany świat, zaczął chwiać się w posadach. ciągłe kłótnie o nic. brak zainteresowania i zrozumienia. rozbieżność zainteresowań i priorytetów. frustracja. chłód. niemoc. jakkolwiek źle nie było, nigdy bym jednak nie przypuszczała, że REALNIE może pojawić się ktoś trzeci. a jednak. wtedy byłam zraniona, zrozpaczona, wściekła. dziś jestem wdzięczna. kto wie, gdyby się to wszystko nie wydarzyło, być może nadal tkwilibyśmy w matni, zawieszeni w próżni, rozpaczliwie próbując wzniecić to, co już się wypaliło. 

w tym właśnie momencie nadarzyła się kolejna okazja do spotkania z Tobą. i wtedy już wiedziałam. to było jak wybuch uśpionego wulkanu. wcześniej bałam się to nazwać po imieniu. wtedy nie było już odwrotu. pamiętam, jak strasznie ryczałam uświadomiwszy sobie tę rzecz. przecież to nie miało racji bytu. ja, tkwiąca w sześcioletnim związku, czekająca na decyzję banku w sprawie wspólnego kredytu na mieszkanie i Ty uwikłany w skomplikowaną znajomość... nie znałam szczegółów, ale druga strona usilnie starała się o to, aby Wasze relacje wyglądały na poważne. dlatego szanując Twój wybór nie śmiałam zrobić nic, co mogłoby zostać odebrane za próbę zniszczenia tego, co było między Wami. z drugiej strony podjęłam bardzo ciężką decyzję, że czas zrobić porządki z własnym życiem i przestać odgrywać rolę, z której już dawno oboje wyszliśmy. ostre cięcie. dużo łez. nie mogłam dłużej oszukiwać siebie i człowieka, z którym spędziłam jedną piątą swojego życia. to byłoby nieuczciwe. wolałam być sama, niż okłamywać bliską mi osobę. nie chciałam być z kimś tylko ze strachu przed samotnością.

pozostała mi pustka. głucha cisza. zima i mróz. i ogromna, potężna, niewymowna tęsknota za Tobą. Ty znikałeś i wiedziałam, że jesteś z Nią gdzieś na drugim końcu świata. bolało. ale myślałam, że jesteś szczęśliwy i cieszyłam się Twoim szczęściem. czasem tylko chciałam Cię zobaczyć. nie wiem po co. chyba po to, żeby utwierdzić się w tym, jakie wszystko jest beznadziejne. i żeby ogrzać się przez chwilę w blasku Twoich oczu, żeby jakoś przetrwać kolejne tygodnie, zanim może znów z daleka na Ciebie popatrzę...

nie wiem, co by się ze mną dziś działo, gdyby nie tamta lutowa noc. mocno przytuleni chłonęliśmy nawzajem swoje ciepło, słuchając dzikiego wrzasku naszych serc. to wtedy wszystko się zmieniło. okazało się, że moja perspektywa patrzenia na nasze relacje była błędna. Ty też mnie chciałeś dla siebie. 

a potem wściekle głodni siebie zaczęliśmy nadrabiać stracony czas...

po prawie dwóch latach przyszedłeś do naszego łóżka ubrudzony sadzą z pieca i zaprezentowałeś mi swój uśmiech zwycięzcy :) czy będziesz ze mną na zawsze? czerwone pudełeczko w kształcie serducha, a w nim... to jesteś ty, a to jestem ja. a teraz będzie z nami Ktoś jeszcze :)

niemożliwe stało się możliwe. tak bardzo, tak niepojęcie mocno tego chciałam. mimo, że pozornie nie było na to żadnych szans, to się dzieje. to tak, jakby cała energia kosmosu zamknęła się w tym jednym pragnieniu i pulsowała na nie jasnym światłem mocy. połączyliśmy nasze byty, żeby stał się nowy, niezależny byt. stworzyliśmy Nowego Człowieka. 

piszę Ci to wszystko, bo czasem nie umiem pewnych rzeczy powiedzieć. chcę, żebyś wiedział. bez Ciebie nie byłoby mnie. kocham Cię, Ryju. nawet, a może zwłaszcza wtedy, kiedy się na mnie wściekasz, że przy pełni Księżyca nie śpię i leżąc po cichu z otwartymi oczami Cię budzę... :)


Brak komentarzy: