sobota, 5 czerwca 2010
tak sama nie wiem...
tak sobie tu zaglądam. naczytałam się znów murakamiego i tak mi jakoś w sobie. muszę się zaopatrzyć w nowy tom, ale to po wypłacie...
przyjaciółka, zwana w pewnych kręgach dzieciokiem, jest już na ostatnich nogach. w sensie, że brzucho jej urosło porządnie i całkiem niedługo coś się powinno z niego wykluć. byliśmy wczoraj na spacerze, poszliśmy na pole, poleżałam sobie w trawie i powdychałam zapach słońca. mało mi, wciąż mi mało... w pewnym momencie dzieciok mi komunikuje, że pan mąż, sprawca wyrośniętego brzucha, będzie musiał się oddalić służbowo do innego miasta i w razie, gdyby brzucho chciało się pomniejszyć i pozbyć swej zawartości, to ja mam brać urlop na żądanie, rzucać wszystko w cholerę i przyjeżdżać na polną, bo ona tam sama nie ma zamiaru tak...
aż mi się gęba uśmiechła. poczułam się zaszczycona. nigdy jeszcze nie rodziłam, ani sama, ani z kimś. pani B. miała cesarskie cięcie i byłam gdzieś za drzwiami, ale to nie to samo...
Albertyna wlazła na swój kawałek drewna i obgryza kolbę miodowo-orzechową. hałasuje przy tym okrutnie, ale przynajmniej wiem, że nie jestem sama :) bo oprócz niej w domu pusto i ciemno, boję się, że mnie jakiś dusiołek znów nawiedzi :)
byłam na rozmowie o pracę. pani headhunterka w ogłoszeniu nie zawarła wszystkich istotnych informacji z zakresu obowiązków i wydawało się to fajne. osobiście mnie trochę uświadomiła, że jakieś analizy ekonomiczne, bilansy, raporty, marże, rentowności... a w cholerę jasną z czymś takim! niby ma moja kandydaturę podać dalej, ale jakoś nie jestem przekonana, że chciałabym to robić. robię to teraz w niewielkim zakresie i głowa ma wyrzuca w kosmos wszelkie informacje, które są zaszyfrowane w postaci rzędów cyferek. nie chcę się męczyć. nie umiem przerabiać świata na kod zero- jedynkowy, choć znam takie osoby i wydaje mi się, że mają łatwiej w życiu. ja postrzegam świat barwami, czuję kształty, słyszę zapachy, widzę dźwięki... żyję w świecie liter.
ostatnio wpadłam na to, że z moja aspołecznością i wstrętem do wyścigu szczurów, do struktur wszelakich, do wielkich firm i bycia trybikiem, najszczęśliwsza byłabym uprawiając jakiś wolny zawód. nęci mnie świat bohemy, ciągnie mnie do podziemia, chciałabym móc w dzień powłóczyć się po knajpach, oglądać promienie słońca przez zakurzone szyby baru, albo zejść do piwnicy i sączyć cuba libre zmieszane z nutami smooth jazzu... marzy mi się wydanie książki, taki złoty strzał, jak w przypadku pani od "zmierzchu", której cała historia o wampirach się rzekomo przyśniła. kobieta nigdy wcześniej nie miała nic wspólnego z pisarstwem, popełniła sagę, jest ustawiona do końca życia, nie musi pracować dla kogoś, robi to, co lubi... żyć, nie umierać.
a ja muszę się zwijać, bo jutro na 8. uśmiech numer pięć i kolejny weekend w pracy. pogoda się poprawiła, wszyscy normalni ludzie uciekają na łono, a ci mniej normalni latają po sklepach. i dla nich właśnie przepieprzam czas. i dzięki nim właśnie mam co jeść i za co kupować książki. o ironio!
dobranoc.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
pani na słońcu to wcale, że tak fajnie jest.
dziś to głęboka czerwień meksykańskiej wiśni spowija moje ciało w części niemalże całkowitej, jednak wczoraj to, to wyglądało przefantastycznie, że świńsko różowo.
szczęśliw, że cholerstwo nie piecze jak samsqrwesyn, ale za to rozgrzewa niemiłosiernie.
więc uważaj z tym słońcem ;)
Prześlij komentarz