jesteśmy już dalej niż w połowie, a mimo wszystko cały czas się dziwię, kiedy przechodzę obok lustra i widzę sylwetkę Muminka... pomału przyzwyczajam się do tego cudownego kotłowania w swoim brzuchu. czekam na nie i cieszę się z każdego ciosu bokserskiego, bo wtedy wiem i czuję namacalnie, że mam w sobie małego lokatora. tego uczucia nie da się porównać z niczym innym. jest niesamowite.
wiemy już, że w środku siedzi "chłop na schwał", a "ta kuleczka to penis" :) nie wiem, skąd, ale od razu to wiedziałam. kobieca intuicja, czy cóś... nasze Maleństwo od samego początku zostało mianowane "Stefanem" (na cześć ojca NIEchrzestnego, czyli przyjaciela domu), mimo że jeszcze nie znaliśmy Jego płci, w sumie bardziej dla śmiechu, a teraz się okazuje, że nie umiemy już inaczej do Niego mówić i obawiam się, że to imię już z Nim zostanie, tym bardziej, że tak zacytuję Magdalenę, "Stefan jest mężczyzną"...
korci mnie czasem, żeby do Niego zajrzeć, zwłaszcza że technika poszła do przodu i usg 3 czy nawet 4d nie stanowi żadnego problemu. ale jakoś uważam to za fanaberię i wolę cierpliwie poczekać do dnia, kiedy będę mogła Go przytulić. radość ze spotkania też chyba będzie większa - takie podglądactwo to trochę jak wcześniejsze zaglądanie ukradkiem do leżącego pod choinką wymarzonego prezentu, na który się czekało cały rok.
dziwnie mi tylko ze świadomością, że w tym przypadku to ja jestem opakowaniem :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz