żeby zachować dystans, trzeba na chwilę znaleźć się na marginesie swojego codziennego życia. a ja? biegam po jego pustych kartkach od czasu do czasu zostawiając gdzieś rozchlapanego kleksa.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
niedziela, 17 czerwca 2012
puste dni
oto stała się cichość. niepokój. rozedrganie w warstwie podskórnej. bezsenność. obawa czy to wszystko, czym przesiąkłam istnieje naprawdę? czy to tylko scenografia i wymysł mojej wyobraźni? czy to możliwe, żeby mieć tyle szczęścia...?
już nie umiem inaczej. czuję się jak marionetka, której ktoś poodcinał sznurki. jakby ktoś nacisnął pauzę na taśmie mojego życia. nie umiem już być tylko dla siebie. nie umiem i nie chcę. przeraża mnie to.
sięgnęłam dziś po dzienniki Steda. to nie był dobry wybór na ten czas. dusi mnie w dołku, kiedy go czytam. tak pięknie, tak smutno oddaje wszystko to, co noszę w sobie. chyba lepiej będzie tego nie roztrząsać. nie zastanawiać się, nie myśleć. odliczam dni. przetrwam.
nie chcę się bać.
usiadłam nad brzegiem rzeki... z lewej strony niebo jak dalmatyńczyk nakrapiane miniaturowymi chmurami. z prawej koralowe rozmyte obłoki i dwa fioletowe smoki walczące ze sobą. nie wiem, który zwyciężył...
wiadomość. krótka acz treściwa. jak zwykle wiedziałeś, czego teraz potrzebuję.
z zaszklonych oczu spada przezroczysta kulka zabierając ze sobą smugę tuszu do rzęs.
poniedziałek, 21 maja 2012
od końca
przebiłam się drewnianym patyczkiem przez opakowanie z długopisami jak niecierpliwy kochanek otwierający zębami paczkę prezerwatyw. żeby pisać.
długopisy znaleźliśmy pod supermarketem.
powietrze gęste, że można je kroić w kostkę. miękkie kontury. rozmyte przebłyski światła. zanurzenie, rozleniwienie, błogość. wrażenie, że to film. pomarańcze i bursztyny. słońce przedzierające się przez rudość psiego łba.
niepokój, że to wszystko to iluzja albo zaklęta w lepkiej kropli żywicy chwila, której już nie ma albo za chwilę nie będzie.
***
surrealizm nocnego koncertu w muzeum. oniryzm rozpływający się niczym papierosowy, kawiarniany dym. w tle postacie zwiedzających jak szablony wycięte z tektury, jak część scenografii będącej projekcją śpiącego mózgu. nic nie znaczące kukiełki, mające jednocześnie tak dopracowane szczegóły ubioru i fryzur. kolorowy kontrast plam.
ich dwóch: klawisze imitujące dźwięk szklanych kulek opadających w dół i obijających się o siebie i kontrabas, pochłaniający do pudła rezonansowego dudnienie po to, aby za chwilę przekształcić je w smyczkowy skowyt.
okulary. mogą zakłócić nasiąkanie muzyką. gdy zasłuchana głowa spada w dół, okulary wprost po ścieżce z potu spływającego po nosie uparcie przemieszczają się na sam jego czubek. wystarczy na szczęście jeden zdecydowany ruch palca i na chwilę znów wracają na swoje miejsce.
***
śmierć. czy w obliczu samotności może stać się najlepszym powiernikiem i kompanem? czy bywa dowcipna, czy w jej istnienie wpisana jest jedynie powaga? czy wypada śmiać się ze spraw ostatecznych?
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
remont
to wszystko przez pogodę. plan na weekend był taki, że jedziemy się powłóczyć po toruniu. jednak jako że padało, a my mieliśmy dzielić los ludzi bezdomnych, stwierdziliśmy, że jeśli jedynym naszym schronieniem mają być knajpy, to wolimy, miast popadać w alkoholizm i trwonić pieniądze, zostać w domu.
wstawiłam na gaz jajeczka, coby je spożyć na śniadanie. góra brudnych naczyń piętrzyła się nieubłaganie. musiałam je umyć, aby w ogóle mieć się gdzie ruszyć i mieć miejsce, by zrobić kanapki. jeden bałagan nie został jeszcze uprzątnięty, kiedy oczom mym przerażonym ukazał się widok zgoła apokaliptyczny. półka z książkami została zdemontowana, jej zawartość wysypana, meble nagle wylądowały na środku pokoju, wokół nich panoszyły się zewsząd przyniesione kwiaty, tworząc istną dżunglę. zostałam oto postawiona przed faktem dokonanym, że odświeżymy jedną ścianę. to moment, nie potrwa długo, takie tam nic... ze stanu lekkiego poirytowania wpadłam w lekką furiację (że tak pozwolę sobie zacytować pewną postać...), której owocem było stłuczenie talerza oraz szklanki za jednym zamachem przy tym cholernym myciu naczyń. nie nadążałam z niczym. jajeczka w międzyczasie ugotowały się na bardzo twardo. kanapki spożyliśmy w oku cyklonu.
