niedziela, 21 sierpnia 2011
ech, to pech!
wszystko zaczęło się od brakującego elementu garderoby.
po pokonaniu drogi na przystanek i z przystanku, po przejechaniu połowy miasta, będąc już prawie w drzwiach pracy, w lewej stopie poczułam niejaki dyskomfort. natychmiast skojarzyłam ów fakt z ostatnim obrazem zakodowanym w domu, przedstawiającym moją skarpetkę leżącą na stoliku. pamiętam mgliście, że nawet mnie ten widok przez chwilę zastanowił, jako że wyciągałam przecież z bieliźniarki zawiniątko zawierające parę, ale jakoś tak bezrefleksyjnie pomyślało mi się wtedy, że może przez przypadek zaplątała się tam jakaś trzecia sztuka. swoją drogą uodporniłam się w ostatnim czasie na krajobraz z pojedynczymi skarpetkami w tle, jako że po pierwsze primo w tym lokalu mieszkaniowym grasuje skarpetkowy potwór, a po drugie primo często bywają tu stosowane tak zwane "patenty na skarpetki", o czym może kiedy indziej, albo lepiej w ogóle zachowam milczenie...
w pracy z radością odkryłam pozostawione tam wczoraj resztki grzanek czosnkowych i postanowiłam czem prędzej, po uprzednim podgrzaniu je spożyć. w tym samym momencie zamiarem moim stało się także wprowadzenie do ogólnie panującego chaosu choć namiastki pozytywnego feng-shui i wyrzucenie do śmietnika pustego słoika po kawie. skurczybyk nagle ożył mi w ręku, wyrwał się i z trzaskiem uderzył w podłogę. gdyby w tym momencie udało mi się go okiełznać, uniknęłabym zapewne tego, co się wydarzyło. słoik jednak odbił się od podłogi, spadł na nią raz jeszcze i roztrzaskał się w drobny mak. zaaferowana wydarzeniem pobiegłam po zestaw do usunięcia szkody. a grzanki się piekły...
po dziesięciu minutach w końcu sobie o nich przypomniałam. otworzyłam mikrofalówkę i w tym momencie w kuchni rozległ się upojny zapach spalenizny... wszystko działo się przed dziewiątą rano i stwierdziłam wtedy, że jeszcze cały dzień przede mną i przy takim starcie dla dobra swego i ludzkości raczej powinnam zaniechać działań wszelakich. niestety nie było to możliwe.
reszta służbowego czasu minęła w miarę spokojnie. po opuszczeniu przybytku niewoli udałam się na przystanek. jasną sprawą było dla mnie to, że słyszany z daleka tramwaj będzie moim. oczywiście się nie pomyliłam. co gorsza, gdy już dopadłam go w dzikim pędzie, on z lubością zamknął przede mną swe wrota i z majestatem odjechał w siną dal. wsiadłam w następny, którego trasa przez kilka przystanków pokrywała się z moją. tyle, że kiedy już przestała się pokrywać, pojazd skręcił, a ja oczywiście tego nie zarejestrowałam, tkwiąc zanurzona po czubek nosa w lekturze. jako, że uprowadzona zostałam na trasę nie zawartą w bilecie liniowym, brakowało tylko, żeby dorwały mnie kanary. nadrobiłam kawał drogi, a gdy już docierałam, gdzie trzeba i ucieszona zauważyłam kolejny tramwaj, przyblokowały mnie czerwone światła na przejściu i znów nie zdążyłam...
do domu dobiłam na raty, czterema tramwajami i trochę na nogach, z których tylko jedna odziana była w skarpetkę.
w ostatniej chwili udało mi się złapać windę, którą już odjeżdżał pan roznoszący pizzę. zostałam nakarmiona i przytulona. dotleniona na spacerze z psem. a na końcu biały kot przebiegł mi drogę. wiszące nade mną od samego rana fatum w końcu spadło i skręciło sobie łeb.
jutro nie muszę nic. nadchodzi noc. pewnie znów będę spać w środku i czuć ciepło z obu stron. oto kwintesencja szczęścia. i niestraszny mi żaden pech!!! :):):)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz