sobota, 29 grudnia 2012

egzystencjalnie




"wszystko zniknie... " - to podobno moje senne majaki. coś jest na rzeczy. jestem chyba na etapie mocnego odczuwania przemijalności. kruchości. śmiertelności naszej. 

noc była niespokojna. ciekawski księżyc po spełnieniu zaglądał do okien. świecił w oczy jak nocny reflektor. próbował oświetlić mroczne zakamarki, do których wczoraj nieopatrznie zajrzałam. czułam się jak na przesłuchaniu. 

a rano niepokój i lęki. szósta trzydzieści, ciemna noc i perspektywa wyjścia na mróz. robię makijaż. pokrywam twarz fluidem i przyprószam pudrem. nie zmienia to faktu, że z lustra patrzy na mnie trup. dokładnie widzę zarys oczodołów i cieni pod oczami. w każdej chwili umieram. z każdą sekundą jestem coraz bliżej śmierci. chcę wierzyć, że to nie koniec, ale ta cisza po odejściu Mamy mnie wykańcza. był człowiek. nie ma człowieka.

w domu wszędzie Jej pełno. nie mogę tam przebywać, bo się duszę. Jej włosy w szczotce, Jej zegarek, leki, ubrania... kolekcja porcelanowych słoni. wszystkie robótki, w których zaklęty został Jej talent. muszelka, którą przywiozłam Jej z Chorwacji będzie z Nią już na zawsze. wszędzie ją ze sobą zabierała, do każdego szpitala. kiedy jechaliśmy na kolejną wizytę, w samochodzie zaparowały okna. Mama narysowała palcem motyla. bałam się momentu, kiedy na szybie znów pojawi się para - czy Jej rysunek będzie jeszcze widoczny? najgorszy jednak był chyba ten przezroczysty worek, złożony przez pracowników zakładu pogrzebowego w nogach trumny. worek z Jej koszulą nocną i jaśkiem, na którym ostatni raz trzymała głowę worek zawinięty na supeł. teraz od razu staje mi przed oczami, kiedy wiążę coś na supeł- foliową torebkę z bułką, śmieci, cokolwiek. i jeszcze potwierdzenie danych z aktu zgonu. wszystko się zgadzało. wszystko się zgadzało!!!

boję się, że zapomnę Jej głos, Jej śmiech. boję się, że to nigdy nie przestanie boleć. boję się o Tatę. ciągle się czegoś boję. ciągle o wszystko i wszystkich się martwię. muszę te emocje ubrać w słowa. może to będzie jakiś malutki rodzaj terapii. 

ciężko jest pisać, jak kapie z nosa, a palce nie do końca trafiają we właściwe znaki na klawiaturze, bo oczy nic nie widzą.

"wszystko zniknie..." po cichu liczyłam na ten koniec świata. w dniu Jej urodzin...



piątek, 28 grudnia 2012

nowy post

hoho
kliknęłam na ołówek, "utwórz nowego posta". nowego posta czy nowy post? zawsze mi się to pierniczy. kogo, czego z kogo, co? dopełniacz z biernikiem. nieważne. i tak nowy post nie będzie miał żadnego sensu.

i tylko o tym mogę pisać. o takich pierdołach. i aż się ze mnie wylewa, żeby tu nasmarować. i jednocześnie trzymam w ryzach całą swoją wydumaną rzeczywistość. jestem jak ten sernik, co mi kiedyś nie wyszedł, z wierzchu przypalony, z twardą otoczką trzymającą niedopieczone, lejące się w środku ciasto.

bo są chwile, kiedy chce mi się wyć. jak wtedy, kiedy dostałam telefon od siostry.
czwartego grudnia.

rano jeszcze z Nią rozmawiałam. "Taka jestem słaba". to były ostatnie słowa Mamy skierowane do mnie. nasza ostatnia rozmowa. gdybym wiedziała... powiedziałabym Jej coś zupełnie innego. nie zdążyłam.

a teraz znów ktoś odkręcił ten cholerny kranik ze słoną wodą.

czwartek, 22 listopada 2012

nie chcę tam wracać


są takie miejsca, w których spotykają się kobiety. po wyjściu stamtąd same wybiorą kolor swoich lśniących syntetycznym blaskiem włosów, same zadecydują o ich długości i uczesaniu. ich piersi uwięzione w fiszbinach nowego biustonosza, mimo skrywanej tajemnicy będą wyglądać bardzo ponętnie. niektóre z nich wyjdą z czarnymi tatuażami, które jednak nie będą zdobiły ich ciał. te miejsca to nie salony piękności.

w tych miejscach czas płynie inaczej niż na zewnątrz, a słowa nabierają nowych znaczeń. chemia nie jest już jednym ze szkolnych przedmiotów, a radio nie kojarzy się z głosem ulubionego prezentera.   
pobyt w tych miejscach nie należy do przyjemności. są odwiedzane tylko z konieczności. 

znajdujące się tam kobiety mają dziwne oczy. patrząc w nie ma się wrażenie, że spowija je mgła, a jednocześnie bije z nich magiczny blask i spokój. tak mogą wyglądać tylko oczy, które wylały wiele łez. 

byłam tam wielokrotnie dziewięć lat temu. pamiętam białe korytarze, labirynty poukrywane pomiędzy ścianami. byłam tam również niedawno. nic się nie zmieniło. scenografia wciąż ta sama. zmieniają się tylko osoby dramatu. jak kukiełki wchodzą na scenę, aby za chwilę ustąpić miejsca kolejnym. przeraża to, jak ich wiele. 

są takie miejsca... nie chcę tam wracać.


poniedziałek, 19 listopada 2012

samsara




czym różnią się od siebie nowy, jeszcze nie do końca zbudowany dom, od ruin starego, opuszczonego budynku? oba są (już albo jeszcze) nie zamieszkane. w nowym hula pustka pełna obietnic. wiatr między ścianami zbudowanymi z równych, prostych cegieł targa białą kartką papieru, na której dopiero będzie się zapisywać jakaś opowieść. w starym domu cegły są ukruszone, ściany krzywe, a przez wybite oczodoły okien wylewa się jego historia, którą tylko z rzadka ktoś zechce wysłuchać.

czym różnią się od siebie noworodek i starzec? obaj są istotami ludzkimi. obaj są tak samo bezbronni i zależni. obaj muszą umieć komuś zaufać, aby przeżyć kolejny dzień. obaj z czasem zamieniają się rolami. ten, kto był kiedyś pod opieką, sam staje się opiekunem. z tą tylko różnicą, że dumny rodzic z niezachwianą pewnością czeka na rozwój i samodzielność swojego dziecka, a dziecko mając w pamięci okres świetności swojego rodzica ze smutkiem i pokorą obserwuje proces starzenia i tego, co z nim nieuchronnie związane.

i tak toczy się to koło. nowe cegły z czasem kruszeją, pusta kartka zapełnia się literami opisującymi dawne dzieje, a jędrne, zdrowe ciało staje się pomarszczone i słabe. 

nic nowego. nic odkrywczego. jednak jest to coś, co czuje się mocno w głowie, kiedy karuzela życia i śmierci wchodzi w kolejny zakręt...

sobota, 13 października 2012

nie ma mnie tu.


jestem wszędzie indziej. czasem przychodzi taki moment, że chce się malutkim nożykiem do jarzyn obrać tę pierwszą warstwę, nabłonek, naskórek, jakkolwiek to nazwać. odsłonić kawałek mięcha. podzielić się tym, co na co dzień trzeba chować przed światem. teraz tak mam. ale nie umiem. za dużo bólu. chowam się za tą krwią z rany płynącą. i czekam, aż zrobi się z niej strup.

środa, 18 lipca 2012

na podniebieniu dzisiejszości



 jestem fantomem i rozlewającym się dżemem poziomkowym. jestem wodą wytryskiwaną z otworu na grzbiecie wieloryba i jedną z gałęzi drzewa życia. jak kulka puszczona w dół odbijam się od krawędzi spirali jednocześnie będąc w "tu i teraz" i "tam i wtedy". zaglądam do piwnic swojego dzieciństwa, by za chwilę wznieść się na podniebienie dzisiejszości.

jestem. znów jestem mną.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

dystans


żeby zachować dystans, trzeba na chwilę znaleźć się na marginesie swojego codziennego życia. a ja? biegam po jego pustych kartkach od czasu do czasu zostawiając gdzieś rozchlapanego kleksa.