wtorek, 21 lutego 2012

och... !


z góry przepraszam, ale tak mnie wzięło :)

Boikot - Wariat

ps.

- a ta żaba to tak robiła: "łaaa, łaaa!" ludzkim głosem i przykryłem ją wiadrem i od dołu talerzem i wyniosłem na dwór, bo przez to, że tak po ludzku gadała, się bałem standardowo rękami za nogi...
- tak jest standardowo? a co ona wtedy robi z rękami? prostuje na sztywno, czy luzem zwiesza?
- zaplata na klatce piersiowej...

no.

piątek, 3 lutego 2012

noc niespokojna




obudził mnie, bezczelnie zaglądając przez okno. jego jasne światło przebiło się przez zamknięte powieki. wystraszyłam się, że jeśli ziewnę, połknę księżyc.

bardzo nie lubię zimowych poranków...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

solsta


dzień pełen niespodzianek. i rozwiązanych zagadek.

poranny spacer z psem. nagle nad głową słyszę znajomy głos: "du-pa... du-du-pa..." mój gadający kruk powrócił :) potem wyjaśniła się moja wizja sprzed jakiegoś czasu. wracałam z pracy, późno już było i ciemno. idę i patrzę na chodnik, a tam gęsiego dostojnie kroczą trzy koty i dwa psy. wszystko czarne. dziś spotkałam właścicielkę owej menażerii. dwa koty zostały w domu. jeden z dwoma psami szły obok swojej pani. niesamowite zwierzaki. nasz domowy stwór zgłupiał. po raz kolejny okazuje się, że kot, który nie ucieka, nie jest żadną atrakcją. w pół roku po przeprowadzce odkryłam również, że mamy obok domu rzeźbę. jakoś jej wcześniej z niewiadomych przyczyn nie zarejestrowałam, mimo że przechodziłam obok dziesiątki razy... na temat moich interpretacji tejże profilaktycznie zamilknę, dodając jednakowoż, że pierwsze skojarzenie, jakie miałam, silnie było związane z niejaką restauracją znajdującą się tuż obok, która to w zawoalowany sposób głosi, że serwuje "smak coop", co czytane z angielskiego niekoniecznie musi zachęcać do konsumpcji... mimo to postanowiliśmy pójść tam kiedyś na deser, który koniecznie musi być kremem sułtańskim. niestety przesłuchałam dziś jedną z pracujących tam pań na okoliczność deserów i dowiedziałam się, że w menu mają tylko lodową ambrozję z owocami... nic to. może jednak zaryzykujemy :)

a potem pojechaliśmy na zakupy... celem nabycia drogą kupna baterii do prysznica i deski tak zwanej klozetowej. w dziale z klapami trwała inwentaryzacja. deski więc nie kupiliśmy. wróciliśmy za to do domu z innym, nie planowanym nabytkiem. samochód ledwo się domknął. 

nabytek nazywa się solsta i stoi w pokoju grozy przechrzczonym ostatnio na gabinet luster. nabytek jest prosty, przyjemny dla oka i wcale nie taki duży, jak nam się wydawało. przede wszystkim jednak nabytek stał się siłą napędową do zrobienia w tym strasznym pomieszczeniu porządku i z przyjemnością muszę stwierdzić, że jest to możliwe. teraz następnym krokiem będzie zdobycie klucza od piwnicy. umieram z ciekawości, co tam znajdziemy. oprócz sztucznej nogi :)

a na obiad była pieczarkowa wspomagana grzybami z borów tucholskich oraz pieczony schab. a to wszystko ku pamięci. bo moim noworocznym postanowieniem było zapisywanie, choćby hasłami tego, co się aktualnie dzieje. osiem dni sobie już poszło. ale ten dziewiąty może zapamiętamy na dłużej :)

ps. a teraz melisa. i spać.

niedziela, 11 grudnia 2011

jingle bells


wczoraj na szybko zrobiłam sobie małą psychoanalizę. wyszło mi, że mam w sobie perforację, którą bardzo łatwo przedrzeć. naddarłam ją lekko niepotrzebnymi myślami. myśli wzięły się ze złych doświadczeń, z poharatanej kobiecości i niskiego poczucia własnej wartości. nie umiem żartować w pewnych kwestiach. mam upośledzoną sferę społeczną. brak mi dystansu. mam poczucie zagrożenia. żeby nie być czyimś utrapieniem kulę się w sobie. zwijam się do środka. jestem samoskręcającą się spiralą. wymyślam światy, które pewnie nie istnieją. milczę. 

chyba znów mimowolnie przygarnęłam obcego. pętla poniżej przełyku zaczyna się zaciskać. obawiam się też, że dzikie zwierzątko, wystukujące tylną nogą nerwowe rytmy w okolicach serca, powróciło z zimnych krajów.

a śniegu jak nie było, tak nie ma. jingle bells, jingle bells, jingle all the way...



czwartek, 8 grudnia 2011

buuuu


bym se popsioczyła, ale po co? niczego to nie zmieni. zacisnę zęby, jeszcze 2 tygodnie. święta przyjdą i pójdą. i znów będzie odrobina spokoju. może. na chwilę.

a tu? kwiaty w wazonie i śniadanie do łóżka. czego chcieć więcej... :)

sobota, 26 listopada 2011

porządki...?


chyba każdy proces twórczy jest nierozerwalnie związany z destrukcją. czasem lepiej zedrzeć farbę, niż zamalowywać nieudany fragment kolejną warstwą. nawet, jeśli ten moment boli i jest nieprzyjemny, ostatecznie prowadzi do oczyszczenia i ukojenia.

zastanawiam się, czy dojrzałam już, aby zajrzeć w głąb siebie i wymieść śmieci spod dywanu. może już czas zmierzyć się z własnymi cieniami?

póki co, zacznę od porządków w szafie... ;)

czwartek, 24 listopada 2011

drzemka


byłam szamanką, węzłem, od którego odchodziły cztery źródła mocy. jednym z nich był pies, który samowolnie wlazł do łóżka, zaczął lizać mnie po twarzy i piszczeć do ucha: "nuuudzi mi się, wstawaj!" :)