czwartek, 9 września 2010
wspomnienie
jesień. po raz kolejny pada to określenie. określenie na słońce grające z wiatrem w dwa ognie, na tęczę schowaną pośród kłębów chmur, na rozłożony parasol, mający chronić głowę przed tym nie-wiadomo-czym spadającym z nieba... najbardziej w jesieni lubię zeschnięte liście chrupiące pod nogami. kocham ten dźwięk :) i depczę je nieprzytomnie, zmieniając trajektorię lotu swego, aby je doścignąć i usłyszeć uwielbione chrupanie...
a dziś mi się lata zachciało. miałam opisać urlop i się skończyłam. tyle myśli, tyle projektów w głowie. teraz znów czas ruszył galopem i na wszystko go brakuje. żałuję, że wtedy, gdy zwolnił na chwilę, nie miałam przy sobie kajetu i kawałka ołówka, by utrwalić, to, co mi się pomyślało. mam jedynie skrawki tego, z czego ma powstać ta moja książka, która pewnie nigdy nie zostanie napisana... zrobiło się zimno. kaloryfery jakby nieco letnie, co nie zmienia faktu, żem nabyła drogą kupna grzaniec galicyjski i utopiwszy w nim pijaną pomarańczę, przystąpiłam do pieczenia ciasta czekoladowego, które właśnie degustuję... mmmmm :)
a w głowie rozkwitły mi żagle i pies, który żebrał kucając (znów zapomniałam jego imię!!! lucek? ) oraz to, jak zostałam zamknięta w bosmanacie, noga moja alergią na słońce uraczona oraz, co za tym idzie, dupsko nafaszerowane akupunkturą ze sterydów, mojej mamy zalecenia urynoterapii, z których nie powiem, czy skorzystałam :p, rodzice na pokazie pościeli desperacko wierzący w cudowną wygraną, basen odbijający promienie słoneczne, konfitury śliwkowe gotowane u dziecioka w środku nocy, pierogi ręcznie lepione i kiszone po raz pierwszy samodzielnie ogórki... kawałek morza i spadające gwiazdy. powrót do domu w stanie świadomości sprowadzonym do bycia kartką papieru, w zależności od niezidentyfikowanych bliżej warunków, znajdującą w pozycji płaskiej lub zwiniętą w kulkę.
a te puchate zdjęcia sama robiłam :)
Albertyna znów zwiała z placu zabaw. idę interweniować :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz