wtorek, 11 lutego 2014

11 lutego


11 lutego. pamiętna data. na wolność wychodzi niejaki Mariusz T. na wolność wyszłam i ja. po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu. kolejny raz. ale to nic, to nic. jeszcze mamy trochę czasu. 

dwa dni temu moje kochanie przemyciło mi kurteczkę i buciki i zabrało mnie na spacer. na powietrze. na słońce. dodatnie temperatury w lutym, mimo zapowiadanych trzydziestostopniowych mrozów. podobno pogoda była kapryśna i dlatego prognozy się nie sprawdziły.

a my? rośniemy. Stefan według wczorajszych szacunków ma około czterech kilogramów. przerażenie me się wzmaga. przy całej mej chudości jedynym elementem wskazującym na ciążę jest brzuch wielkości piłki lekarskiej. poród naturalny?! nigdy w życiu!

ostatnie dwa tygodnie były dziwne. cały ten czas zlewa mi się w jeden długi dzień i przerywaną co trzy godziny noc. wrosłam w krajobraz sali numer trzysta pięć. poza tym wszystko inne co chwilę się zmieniało. zmieniały się kobiety. każda z nich miała do opowiedzenia tysiąc mniej lub bardziej krwawych historii porodowych. czasem słuchając ich wyłam w poduszkę. czasem wypłakiwałam się w ukochaną ciepłą klatkę piersiową. czasem gubiłam słone krople na schodach albo pod prysznicem. a czasem śmiałam się jak głupia, sama już nie wiem z czego. 

teraz jestem w domu. choć na chwilę. trochę siedzę jak na szpilkach, przecież w każdej chwili Stefan może postanowić się wyprowadzić. teoretycznie ma jeszcze tydzień, w praktyce nigdy nic nie wiadomo. nie jestem przygotowana, torba rozpakowana, pranie się suszy. jutro muszę spakować się ponownie. 

ale póki co Mały co jakiś czas wystawia girkę. po lewej stronie mruczy Jego Rudość Kacper, po prawej wtula się we mnie Gustaw. pod ścianą Sajmon macha ogonem przez sen. w eterze Porter i Lipnicka. no i w każdej chwili mogę się znów przytulić...

jeszcze trochę. damy radę. musimy. i czeka nas cudowna nagroda: weźmiemy w objęcia Naszego Synka. 


wtorek, 21 stycznia 2014

stan mało błogosławiony...


2830 gram wierzgającego w brzuchu szczęścia. główka na dole, po prawej stronie plecki i dupka, po lewej co jakiś czas wynurzająca się girka. jestem hipopotamem. i hipochondryczką. w oczach mam przerażenie. może to z niedoboru snu. nocne pielgrzymki do łazienki. nocny psychosomatyczny świąd całego ciała. nocne przewracanie się z boku na bok. poszarpane sny. strzępy dziennych lektur (na tapecie aktualnie skandynawskie kryminały) plus wizje porodu. wałkowane wciąż i wciąż. w różnych konfiguracjach. za każdym razem tak samo straszne. mam dość. fizycznie jest coraz ciężej. psychicznie...szkoda gadać. boję się. bardzo się boję. tego, co za mniej więcej miesiąc i tego, co potem. czy będę dobrą matką?

piątek, 10 stycznia 2014

pamiątka ze szpitala




i w zasadzie nic więcej nie chcę pamiętać, dlatego usunęłam wcześniejsze wpisy...
a Syn rośnie, wczoraj go inwigilowaliśmy i okazało się, że umie ziewać :) to wszystko staje się coraz bardziej realne, a nieubłagany metronom odmierza coraz mniej czasu do godziny "zero"...

piątek, 29 listopada 2013

the most romantic love confession ever... ;)



"napisałem jej >>kocham<< na nodze i se zrobiła zdjęcie, głupia"


...ale teraz muszę jechać na męską wyprawę rowerową :)


bez komentarza... ;)


wtorek, 26 listopada 2013

koło



spadł pierwszy śnieg. wielkie, białe płatki unoszą się w powietrzu, otulając puchową kołdrą zmarznięte drzewa. cudownie jest patrzeć na nie stojąc w oknie, mając za plecami ogień buzujący w kominku.

w zeszłym roku śnieg pierwszy raz pojawił się czwartego grudnia. to był dzień, w którym ostatni raz rozmawiałam z Mamą. to był dzień Jej śmierci.

dziś dostałam wiadomość, że czwartego grudnia zaczynamy lekcje w szkole rodzenia. w rocznicę odejścia Mamy zacznę się uczyć, jak dać początek nowemu życiu, zacznę poznawać tajniki bycia Mamą.

czas zatoczył koło. narodziny i śmierć- odwieczny cykl. samsara.

Mamuniu moja, wiem, że się cieszysz naszym szczęściem. gdziekolwiek jesteś. w czymkolwiek jesteś. może jesteś właśnie w tych białych płatkach spływających z nieba...


poniedziałek, 18 listopada 2013

spowiedź, czyli kiedy niemożliwe staje się możliwe


ile to już czasu, odkąd mnie oślepiło? jak dziś pamiętam tamten dzień... nasza pierwsza wymiana słów.

-"zapalisz?"
-"ja jestem grzeczną dziewczynką i nie umiem palić..."

jezioro, las i "Again" dobiegające z głośników samochodu. rozwiane włosy i ciemne okulary, przez które czułam się na wskroś przewiercona TYM wzrokiem powodującym, że skóra płonie. wtedy jeszcze nie umiałam spojrzeć Ci w oczy. przy najmniejszej próbie czułam się, jakbym patrzyła prosto w słońce. 

kolejne przypadkowe spotkanie gdzieś w knajpianych labiryntach. zaróżowione policzki. najpiękniejszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam. jesteś zjawiskowa. dwa proste słowa, które wbiły mnie w krzesło. opowieści o LD , ilustrowane twoimi palcami przebiegającymi wzdłuż mojego kręgosłupa. ciarki na plecach. 

zdaje się, że to wtedy zaczęła się moja mała obsesja. a w międzyczasie było zwykłe, codzienne życie i z rzadka jakieś wieści o Tobie. czasem jakaś drobna myśl. czasem niespodziewany sen. kilka rozrzuconych w czasie krótkich zetknięć. przy jednym z nich pomogłam przypadkowi :) wtedy już zaistniałeś na dobre w mojej świadomości. ot, taka platoniczna, niewinna znajomość. na nic więcej jednak nie mogłam liczyć. i nawet nie chciałam. w końcu na moim serdecznym palcu błyszczał pierścionek, a wierność zawsze była dla mnie rzeczą świętą. 

a potem zaczęło dziać się źle. mój, wydawałoby się poukładany świat, zaczął chwiać się w posadach. ciągłe kłótnie o nic. brak zainteresowania i zrozumienia. rozbieżność zainteresowań i priorytetów. frustracja. chłód. niemoc. jakkolwiek źle nie było, nigdy bym jednak nie przypuszczała, że REALNIE może pojawić się ktoś trzeci. a jednak. wtedy byłam zraniona, zrozpaczona, wściekła. dziś jestem wdzięczna. kto wie, gdyby się to wszystko nie wydarzyło, być może nadal tkwilibyśmy w matni, zawieszeni w próżni, rozpaczliwie próbując wzniecić to, co już się wypaliło. 

w tym właśnie momencie nadarzyła się kolejna okazja do spotkania z Tobą. i wtedy już wiedziałam. to było jak wybuch uśpionego wulkanu. wcześniej bałam się to nazwać po imieniu. wtedy nie było już odwrotu. pamiętam, jak strasznie ryczałam uświadomiwszy sobie tę rzecz. przecież to nie miało racji bytu. ja, tkwiąca w sześcioletnim związku, czekająca na decyzję banku w sprawie wspólnego kredytu na mieszkanie i Ty uwikłany w skomplikowaną znajomość... nie znałam szczegółów, ale druga strona usilnie starała się o to, aby Wasze relacje wyglądały na poważne. dlatego szanując Twój wybór nie śmiałam zrobić nic, co mogłoby zostać odebrane za próbę zniszczenia tego, co było między Wami. z drugiej strony podjęłam bardzo ciężką decyzję, że czas zrobić porządki z własnym życiem i przestać odgrywać rolę, z której już dawno oboje wyszliśmy. ostre cięcie. dużo łez. nie mogłam dłużej oszukiwać siebie i człowieka, z którym spędziłam jedną piątą swojego życia. to byłoby nieuczciwe. wolałam być sama, niż okłamywać bliską mi osobę. nie chciałam być z kimś tylko ze strachu przed samotnością.

pozostała mi pustka. głucha cisza. zima i mróz. i ogromna, potężna, niewymowna tęsknota za Tobą. Ty znikałeś i wiedziałam, że jesteś z Nią gdzieś na drugim końcu świata. bolało. ale myślałam, że jesteś szczęśliwy i cieszyłam się Twoim szczęściem. czasem tylko chciałam Cię zobaczyć. nie wiem po co. chyba po to, żeby utwierdzić się w tym, jakie wszystko jest beznadziejne. i żeby ogrzać się przez chwilę w blasku Twoich oczu, żeby jakoś przetrwać kolejne tygodnie, zanim może znów z daleka na Ciebie popatrzę...

nie wiem, co by się ze mną dziś działo, gdyby nie tamta lutowa noc. mocno przytuleni chłonęliśmy nawzajem swoje ciepło, słuchając dzikiego wrzasku naszych serc. to wtedy wszystko się zmieniło. okazało się, że moja perspektywa patrzenia na nasze relacje była błędna. Ty też mnie chciałeś dla siebie. 

a potem wściekle głodni siebie zaczęliśmy nadrabiać stracony czas...

po prawie dwóch latach przyszedłeś do naszego łóżka ubrudzony sadzą z pieca i zaprezentowałeś mi swój uśmiech zwycięzcy :) czy będziesz ze mną na zawsze? czerwone pudełeczko w kształcie serducha, a w nim... to jesteś ty, a to jestem ja. a teraz będzie z nami Ktoś jeszcze :)

niemożliwe stało się możliwe. tak bardzo, tak niepojęcie mocno tego chciałam. mimo, że pozornie nie było na to żadnych szans, to się dzieje. to tak, jakby cała energia kosmosu zamknęła się w tym jednym pragnieniu i pulsowała na nie jasnym światłem mocy. połączyliśmy nasze byty, żeby stał się nowy, niezależny byt. stworzyliśmy Nowego Człowieka. 

piszę Ci to wszystko, bo czasem nie umiem pewnych rzeczy powiedzieć. chcę, żebyś wiedział. bez Ciebie nie byłoby mnie. kocham Cię, Ryju. nawet, a może zwłaszcza wtedy, kiedy się na mnie wściekasz, że przy pełni Księżyca nie śpię i leżąc po cichu z otwartymi oczami Cię budzę... :)


poniedziałek, 4 listopada 2013

Stefan


jesteśmy już dalej niż w połowie, a mimo wszystko cały czas się dziwię, kiedy przechodzę obok lustra i widzę sylwetkę Muminka... pomału przyzwyczajam się do tego cudownego kotłowania w swoim brzuchu. czekam na nie i cieszę się z każdego ciosu bokserskiego, bo wtedy wiem i czuję namacalnie, że mam w sobie małego lokatora. tego uczucia nie da się porównać z niczym innym. jest niesamowite.

wiemy już, że w środku siedzi "chłop na schwał", a "ta kuleczka to penis" :) nie wiem, skąd, ale od razu to wiedziałam. kobieca intuicja, czy cóś... nasze Maleństwo od samego początku zostało mianowane "Stefanem" (na cześć ojca NIEchrzestnego, czyli przyjaciela domu), mimo że jeszcze nie znaliśmy Jego płci, w sumie bardziej dla śmiechu, a teraz się okazuje, że nie umiemy już inaczej do Niego mówić i obawiam się, że to imię już z Nim zostanie, tym bardziej, że tak zacytuję Magdalenę, "Stefan jest mężczyzną"...

korci mnie czasem, żeby do Niego zajrzeć, zwłaszcza że technika poszła do przodu i usg 3 czy nawet 4d nie stanowi żadnego problemu. ale jakoś uważam to za fanaberię i wolę cierpliwie poczekać do dnia, kiedy będę mogła Go przytulić. radość ze spotkania też chyba będzie większa - takie podglądactwo to trochę jak wcześniejsze zaglądanie ukradkiem do leżącego pod choinką wymarzonego prezentu, na który się czekało cały rok.

dziwnie mi tylko ze świadomością, że w tym przypadku to ja jestem opakowaniem :)