niedziela, 19 grudnia 2010

zwierzątko


przycupnęło cichutko pod moim prawym żebrem. przyczajone oczekuje zagrożenia. jego małe serduszko bije bardzo szybko. drży ze strachu. przerażone, dzikie zwierzątko. mój nowy sublokator. jest we mnie. a może ja jestem nim? uaktywnia się zawsze wczesnym rankiem. zmuszam się, żeby wyjść spod kołdry i znów spojrzeć w lustro. poranki są złe. zimne. droga na przystanek. wydaje się taka długa. potem już jest trochę lepiej. są momenty, że zaczynam lubić swoją znienawidzoną pracę. dzięki niej MUSZĘ wyjść z domu. MUSZĘ się ruszyć. MUSZĘ się zmotywować do działania. to dobrze.

dziś dzięki temu, że pojechałam wcześniej, widziałam zjawiskowy wschód słońca. wielka, czerwona kula nad dachami. oczywiście nie miałam aparatu, a zdjęcie zrobione telefonem nie oddaje nawet kawałka tego, co się wydarzyło. zawsze mieć przy sobie aparat. to moje postanowienie staroroczne. nigdy nie wiadomo, na co się trafi. a ja postanowiłam cieszyć się z takich trafień. umieć je doceniać. tego nie musiałam postanawiać.

heglowska wolność do... rozumiana jako wyrzeczenie się pragnień. człowiek jest zniewolony, jeśli pragnie czegoś, czego mieć nie może. jeśli pozbędzie się pragnień, będzie wolny. tyle, że ja nie chcę nie chcieć... bez wyznaczania sobie takich punktów nie ma życia. jest tylko wegetacja. a ja bardzo chcę ŻYĆ. tyle, że nie zawsze umiem. idę przez pole minowe, a zwierzątko we mnie coraz bardziej drży.

wykopałam sobie nowe dziury w palcach. krew tamuję taśmą klejącą.

w drodze


dostałam dziś prezent. z dedykacją. pierwsze jej słowa brzmią tak: "nawet najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku. i nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. więc niech to będzie krok do zrozumienia SIEBIE."

po raz kolejny wyruszam w tę drogę. zimą idzie się trudniej. mróz, śnieg, lód. ślizgają mi się nogi. czasem się przewracam ku uciesze jednych i konsternacji innych...

wiem jednak, z jakiego kierunku zawsze pojawi się ktoś, kto mnie podniesie. ktoś, kto ogrzeje, przytuli, nakarmi. zagada bezsensowne, niepotrzebne myśli. da lekarstwo na bezsenność.

dziękuję, że jesteś...

czwartek, 16 grudnia 2010

ze skrajności w skrajność


...bo życie to jedna wielka sinusoida. wczoraj się ze mnie ulało, bo mi się włączyła zima i grzane wino. dziś dla odmiany płakałam ze śmiechu. koleżanka przyniosła do pracy pierniczki swojego wypieku. piękne, aczkolwiek nie do końca chyba przypominały kształtem foremki, w których powstały. przy konsumpcji owych usiłowałyśmy z l. oraz magdaleną dociec, cóż to one sobą przedstawiają... plamy rorschacha się chowają :) magdalena  w czymś, co w założeniu miało być lokomotywą ujrzała była wielbłąda dwugarbnego... a potem zamyśliła się głęboko i rzecze w te słowy:

- bo tak sobie przypomniałam... kurczaczki! coś wam narysuję... ale nie pamiętam jak to było... myślę... przypomnę sobie albo sobie nie przypomnę... to coś z jajkami było! albo nie! coś lepszego wam pokażę! a są w biurze nożyczki? to poczekajcie!

magdalena leci do biura i coś tam majstruje... nagle wraca do kuchni i z dumą pokazuje nam swe dzieło:



m: - to teraz pociągnij go za nogi!
ja: - mam złe przeczucia...

stosuję się do zaleceń i oto naszym oczom ukazuje się odsłona druga magdalenowego dzieła:



m: - ty go za mocno pociągnęłaś! szybciutko tak! kurczaczki! nie chciałam was tak rozbawić! a kiedyś próbowałam zrobić taką dziewczynkę, ale mi nie wyszło!
ja: - magdaleno, skąd ty to wytrzasnęłaś???
m: - nauczyłam się z "domowego przedszkola"!

w tym momencie dziewczyny musiały mnie już reanimować...

poniedziałek, 13 grudnia 2010

0,3 razy trzy


zimno. ale co tam...

po raz pierwszy od dwóch (trzech...?) lat miałam narty na nogach. w środku miasta lis przebiegł mi drogę. jaka to wróżba...? strzec się fałszywych ludzi...?

wyszłam jak zwykle z kieliszkiem w dłoni. jak tak dalej pójdzie, wpadnę w alkoholizm ;)  chuj z tym. kogo to obchodzi? ja też nie zamierzam użalać się nad sobą. przecież było tak pięknie, śnieg prószył. mróz w sam raz. zima tego roku będzie cudna. niezależnie od wszystkiego. tak sobie założyłam. magdalena jest moim prozakiem, choć sama momentami milknie... paradoks. lekarstwo na depresję, łapie doła... no tak. nic na tym świecie nie jest takie jak się wydaje... sprawy toczą się własnym życiem. trzeba umieć się z tym pogodzić...

kleopatra. ruda kleopatra. ona by wiedziała, jak...

maksyma sprzed X lat jest uniwersalna: całe życie pod górkę... wiatr w oczy, nóż w plecy i z dziurą w d...

pozdrowienia dla Kiśla, gdziekolwiek jest. teraz przydałoby się jego 0,3 razy trzy dla kamuś.

kamuś już nie ma.

nie ma już nic.

sobota, 11 grudnia 2010

popatrz...


zatrzymałam się dziś na chwilę. półwiejska, na wysokości starego browaru. zjawisko. stara kamienica, balkon. stalaktyty i stalagmity z sopli lodu. ogromna konstrukcja. coś niesamowitego. przystanęłam chcąc to uwiecznić. zanim wygrzebałam ze swej przepastnej torby telefon, minęło trochę czasu. zdaje się, że stałam na środku chodnika i blokowałam ludziom przejście. każdy się gdzieś spieszył. mając w zasięgu wzroku takie cudo, przechodnie woleli patrzeć na mnie, idiotkę, która tamuje ruch, wodzi gdzieś rozmarzonym spojrzeniem, za którym nawet co niektórzy podążali, ale z ich twarzy mimo to nie znikał wyraz zdziwienia i niezrozumienia, co też tam takiego interesującego...

czy to jest ta słynna "samotność w tłumie"? czy może ja jestem przewrażliwiona? a może samotność w ogóle dopadła mnie w swoje szpony i dlatego mam porytą percepcję? staram się być dzielna. sama nie musi oznaczać samotna. przecież z natury jestem aspołecznym schizoidem ;) czasem tylko mam taką ogromną potrzebę fizycznej bliskości z drugim człowiekiem. potrzebę bycia przytuloną. a z drugiej strony wiem, że potem, nie mogąc liczyć na jeszcze, rozpadłabym się na kawałki... jestem chyba taką układanką, której brakuje paru puzzli...

wyjdź na zewnątrz. odetchnij mroźnym powietrzem. popatrz na księżyc. jest taki piękny dzisiejszej nocy.


wtorek, 7 grudnia 2010

w uchu od igły




wysycham razem z lakierem do paznokci na stopach. jest zima, kaloryfer podkręcony na maksa. to dlatego. suche powietrze, mało tlenu, zawroty głowy. czasem trzeba coś zjeść. jakoś umyka mi ten fakt. sypiam bezsennie z nadzieją na kolory. w eterze gitarowe riffy. gubię włosy.

pomniejszam swój świat. staję się jedną z rzeźb willarda wigana. wpasowuję się w igielne ucho. niedługo stanę się tak mała, że zniknę.

głód. zdrowy życiowy objaw. puszka bez zawleczki do otwierania, nóż. pocięta blacha. pocięty czas. zawieszenie między jednym i drugim między. za dużo ich. za mało między nimi treści. niedobrze mi. jedzenie mi nie służy. zawsze zostawiam resztki na talerzu.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

raczej...




"...nie wszystko jest takie, jak się wydaje. rzeczywistość jest zawsze tylko jedna." (H.M. 1Q84)

ostatnio mam lekko skrzywione poczucie rzeczywistości...

raczej migotanie powiek...?