zwykle Stef śpi w swoim łóżku, a za ścianą w swoim my. w trójkę, żeby była jasność. już jakiś czas temu pogodziłam się z faktem, że łóżeczko ze szczebelkami stanowi tylko element dekoracji :) w środku nocy Młody przychodzi po nieprzytomnego Tatę ("w nocy jestem tatowy, a w dzień mamowy"), który ląduje z nim w wyrku i zostaje tam do rana. o świcie słyszę tupot małych stóp i czuję się jak parówa od hot-doga, otoczona jak bułą dziećmi, z jednej strony to małe, czasem na śpiku przyssane do mamy, z drugiej to większe, rozczochrane, kudłate.
dziś było tak samo.o 6.30 jak zwykle Bachna obudziła się z wielkim bananem na swej ślicznej buźce. jak zwykle starszy brat przyniósł jej nocniczek. po obowiązkowym posiedzeniu odnotowałam obecność drogocennego materiału, który to poszłam zutylizować, zostawiając na chwilę dziecko w takim stanie, w jakim zdjęłam je z rzeczonego topka. jakież było moje zdziwienie, kiedy weszłam do pokoju, a moja cudna córeczka z ogromnym zainteresowaniem oglądała swoje paluszki ubabrane brązową mazią, która rozpościerała się również na naszym białym do niedawna dywanie...
dodam tylko, że w dalszym ciągu nieprzytomny Tata został wezwany na pomoc, Bachna wylądowała w zlewie, a w ruch poszedł Domestos...
kocham te nasze poranki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz