a propos ostatniego wpisu i okoliczności przyrody, w których powstała pierwotna wersja Projekttora, przypomniał mi się pobyt w Bydgoszczy, do której jakiś czas temu pojechałam służbowo.
z reguły nie cierpię wyjeżdżać. kocham podróże, ale nie te związane z pracą, rozłąką z bliskimi, niechcianą i przymusową integracją z zupełnie obcymi osobami.
jest jednak jeden aspekt takich podróży, z którego czerpię wielką radość: kocham być w nieznanym mieście i zgłębiać jego, często na pierwszy rzut oka niewidoczne, uroki.
uwielbiam snuć się po uliczkach, w których zwykle nie błąkają turyści, zaglądać do podwórkowych bram, chodzić po starych, mrocznych kamienicach, chłonąć atmosferę nowych miejsc.
zatapiam się wtedy w innym wymiarze, czas zwalnia swój puls, a ja na chwilę wchodzę do innego świata, słucham skrzypienia drewnianych schodów pod stopami, odgłosów ulicy, łapię na twarz rozleniwione słońce.
zatracam się w błądzeniu. lubię się zgubić w obcym mieście i nie wiedzieć, gdzie jestem. lubię odkrywać dziwne miejsca, na które prawdopodobnie ich codzienni bywalcy nie zwracają uwagi.
podziwiam architekturę.
patrzę na rzeczywistość przez zupełnie inne filtry.
odnajduję starą, zamkniętą w metalowej klatce windę...
...z wielkim lustrem i witrażami,
która zabiera mnie w magiczną podróż przez kolejne poziomy bez poczucia realności.
trafiam na most, na którym nowożeńcy zakładają kłódki na znak wiecznej miłości.
zachwycam się pięknem starego młyna, który stoi opuszczony i bardzo żałuję, że nie mam możliwości wniknięcia wewnątrz i spenetrowania jego mrocznych zakamarków...
w każdym mieście, nawet powszechnie uznawanym za brzydkie, można odnaleźć coś cudownego. wystarczy dobrze popatrzeć...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz