mam 9 lat.
stary dom babci. strome, skzypiące, drewniane schody prowadzące na górę, otwieram drzwi na zasuwkę i już jestem w środku. strych. przez niewielkie okno wpada promień słońca. oddycham kurzem. wielki kufer pełen skarbów. pewnie był w nim kiedyś posag babci... młynek do kawy na korbkę, w którym my, dzieci, mielimy fasolę :) sterty ubrań. butelki z kapslem. książki. nikt niepowołany nie wejdzie. mamy swoje hasło. wpuszczamy do tego magicznego świata tylko osoby uprawnione.
po podwórzu biegają kury. bawimy się w podróż w kosmos. rysujemy patykiem na piasku rakietę i wsiadamy do środka. startujemy. w ogródku kwitną aksamitki, na które babcia mówi turki. latryna jest na zewnątrz domu. drewniana klitka. w drzwiach otwór, przez który kontempluję przyrodę. muchy. lato to ich żywioł.
kopiemy w ziemi dziurę, zasłaniamy ją dyktą i zasypujemy to piaskiem. czekamy, aż jakiś "dorosły" przyjdzie i nabierze się na naszą pułapkę. bujamy się na bramie. wróżymy sobie z liści akacji... w myśli, w sercu, na ślubnym kobiercu... bawimy się w boże ciało. wyrywamy babci z ogródka róże i sypiemy płatki na drogę, którą idziemy...
któregoś dnia następuje nieszczęście. nasz kot, ciciol, wpada pod samochód. zostaje po nim tylko ogon. postanawiamy go pochować. z dwóch patyków związanych sznurkiem robimy krzyż i wbijamy go w mogiłę kota. przybiega wzburzony wujek i niszczy krzyż. nie rozumiemy tego.
ze stodoły wyciągamy stary motor brata babci. nie pamiętam marki. idziemy na polną drogę, pchamy motor, a dumny kierowca usiłuje złapać równowagę. sąsiadowi wylewa szambo. ewakuujemy się do domu i usiłujemy nie oddychać.
wieczorem padamy z nóg po całym dniu wrażeń. ale resztkami sił planujemy nocny wypad na strych w celu wywoływania duchów. musimy tylko uważać, aby nie przywołać do siebie duchów konopnickiej i curie skłodowskiej, bo są podobno wyjątkowo wredne... rodzice gonią nas do kąpieli. na starym piecu z fajerkami podgrzewają wodę, wlewają ją do plastikowej michy i każde z naszej trójki się pucuje w tej samej wodzie. jedno po drugim. najgorzej ma to ostatnie z nas. w wodzie pływają mydliny, a rodzice mówią, że mamy nogi czarne jak święta ziemia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz