czwartek, 30 czerwca 2011

anatom przedstawia




wracałam z delegacji. za oknem przewalało się coś szalonego, podobnego z lekka do tornada. położyłam się na ławce w pociągu i z lubością obserwowałam to, co uwielbiam: tańczące na wysokości wzroku druty. postanowiłam je uwiecznić, ale niestety sprzęt zakończył swoją doraźną żywotność i się wyłączył. coś jednak udało się zarejestrować. reszta to czysta abstrakcja. fajnie jest tworzyć coś razem :)

ps. a zaraz po tym, jak wysiadł sprzęt, dosiadł się do mnie niejaki Jarosław z Wilna, masażysta, który koniecznie chciał złożyć swe ręce, które leczą w różnych rejonach mojego ciała celem jego relaksacji. następnie wymyślił sobie, że będę jego przewodnikiem po poznaniu, z racji tego, że ma parę godzin do przesiadki na następny pociąg. potem usilnie acz bezskutecznie częstował mnie na wpół rozpuszczonymi czekoladkami (z nadzieniem alkoholowo-wiśniowym). nie pobiłam go tylko dlatego, że mamusia mnie zbyt dobrze wychowała. natomiast gdyby wzrok mógł zabijać Jarosław już dawno leżałby martwy.

...a spojrzenie musiałam mieć srogie, sądząc po popłochu na twarzy Tego, Który Czekał. na jego widok przeszło mi natentychmiast, a różowy gerber nieśmiało trzymany przezeń w dłoni całkowicie mnie spacyfikował.

2 komentarze:

tom pisze...

Czasem wystarczy chwila rejestracji, żeby potem zbudować coś nowego;)

Anonimowy pisze...

Taki "Jarosław z Wilna" zawsze się gdzieś trafi. Czy to pociąg, czy autobus. Nie ma siły. ;)