środa, 9 kwietnia 2014

tabula rasa


wczoraj przyszła pierwsza wiosenna burza. zelektryzowani jej przybyciem zagapiliśmy się w dachowe okno sypialni. trwający już jakąś chwilę płacz ustał. wielkie oczy patrzyły z ciekawością na krople rozpłaszczające się na szklanej tafli szyby. ich dudnienie działało uspokajająco. czas zwolnił.

co myśli sobie mały Człowiek w takiej chwili? czy gdzieś w podświadomości zachowa ten moment w pamięci? czy zadrukuje rozmytymi przez deszcz literami część swojej tabula rasy? codziennie karmię Go nowymi wrażeniami, drażnię Jego zmysły, dostarczam nowych doświadczeń. przez dziewięć miesięcy byliśmy jednością. teraz, odseparowani, w dalszym ciągu chłoniemy świat razem. mały Człowiek rośnie ponieważ nasiąka nowymi przeżyciami. to wielka odpowiedzialność kształtować taką małą Istotę, malować Jej jestestwo według sobie znanych wzorów i wybranymi przez siebie kolorami. 

kap kap kap

jak kroplówka codzienność sączy się do Jego duchowych żył.

kap kap kap

moje piersi płaczą mlekiem.

niedziela, 16 marca 2014

Pan Bułeczka


nosiłam Go w sobie przez dziewięć miesięcy. czułam jak to dojrzewające życie miota się we mnie. widziałam je na zdjęciach USG. regularnie słuchałam bicia Jego maleńkiego serduszka - a mimo to wciąż nie wierzyłam...

moment, kiedy pierwszy raz Go zobaczyłam, kiedy usłyszałam Jego krzyk i poczułam Jego ciepło na swojej skórze, pamiętam jak przez mgłę. na tym etapie porodu już mało do mnie docierało. pierwszą noc spędziliśmy oddzielnie, bo nie byłam w stanie się Nim zająć. czułam się jak wyrodna matka.

cały czas się ze sobą oswajamy. bałam się, że w dalszym ciągu nie będę wierzyć, że On istnieje, że już jest z nami, że nie będę umiała pokochać Go tak, jak tylko matka potrafi kochać swoje dziecko. 

słucham Jego westchnień, oglądam maleńkie paznokietki, głaszczę po aksamitnych włoskach, studiuję śmieszne mechate, powywijane uszka, całuję cudne stopki, przytulam do siebie Jego kruche ciałko, patrzę Mu w oczy i... nie wydaje mi się, żeby to, co czuję było efektem zalania mojego mózgu oksytocyną, jak to ktoś zasugerował. to jest cud. nie było Go i nagle się pojawił. powołaliśmy do życia nowego człowieka.

są momenty, kiedy ze zmęczenia oboje snujemy się jak zombie, kiedy padamy na pysk, marzymy choć o chwili snu, kiedy nie mamy czasu nawet pójść do toalety, kiedy przestajemy kontrolować ogólnie panujący chaos i bałagan, kiedy potykamy się o własne cienie, nie mamy kiedy zrobić czegoś do jedzenia, bywamy bezradni wobec płaczu, zmagamy się z pierwszymi problemami związanymi z rodzicielstwem, ale... przychodzi taki moment, że leniwiec przelewa się przez ręce, ziewa, mając wszystko w dupce lub w jeszcze niekontrolowany sposób się uśmiecha i wszystko mija. całe zmęczenie, zniecierpliwienie i stres. niedogodności związane z połogiem. ból. permanentny niedoczas. wszystko to oczywiście daje o sobie znać, ale największą nagrodą jest On. Pan Bułeczka, który wiecznie głodnym jest i wisi uczepiony do mamusi przez 3/4 doby :) sytuacja sprzed porodu niewiele się więc zmieniła: mimo, że rozłączeni, wciąż jesteśmy prawie nierozłączni.

kiedyś mój Luby rzekł mi, że mnie kocha, a zapytany, skąd o tym wie, odpowiedział: "bo jak na Ciebie patrzę, to chce mi się płakać." słowa te co prawda różnie interpretować by można ;) jeżeli jednak jest w tym jakaś ukryta mądrość, to znaczy, że moje obawy były bezpodstawne, bo kiedy Pan Bułeczka zasypia przy mojej piersi, kiedy kwili jak ptaszek lub meczy jak koza, kiedy zwisa z moich ramion i czuję Jego rozkoszne ciepełko, to nie tylko chce mi się płakać, ale wyję jak głupia, śmiejąc się przez łzy.

to że Go urodziłam poczytuję za coś niemożliwego, co by się nie stało, gdyby nie pomoc Toma. ale mam też przeświadczenie, że moja Mama była przy mnie i dawała mi siłę. bardzo mi smutno, że nie doczekała wnuka, bo wiem, że oszalałaby na Jego punkcie. ale mam też przeczucie, że gdzieś tam, miała wpływ na to, jaki On będzie i śmieję się, że zwyciężyła Jej miłość do Taty, bo nie wiedzieć dlaczego, kiedy patrzę na swojego syna, widzę... swojego ojca :)

czwartek, 27 lutego 2014

wszystko, co piękne, rodzi się w bólu



trzy dni przed Tym Wielkim Dniem upiekłam Stefanowi ciasto urodzinowe, co by Go zmotywować do wyjścia. chyba będzie z Niego słodki Leonek, bo podziałało :)

tak. mamy Go :)

pamiętna data: 22.02.2014, godzina 14.44, 4130g, 60 cm.

tak wygląda Stefan w liczbach :)

po wielu komplikacjach się udało. jesteśmy najszczęśliwsi na świecie i straaaasznie wiewyspani :)

sobota, 15 lutego 2014

always look on the bright side of life...


znajoma ciężarówka ze szpitala dzwoni do męża:
- ... i przywieź mi jeszcze gumy, ale do żucia!

tę samą pytam o płeć malucha, którego w sobie nosi:
- a ty masz chłopaka?
- nie, męża!

również ona podczas obchodu słyszy nagle od lekarza:
- a pani ma zakażenie płodu tak?
ona z nerwów blada i sina, a lekarz ze stoickim spokojem rzecze:
- a nie, to nie pani, pomyliły mi się karty pacjentek...

chcąc ogarnąć przez telefon sprawy rachunkowe schowałam się pod prysznicem, żeby mieć chwilę spokoju i skupienia. nagle wchodzi położna:
- szukam pani wszędzie, chciałam sprawdzić tętno maluszka.
- a ja się tu wyalienowałam, bo muszę rachunki pozałatwiać...
po chwili spędzonej z pelotą od KTG
- no dobrze, może pani wracać do biura...

słyszę na korytarzu śpiewy, to moja ulubiona położna uprawia sztukę wokalną.
ona: - a to śpiewałam ja, Aneta!
ja: - łubudubu, łubudubu...
salowa, myjąca akurat podłogę: - a gdzie krawat? klient w krawacie jest mniej awanturujący się!

położna podłącza mi KTG i do ręki daje jakiś joystick i mówi: to do ruchów, po czym wychodzi. ja zdezorientowana nie wiem, co z tym zrobić i z lekkim popłochem jeżdżę sobie tym po brzuchu, po czym okazuje się, że mam wciskać przy każdym ruchu Stefana przycisk na końcu tego ustrojstwa...

moja "współwięźniarka" z celi nr 305 z kolei o 6 rano dostaje w biegu jakieś czopki i słyszy: to na rozluźnienie szyjki. idzie więc do toalety zaaplikować sobie ów specyfik w odpowiednie miejsce, przy czym pobyt na oddziale ginekologicznym sugeruje, że znajduje się ono raczej z przodu... nic bardziej błędnego. :) jak poszła do położnych zapytać, czy dobrze zrobiła, spotkała się tylko z pobłażającymi uśmiechami... na szczęście zdołała to jakoś z siebie wydobyć...

codziennie po oddziale chodzi ksiądz i charakterystycznym zaśpiewem obwieszcza:
- komunia święta!
wpadam na niego na korytarzu.
on: - tak patrzę, jak pani to swoje dziecko głaszcze po główce (znaczy po górze brzucha)
ja: - proszę księdza, główkę to on ma tu... (i pokazuję mu dół brzucha)
on: - ja jestem facetem, mogę się nie znać...

jedziemy do szpitala na kontrolne KTG. parkujemy w strasznym błocie, wysiadam  więc wcześniej, żeby w nim nie ugrzęznąć, ale samochód się zakopuje i spod tylnych kół wprost na mnie leci zawartość kałuży. włosy, twarz, płaszczyk, buty, torebkę - wszystko mam srogo zachlapane. idę taka do gabinetu zabiegowego, kładę się na kozetce i mówię do położnej:
- niech pani zobaczy, jak mnie mój własny chłop załatwił!
ona patrzy na mnie i mówi:
- no, w tym to chyba oboje braliście udział...
- ale ja nie o brzuchu mówię, tylko o tych obłoconych spodniach!



tak, to ja... jeszcze w życiu nie miałam tak "kobiecych" kształtów :)

wtorek, 11 lutego 2014

11 lutego


11 lutego. pamiętna data. na wolność wychodzi niejaki Mariusz T. na wolność wyszłam i ja. po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu. kolejny raz. ale to nic, to nic. jeszcze mamy trochę czasu. 

dwa dni temu moje kochanie przemyciło mi kurteczkę i buciki i zabrało mnie na spacer. na powietrze. na słońce. dodatnie temperatury w lutym, mimo zapowiadanych trzydziestostopniowych mrozów. podobno pogoda była kapryśna i dlatego prognozy się nie sprawdziły.

a my? rośniemy. Stefan według wczorajszych szacunków ma około czterech kilogramów. przerażenie me się wzmaga. przy całej mej chudości jedynym elementem wskazującym na ciążę jest brzuch wielkości piłki lekarskiej. poród naturalny?! nigdy w życiu!

ostatnie dwa tygodnie były dziwne. cały ten czas zlewa mi się w jeden długi dzień i przerywaną co trzy godziny noc. wrosłam w krajobraz sali numer trzysta pięć. poza tym wszystko inne co chwilę się zmieniało. zmieniały się kobiety. każda z nich miała do opowiedzenia tysiąc mniej lub bardziej krwawych historii porodowych. czasem słuchając ich wyłam w poduszkę. czasem wypłakiwałam się w ukochaną ciepłą klatkę piersiową. czasem gubiłam słone krople na schodach albo pod prysznicem. a czasem śmiałam się jak głupia, sama już nie wiem z czego. 

teraz jestem w domu. choć na chwilę. trochę siedzę jak na szpilkach, przecież w każdej chwili Stefan może postanowić się wyprowadzić. teoretycznie ma jeszcze tydzień, w praktyce nigdy nic nie wiadomo. nie jestem przygotowana, torba rozpakowana, pranie się suszy. jutro muszę spakować się ponownie. 

ale póki co Mały co jakiś czas wystawia girkę. po lewej stronie mruczy Jego Rudość Kacper, po prawej wtula się we mnie Gustaw. pod ścianą Sajmon macha ogonem przez sen. w eterze Porter i Lipnicka. no i w każdej chwili mogę się znów przytulić...

jeszcze trochę. damy radę. musimy. i czeka nas cudowna nagroda: weźmiemy w objęcia Naszego Synka. 


wtorek, 21 stycznia 2014

stan mało błogosławiony...


2830 gram wierzgającego w brzuchu szczęścia. główka na dole, po prawej stronie plecki i dupka, po lewej co jakiś czas wynurzająca się girka. jestem hipopotamem. i hipochondryczką. w oczach mam przerażenie. może to z niedoboru snu. nocne pielgrzymki do łazienki. nocny psychosomatyczny świąd całego ciała. nocne przewracanie się z boku na bok. poszarpane sny. strzępy dziennych lektur (na tapecie aktualnie skandynawskie kryminały) plus wizje porodu. wałkowane wciąż i wciąż. w różnych konfiguracjach. za każdym razem tak samo straszne. mam dość. fizycznie jest coraz ciężej. psychicznie...szkoda gadać. boję się. bardzo się boję. tego, co za mniej więcej miesiąc i tego, co potem. czy będę dobrą matką?

piątek, 10 stycznia 2014

pamiątka ze szpitala




i w zasadzie nic więcej nie chcę pamiętać, dlatego usunęłam wcześniejsze wpisy...
a Syn rośnie, wczoraj go inwigilowaliśmy i okazało się, że umie ziewać :) to wszystko staje się coraz bardziej realne, a nieubłagany metronom odmierza coraz mniej czasu do godziny "zero"...