niedziela, 7 sierpnia 2011

o lękach odważne dywagacje


wczoraj cofnęłam się w czasie. znów miałam cztery lata i byłam przerażonym dzieckiem, które spadło ze stromych, drewnianych schodów w domu babci. znów nie byłam w stanie zapanować nad strachem i zamiast iść w pionie na roztrzęsionych nogach, poddałam się regresowi i wróciłam do pozycji naszych pierwotnych przodków.

gdybym wiedziała, jaką trasę sobie wybraliśmy, w życiu bym tam nie poszła... strome zbocza, drewniane deseczki tworzące prowizoryczne schody z prześwitami. w górę i w dół. sama nie wiem, co gorsze... powstrzymywany atak paniki, poczucie uwięzienia w środku, świadomość tego, że nie ma już odwrotu. pewnie dlatego poszłam dalej.

całe życie się czegoś boję. a jednocześnie jestem spragniona nowych doświadczeń. rzadko z wyboru podejmuję wyzwania. jednak często okazuje się, że jeśli los postawi je przede mną, jakoś, może obiektywnie patrząc dziwnie i na swój pokrętny sposób, ale jednak- daję radę. i mam potem dużą radochę, że nie do końca dałam się strawić swojemu lękowi.

ktoś kiedyś chyba zaszczepił mi niskie poczucie własnej wartości. może to dobrze, bo dzięki temu bardziej cieszę się wygraną w walce z samą sobą.

a Góry Stołowe pikne są, że hej! :)



Brak komentarzy: