czwartek, 16 grudnia 2010

ze skrajności w skrajność


...bo życie to jedna wielka sinusoida. wczoraj się ze mnie ulało, bo mi się włączyła zima i grzane wino. dziś dla odmiany płakałam ze śmiechu. koleżanka przyniosła do pracy pierniczki swojego wypieku. piękne, aczkolwiek nie do końca chyba przypominały kształtem foremki, w których powstały. przy konsumpcji owych usiłowałyśmy z l. oraz magdaleną dociec, cóż to one sobą przedstawiają... plamy rorschacha się chowają :) magdalena  w czymś, co w założeniu miało być lokomotywą ujrzała była wielbłąda dwugarbnego... a potem zamyśliła się głęboko i rzecze w te słowy:

- bo tak sobie przypomniałam... kurczaczki! coś wam narysuję... ale nie pamiętam jak to było... myślę... przypomnę sobie albo sobie nie przypomnę... to coś z jajkami było! albo nie! coś lepszego wam pokażę! a są w biurze nożyczki? to poczekajcie!

magdalena leci do biura i coś tam majstruje... nagle wraca do kuchni i z dumą pokazuje nam swe dzieło:



m: - to teraz pociągnij go za nogi!
ja: - mam złe przeczucia...

stosuję się do zaleceń i oto naszym oczom ukazuje się odsłona druga magdalenowego dzieła:



m: - ty go za mocno pociągnęłaś! szybciutko tak! kurczaczki! nie chciałam was tak rozbawić! a kiedyś próbowałam zrobić taką dziewczynkę, ale mi nie wyszło!
ja: - magdaleno, skąd ty to wytrzasnęłaś???
m: - nauczyłam się z "domowego przedszkola"!

w tym momencie dziewczyny musiały mnie już reanimować...

Brak komentarzy: