czwartek, 22 listopada 2012

nie chcę tam wracać


są takie miejsca, w których spotykają się kobiety. po wyjściu stamtąd same wybiorą kolor swoich lśniących syntetycznym blaskiem włosów, same zadecydują o ich długości i uczesaniu. ich piersi uwięzione w fiszbinach nowego biustonosza, mimo skrywanej tajemnicy będą wyglądać bardzo ponętnie. niektóre z nich wyjdą z czarnymi tatuażami, które jednak nie będą zdobiły ich ciał. te miejsca to nie salony piękności.

w tych miejscach czas płynie inaczej niż na zewnątrz, a słowa nabierają nowych znaczeń. chemia nie jest już jednym ze szkolnych przedmiotów, a radio nie kojarzy się z głosem ulubionego prezentera.   
pobyt w tych miejscach nie należy do przyjemności. są odwiedzane tylko z konieczności. 

znajdujące się tam kobiety mają dziwne oczy. patrząc w nie ma się wrażenie, że spowija je mgła, a jednocześnie bije z nich magiczny blask i spokój. tak mogą wyglądać tylko oczy, które wylały wiele łez. 

byłam tam wielokrotnie dziewięć lat temu. pamiętam białe korytarze, labirynty poukrywane pomiędzy ścianami. byłam tam również niedawno. nic się nie zmieniło. scenografia wciąż ta sama. zmieniają się tylko osoby dramatu. jak kukiełki wchodzą na scenę, aby za chwilę ustąpić miejsca kolejnym. przeraża to, jak ich wiele. 

są takie miejsca... nie chcę tam wracać.


poniedziałek, 19 listopada 2012

samsara




czym różnią się od siebie nowy, jeszcze nie do końca zbudowany dom, od ruin starego, opuszczonego budynku? oba są (już albo jeszcze) nie zamieszkane. w nowym hula pustka pełna obietnic. wiatr między ścianami zbudowanymi z równych, prostych cegieł targa białą kartką papieru, na której dopiero będzie się zapisywać jakaś opowieść. w starym domu cegły są ukruszone, ściany krzywe, a przez wybite oczodoły okien wylewa się jego historia, którą tylko z rzadka ktoś zechce wysłuchać.

czym różnią się od siebie noworodek i starzec? obaj są istotami ludzkimi. obaj są tak samo bezbronni i zależni. obaj muszą umieć komuś zaufać, aby przeżyć kolejny dzień. obaj z czasem zamieniają się rolami. ten, kto był kiedyś pod opieką, sam staje się opiekunem. z tą tylko różnicą, że dumny rodzic z niezachwianą pewnością czeka na rozwój i samodzielność swojego dziecka, a dziecko mając w pamięci okres świetności swojego rodzica ze smutkiem i pokorą obserwuje proces starzenia i tego, co z nim nieuchronnie związane.

i tak toczy się to koło. nowe cegły z czasem kruszeją, pusta kartka zapełnia się literami opisującymi dawne dzieje, a jędrne, zdrowe ciało staje się pomarszczone i słabe. 

nic nowego. nic odkrywczego. jednak jest to coś, co czuje się mocno w głowie, kiedy karuzela życia i śmierci wchodzi w kolejny zakręt...

sobota, 13 października 2012

nie ma mnie tu.


jestem wszędzie indziej. czasem przychodzi taki moment, że chce się malutkim nożykiem do jarzyn obrać tę pierwszą warstwę, nabłonek, naskórek, jakkolwiek to nazwać. odsłonić kawałek mięcha. podzielić się tym, co na co dzień trzeba chować przed światem. teraz tak mam. ale nie umiem. za dużo bólu. chowam się za tą krwią z rany płynącą. i czekam, aż zrobi się z niej strup.

środa, 18 lipca 2012

na podniebieniu dzisiejszości



 jestem fantomem i rozlewającym się dżemem poziomkowym. jestem wodą wytryskiwaną z otworu na grzbiecie wieloryba i jedną z gałęzi drzewa życia. jak kulka puszczona w dół odbijam się od krawędzi spirali jednocześnie będąc w "tu i teraz" i "tam i wtedy". zaglądam do piwnic swojego dzieciństwa, by za chwilę wznieść się na podniebienie dzisiejszości.

jestem. znów jestem mną.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

dystans


żeby zachować dystans, trzeba na chwilę znaleźć się na marginesie swojego codziennego życia. a ja? biegam po jego pustych kartkach od czasu do czasu zostawiając gdzieś rozchlapanego kleksa.

niedziela, 17 czerwca 2012

puste dni


oto stała się cichość. niepokój. rozedrganie w warstwie podskórnej. bezsenność. obawa czy to wszystko, czym przesiąkłam istnieje naprawdę? czy to tylko scenografia i wymysł mojej wyobraźni? czy to możliwe, żeby mieć tyle szczęścia...? 

już nie umiem inaczej. czuję się jak marionetka, której ktoś poodcinał sznurki. jakby ktoś nacisnął pauzę na taśmie mojego życia. nie umiem już być tylko dla siebie. nie umiem i nie chcę. przeraża mnie to. 

sięgnęłam dziś po dzienniki Steda. to nie był dobry wybór na ten czas. dusi mnie w dołku, kiedy go czytam. tak pięknie, tak smutno oddaje wszystko to, co noszę w sobie. chyba lepiej będzie tego nie roztrząsać. nie zastanawiać się, nie myśleć. odliczam dni. przetrwam. 

nie chcę się bać.

usiadłam nad brzegiem rzeki... z lewej strony niebo jak dalmatyńczyk nakrapiane miniaturowymi chmurami. z prawej koralowe rozmyte obłoki i dwa fioletowe smoki walczące ze sobą. nie wiem, który zwyciężył...

wiadomość. krótka acz treściwa. jak zwykle wiedziałeś, czego teraz potrzebuję. 

z zaszklonych oczu spada przezroczysta kulka zabierając ze sobą smugę tuszu do rzęs.


poniedziałek, 21 maja 2012

od końca


przebiłam się drewnianym patyczkiem przez opakowanie z długopisami jak niecierpliwy kochanek otwierający zębami paczkę prezerwatyw. żeby pisać.

długopisy znaleźliśmy pod supermarketem.

powietrze gęste, że można je kroić w kostkę. miękkie kontury. rozmyte przebłyski światła. zanurzenie, rozleniwienie, błogość. wrażenie, że to film. pomarańcze i bursztyny. słońce przedzierające się przez rudość psiego łba. 

niepokój, że to wszystko to iluzja albo zaklęta w lepkiej kropli żywicy chwila, której już nie ma albo za chwilę nie będzie.

***

surrealizm nocnego koncertu w muzeum. oniryzm rozpływający się niczym papierosowy, kawiarniany  dym. w tle postacie zwiedzających jak szablony wycięte z tektury, jak część scenografii będącej projekcją śpiącego mózgu. nic nie znaczące kukiełki, mające jednocześnie tak dopracowane szczegóły ubioru i fryzur. kolorowy kontrast plam.

ich dwóch: klawisze imitujące dźwięk szklanych kulek opadających w dół i obijających się o siebie i kontrabas, pochłaniający do pudła rezonansowego dudnienie po to, aby za chwilę przekształcić je w smyczkowy skowyt. 

okulary. mogą zakłócić nasiąkanie muzyką. gdy zasłuchana głowa spada w dół, okulary wprost po ścieżce z potu spływającego po nosie uparcie przemieszczają się na sam jego czubek. wystarczy na szczęście jeden zdecydowany ruch palca i na chwilę znów wracają na swoje miejsce.

***

śmierć. czy w obliczu samotności może stać się najlepszym powiernikiem i kompanem? czy bywa dowcipna, czy w jej istnienie wpisana jest jedynie powaga? czy wypada śmiać się ze spraw ostatecznych?