czwartek, 25 lutego 2010
fotosynteza
tasuję karty swojego życia. rozkładam przed sobą dni sprzed siedmiu lat. wszystko wraca. białe ściany i labirynty szpitalnych korytarzy. onkologia. znów siedzę na podłodze i czekam, aż Mama wyjdzie z gabinetu. ze swojej perspektywy widzę tylko ludzkie buty. to dobrze, bo nie chcę patrzeć na ich smutne twarze.
znów widzę moją Mundi, wychudzoną i bez włosów. pociesza mnie, że z Mamą będzie dobrze, wydaje się, że w to wierzy, choć nie wie jeszcze, że Jej samej zostały tylko dwa tygodnie...
muszę pozwolić łzom płynąć. od czasu do czasu muszę. to zawsze będzie we mnie siedzieć. dziś wylazło na wierzch. muszę dać się temu wykrzyczeć. żeby potem choć na chwilę umilkło.
wpisałam się w kwadrat teraźniejszości. samotność mnie przeżuła i wypluła. poleżę sobie zgnieciona w kącie. może mnie tam kiedyś ktoś znajdzie. może promienie jutrzejszego słońca dosięgną ostatnich żywych komórek. może zajdzie proces fotosyntezy i jeszcze raz głęboko nabiorę w płuca świeżego powietrza. może.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
przytulam
Prześlij komentarz