nie od dziś wiadomo, że jak człowiek głodny to zły. po konsumpcji śniadania przeszły mi nerwy i stwierdziłam, że pomysł z remontem nie jest nawet taki głupi. a poza tym, jak szaleć, to szaleć. zmieńmy coś! pomalujmy zatem również drugą ścianę! na czerwono! a co! idea ta zmusiła nas do eskapady w celu nabycia potrzebnych materiałów. czas płynął...
w tak zwanym międzyczasie urodziła nam się kolejna świetna myśl, że przecież drugi pokój ma taki brzydki kolor ściany będący nieudolną próbą zamaskowania tzw. "zieleni a'la spółdzielnia mieszkaniowa" (efekt remontu sprzed roku) i że należy ją również pierdyknąć na czerwono. w drugim pokoju leżała już sterta rzeczy przeniesionych z rozgrzebanego pokoju pierwszego, ale mało nam było atrakcji, więc dorzuciliśmy kolejną cegiełkę do ogólnie panującego chaosu. aby pomalować ścianę należało odsunąć od niej szafę. szafa zaczęła się niebezpiecznie chwiać w posadach, po czym okazało się, że poczyna się delikatnie mówiąc rozpadać...
remont nasz spontaniczny przerósł nasze oczekiwania. uporaliśmy się z nim w ciągu jednego dnia. wszystko ładnie posprzątaliśmy. sprzęty wróciły na swoje pierwotne miejsce. wizualnie pokój trochę się zmniejszył, ale za to mamy piękną, nową, czerwoną ścianę.
a raczej mieliśmy... do wczoraj, kiedy to stwierdziliśmy, że przydałoby się powiesić na niej półkę na książki. w ruch poszła wiertarka udarowa. i co? i okazało się, że najprawdopodobniej akurat w miejscu, które sobie wycyrklowaliśmy,w ścianie ukryty jest metalowy pręt, przez który wiertło nijak nie może się przebić. w ten oto sposób zamiast półki na książki w naszej pięknej, nowej, czerwonej ścianie mamy teraz dwie równie fantastyczne dziury, z których zwłaszcza jedna zasługuje na uwagę i której prezentacji nie mogę sobie odmówić poniżej...
wtorek, 3 kwietnia 2012
są takie dni
... kiedy klocki w misternie ułożonym domino zaczynają się przewracać. kiedy to, co zblokowane zaczyna się uwalniać i spływać w dół słonym strumieniem. kiedy życie daje po gębie, a przy próbie rozmasowania bolącego miejsca, dostaje się w drugi policzek. i jeszcze. przy którymś razie już nawet nie zwraca się uwagi na ból. tylko ta cholerna bezsilność.
dziś jest jeden z takich dni.
poniedziałek, 19 marca 2012
to nie jest sen
jestem pusta. jałowa. uciekają mi wyrazy. pogubiłam litery. nie jestem w pełni sobą. wyciekam dziurą w boku. dopadła mnie twórcza impotencja. chce mi się słonecznych igraszek. nadawania rzeczywistości nowych znaczeń. nieznanych wrażeń wzrokowych, drażnienia zmysłów. a tymczasem zawijam się w kokon i śpię.
dzisiejsza noc. jestem na dworcu kolejowym. idę do toalety. drzwi są niskie. za nimi trzy długie korytarze pełne kabin. śmieję się sama do siebie. "jak w moich snach"- myślę sobie. postanawiam kontynuować zabawę i sprawdzić, czy to mi się aby nie śni. przemyka mi przez głowę myśl o testach rzeczywistości, ale nie jestem w stanie żadnego sobie przypomnieć. przeglądam się w metalowym, świecącym podajniku do papierowych ręczników i śmieję się do swojego odbicia. "to NIE JEST sen" przekonuję samą siebie. ot co.
***
dzięki pozytywnej energii, słońcu i bułgarskiemu winu na chwilę wyłączyłam się ze swojego bycia w niebycie. zajrzałam w stare, dawno nie odwiedzane zakamarki. słońce na moment przytuliło się do ziemi, a ja znalazłam się w samym środku tego uścisku. usłyszałam zapach natury. przylgnęłam do trawy i igliwia. cofnęłam się w czasie.
mimo rażącego marnotrawstwa cieszę się, że takie miejsca istnieją...
czwartek, 8 marca 2012
wszystkie słowa na eM
miękkie wargi wsysają mnie do środka jak trąba powietrzna, pieszczą moje usta. język splata się z moim. oddechy stają się coraz szybsze. czuję dotyk dłoni na ciele i miękką skórę pod opuszkami palców. zatopiona w "tu i teraz" jednocześnie jestem wszędzie i nigdzie. sprężyna cielesnych wrażeń się nakręca. jestem hologramem rzuconym przez projektor wszechświata. zatracam się w pulsującym rytmie miłości. przenika mnie ostre światło księżyca w pełni. wewnętrzny tam- tam huczy. rozlewa się we mnie droga mleczna...
- ...meliski?
Subskrybuj:
Posty (Atom)







